Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

sobota, 28 lutego 2015

More books! #3 Stos gigant, luty-marzec '15

   Zanim pojawi się kolejna recenzja, korzystając w chwili wolnej od wszelkiego stresu i pośpiechu, chciałabym pokazać, co do mnie przybyło w ciągu lutego. Zastanawiałam się bardzo nad tym, jak właściwie to zjawisko określić... można powiedzieć na przykład "mania", "obłęd", "nałóg", albo nawet i "głupota", niemniej jednak liczba zdobyczy jest tak duża, że aż patrząc na to czuję już nie ciepełko w brzuchu, ale jakiś dziki entuzjazm. Są też to już egzemplarze "podłogowe" - nie mam więcej półek. I chyba jeszcze przez jakiś czas mieć nie będę.

   Czym wobec  tego jest zjawisko, które zamierzam pokazać? Na pewno nie jest to "stosik", nie "stos", bo i na to jest cokolwiek za dużo... moża by użyć sfowmuowania "stos-gigant", "sterta", "kupa", albo najlepiej - "mur"! Ostatnie będzie tym bardziej odpowiednie, że owy mur książek zdążył już przetestować mój futrzak, skacząc przez niego w gonitwie za tylko sobie znaną zdobyczą.

Do rzeczy!


   Na początek to, co najbardziej robi objętość mojego muru książek, czyli egzemplarze recenzenckie. Zacznijmy od lewej strony.
I od góry:
1. "Maszynopis z Kawonu" Tomasza Kowalczyka, od samego autora. Recenzja do przeczytania tutaj (:
2. "Singielka" Mandy Hale. Miły kobiecy poradniczek, który również doczekał się już recenzji.
3. "Sekrety współczesniej Wiedźmy" Mandy Hale, czyli książka, która powędrowała na wysoką pozycję w mojej liście ulubionych na ten miesiąc... a przeczytać, co o niej myślę, można TU!
4. "Pod schodami" Alice Maloney. Zaciekawiła mnie od razu, a czytelnicy tego bloga wiedzą już, dlaczego (: Zapraszam do przeczytania recenzji.
5. "Wenus bez futra" Saszy Różyckiej. Ksiązka stanowiąca opis życia striptizerki, pacującej w nocnym klubie. Zamierzam zacząć ją czytać już niedługo, i mam co do niej wiele obaw, mam nadzieję, że nie znajdą odzwierciedlenia w rzeczywistości!
6. "Nadejście mrocznej mgły" Anny Kendall. Tom drugi, czego nie zauważyłam z początku, bo też i pierwszego nie czytałam, ale mam nadzieję, że moje braki nie przeszkodzą mi w cieszeniu się lekturą.
7. "Pani Ferrinu" Katarzyny Michalak. Książi o Ferrinie są już tak szeroko omawiane, że sama musiałam spróbować. Po prostu musiałam! Nie ważne, że to piąty tom po czterech, których nie znam. Jak na razie, podoba mi się okładka.
8. "Twój umysł na detoksie", Rafał Santadreu - kolejny poradnik. Tym razem dotyczący tego, jak samemu sobie nie zatruwać życia własnymi myślami. Coś, co bardzo mi się przyda.
9. "Róża na chodniku" Jacka Krawczyka. Historia o miłości na tle wojny domowej w Jugosławii. Czuję, że polubię.
10. "W blasku gwiazd" Lydii Netzer. Znów miłość, opatrzona przepiękną okładką.
11. "Jak znaleźć tego jedynego i samej się nie zgubić" Jasona i Crystaliny Evert. Poradnik dla kobiet pisany przez parę? A to ciekawe. Co prawda tego jedynego już mam, ale i tak z chęcią poczytam.
12. "Zapomniane ludobójstwo. Polacy w państwie Stalina. „Operacja polska” 1937–1938" Nikołaja Iwanowa. Wreszcie jakaś poważna pozycja w tym wszystkim. Nie mogę się doczekać chwili, gdy się w niej zagłębię.

Stosik prawy, od góry:
13. "Daft Punk. Podróż do wnętrza piramidy". Skończyłam czytać, recenzja pojawi się niedługo, i muszę powiedzieć, że szczęśliwa jestem, że dostałam tę książkę.
14. "Strefa skażenia" Richarda Prestona. Wirus Ebola, mówicie... no, ciekawe ile tam będzie faktów, a ile fikcji.
15. "Władca Piasków" Elizy Drogosz. Książka, której oceny i opinie na portalu Lubimy Czytać mnie zszokowały... cóż, zobaczmy, jak sprawa wygląda.
16. "Bogactwo i ubóstwo" George'a Gildera. Tematy społeczne, ekonomiczne, gospodarcze... jak zlikwidować ubóstwo? Zobaczymy, co też autor wymyślił.
17. "Siła czy Moc" Davida R. Hawkinsa. Podróż do wnętrza siebie i poznanie własnych możliwości, tak, by je jak najlepiej wykorzystać. Chętnie przygarnę jakąś instrukcję w tym względzie.
18. "Zycie w PRL i straszne, i śmieszne" Iwony Kienzler. To nie tak dawno... Wierzę, że ta książka dostarczy mi wiele ważnych informacji, jak tez i sporo śmiechu.
20. "Wytresuj swoich niewolników... czyli starożytna sztuka zarządzania" Marka Sydoniusza Sempa. Raju, co za okładka... Ale czy zmieniło się tak wiele w kwestii relacji pan-sługa, przełożonej na szef-podwładny? Przekonajmy się.
21. "Edukacja w polityce, polityka w edukacji" Bogusława Śliwierskiego. Mam lekkie obawy przed tą książką, bo opisuje politykę polskiej oświaty, a tam może być sporo niefajnych szczegółów. Tak czy siak, ciekawość...
22 i 23. "Szef to zawód" i "Coaching narzędziowy", Wojciech Herman i Jerzy Gut. W nowym wydaniu. Jako korpo-szczur nie mogłam przepuścić takich pozycji, i nauczenia się czegoś nowego, co pozwoli mi lepiej radzić sobie w tym środowisku.

Pozycje 2-12 i 16-23 pochodzą od portalu Sztukater; numer 13 i 14 otrzymałam od Wydawnictwa SQN, a za 15-stkę dziękuję Wydawnictwu Poligraf.

Dalszy ciąg to egzemplarze wygrane w konkursach:

24. "Niewybaczalne" Isabel Wolf. Wygrana u Sztukatera, w konkursie na fecabooku (:
25 i 26. "Pętla Sokolnika" Mary Hoffman i "Białe Walce" Jana Nowickiego. Obie z konkursu organizowanego na blogu Bacha's World (:
27. "Drzewo Migdałowe" Michelle Cohen Corasanti. Otrzymana od Wydawnictwa SQN za wygraną w konkursie na recenzję miesiąca styczeń, organizowaną na blogu Myśli Rzeźbione Słowem. A zwycięską recenzję można przeczytać TU.
Ten stosik niestety nie jest kompletny... brakuje "Emancypantek" Bolesława Prusa, które wygrałam w facebookowym konkursie również u Sztukatera, a które niestety zaginęły gdzieś w odmętach poczty... Boleję nad tym nieziemsko.

Ostatnia część muru to "tanie książki". Część pierwsza, fantastyka:
28. "Agent JFK 4. Armie nieśmiertelnych" Zambocha i Walkera. Pana Miroslava Z. cenię za postać Koniasza, więc widząc inną jego książkę za grosze, nie wachałam się.
29. "Sturmvogel" Andrzeja Łazarczuka. Ponieważ spodobał mi się tytuł i okładka. No cóż.
30. "Mrok kwiatów" Penny Blubaugh. Czuję w tym coś lekkiego i urokliwego, nawet jeśli z nutą mroczniejszą.
31 i 31. "Zamęt" Neala Stephensona. Z Cyklu Barokowego, w dodatku fantasy... miodzio musi być.
33. "Lare i t'ae" Eleonory Ratkiewicz, do którego mam nadzieję zrobić drugie podejście, oby tym razem udane.
34 i 35. "Kroniki Świata Wynurzonego" tom 1 i 2, Licia Troisi. Czytałam, spodobało się "trochę", ze względu na jeden szczegół, którego nie znalazłam nigdzie indziej w takiej postaci... postaram się zrecenzować za jakiś czas. Książki z mojej listy "do zdobycia".

I cześć druga, romansowo-obyczajowo-czytadłowa:
36. "Wszystkie kwiaty Szanghaju" Duncana Jepsona. Biedronkowa zdobycz, ponieważ Azja i ta cudowna kultura, o której miło się czyta.
37. "Kwiat śniegu i sekretny wachlarz" Lisy See. Próbowałam zdobyć od jakiegoś czasu, dzięki, Biedronko!
38. "Szczęśliwy traf" Louise Shaffer.Tego nie znam, zgarnęłam również z Biedronki przy okazji ich wyprzedaży książkowej.
39 i 40. "Perswazje" i "Opactwo Northanger" Jane Austen. Ponieważ uwielbiam!
41, "Pokój z widokiem" E.M. Forster. Nie czytałam jeszcze, ale już odruchowo zgarniam wszystko, co zostało wydane w cyklu "Klasyka romansu". Jak dotąd się nie zawiodłam.
42. "Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte. Kolejna pozycja z klasyki, a ja jeszcze nie miałam okazji przeczytać!
43. "Pamiętniki" Casanovy. Ponieważ bo tak! ;D

Uff... dużo! A całość prezentuje się tak:


Prawdziwy mur, czyż nie? Teraz tylko ciedzieć pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty i czytać (:

czwartek, 26 lutego 2015

All the single ladies... "Singielka" Mandy Hale

   Każda kobieta niemal miała w swoim życiu etap, w którym była sama. Rozstania to przykry moment, a następujący po nich okres przyzwyczajania się do innego rozkładu dnia i sposobu myślenia to sytuacja, której nie życzy się nikomu zazwyczaj. Niektórzy zostają sami na długi czas, i nie dość, że nie jest to komfortowa sytuacja dla nich samych, to jeszcze muszą znosić presję otoczenia, które czasem na siłę próbuję ich uszczęśliwiać i sypie dobrymi radami jak z rękawa. Jak coś takiego znieść, nie tracąc ducha? Czy tak naprawdę nasze szczęście jest uzależnione od posiadania tej drugiej osoby przy boku?

   Książka Mandy Hale odpowiada na te i wiele innych pytań. Bo w końcu kto zrozumie singielkę, jeśli nie inna singielka? Mandy pisze głównie o własnych przeżyciach, wyciągając z tego wnioski, z których może skorzystać każdy, będący w sytuacji, którą uważa za trudną, bo rady zawarte w nich są dość uniwersalne: jak nie zatruwać się myślami o przeszłości, oczekując tego, co dopiero ma nadejść, pozbądź się z życia tego, co przestało funkcjonować prawidłowo. Żyj dla siebie, realizuj swoje pasje, znajdź nowe, stań się taką osobą, jaką chciałabyś być, ale się boisz. Daj sobie czas, kup rzecz, o której marzyłaś od dawna, nie bój się wychodzić sama z domu, bo wreszcie możesz robić co chcesz, nikt cię nie ogranicza.

   Autorka pisze książkę, jakby zwierzała się przyjaciółce i udzielała jej rad – dodając przykłady z własnego życia, często będące zabawnymi anegdotkami porównującymi np. zachowania i przyzwyczajenia kota do ludzkich z wyjaśnieniem, dlaczego są one bez sensu i jak się ich pozbyć. Często też pojawiające się przykłady są jak najbardziej poważne, jak zdrada przyjaciółki. Widać jednak, że sama autorka ma do nich spory dystans, i patrzy na to dokładnie tak, jak powinna – jak na wygłup innej osoby. Nie doszukując się w tym na siłę własnego błędu.

   Całość podana jest w formie krótkich, pisanych lekkim stylem tekstów, opatrzonych gęsto ramkami z kwiecistym motywem, zawierających myśli przewodnie – hasła, które można powtarzać sobie, bądź też główne zasady, których należałoby się trzymać, „aby nie zwariować”, a każdy rozdział dodatkowo otwiera „Złota Myśl Singielki”. Całość sprawia wrażenie lekkiej i świeżej, zawiera spory ładunek pozytywnej energii, i nie sposób się czasem nie uśmiechnąć podczas czytania.
Muszę wspomnieć też o tym, że Mandy Hale jest osobą wierzącą, i znajduje to odbicie w pisanym przez nią tekście – co chwila mamy odniesienia do boga, tego, jak planuje nasz los i co dla nas dobrego w przyszłości szykuje. Mi osobiście to nie przeszkadza, jednak przez to książka traci lekko na uniwersalności, zwracając kurs w stronę pewnego przeświadczenia, że zaplanowano dla nas z góry coś dobrego. Z drugiej strony – osobom, które lubią szukać pocieszenia w wierze może przypaść do gustu jeszcze bardziej.

   Pomimo wszystko, „Singielka” należy do specyficznego gatunku książek, który cześć czytelników może uznać za przeznaczone dla nastoletniego odbiorcy. Nic bardziej mylnego – sama autorka jest kobietą po 30-stce, i udowadnia, że może i z czasem przeżywanie stanów samotności może być trudniejsze, zwłaszcza, że wokół same żony i matki, ale nie oznacza to, że należy rezygnować od razu z bycia sobą i wchodzić w relację z byle kim, byle by był. Są to kwestia uniwersalne, które dotyczyć mogą kobiety w każdym wieku, i dlatego „Singielka” pozostanie lekturą dla osób, które potrzebują wsparcia, motywacji i przewodnictwa duchowego, by podnieść się po upadku i zacząć od nowa, stając się kimś lepszym, ciekawszym i silniejszym.

   Ogółem, niektórym  książka może wydać się zbyt prosta i naiwna – bo to, co zawarte jest w niej, może robić wrażenie oczywistego, ale niestety trudniejszego do wykonania.  Ja sama miałam takie podejście, wiedząc, że w pewnych stadiach nastrojów po prostu odrzuca się z góry takie rady, które zdają się płynąć wprost z dobrego serca kochanej cioci, zwłaszcza, jeśli ma się zwyczaj robić wszystko po swojemu. Ale po czasie przychodzi chwila refleksji, i wtedy szuka się wsparcia. Myślę, że jest to jedna z pozycji, które nowoczesna kobieta powinna mieć zawsze gdzieś schowane w kąciku, na wszelki wypadek. Najlepiej razem z czymś miękkim i puchatym to przytulenia i pudełkiem czekoladek, jakkolwiek by to nie brzmiało.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The Single Woman: Life, Love, And A Dash of Sass
Autor: Mandy Hale
Wydawnictwo: święty Wojciech
Rok wydania polskiego: 2015

Ilość stron: 224

niedziela, 22 lutego 2015

Daily magick, czyli "Sekrety współczesnej wiedźmy" Melanie Marquis

  Czym jest magia? Nie są to znane z filmów sztuczki iluzjonistów, zginanie różnych rzeczy za pomocą myśli, ani zmienianie ludzi w żaby. To coś, co otacza nas na co dzień, przenika każdy element życia, reagując na nasze pragnienia i emocje. Niektórzy korzystają z niej świadomie, innym potrzebna jest nauka. Taką lekcję stanowi książka „Sekrety współczesnej wiedźmy” Melanie Marquis.

   Na wstępie dostajemy solidną dawkę historii: pierwsze udokumentowane przypadki prób używania magii do ochrony przez ludzi pierwotnych, przez starożytność i średniowiecze, aż do współczesności. Tego typu informacje przewijają się przez całą książkę w ramach przykładów wykorzystania danego typu magii, metod jej użycia, słów zaklęć – często podanych również w oryginalnym języku, i z tłumaczeniem na polski – wraz z wyjaśnieniem, co jest w nich takiego istotnego i na co trzeba szczególnie zwrócić uwagę.

   Autorka podejmuje próbę wyjaśnienia, jak działają poszczególne zaklęcia, zagłębiając się w tłumaczenia zawiłości przekazywania „energii” od przedmiotu do osoby, przez różnych pośredników, opowiada, jak działają klątwy i jak się przed nimi chronić, i może przede wszystkim: jak zapobiegać ewentualnym, nawet przypadkowym, ich następstwom. Ujmuje w tym również sam mechanizm rzucania klątw i sposób na ich odwrócenie i skierowanie z powrotem do rzucającego. Inną ciekawą kwestią jest tworzenie amuletów i eliksirów, z dokładnymi recepturami, które obwarowane są z góry wszelkimi zastrzeżeniami co do zachowania rozsądku i zdrowia.

   Jest wiele rzeczy, które podobają mi się w tej książce, ale najważniejszą chyba jest ten swoisty religijny uniwersalizm, z którym rzadko obecnie można się spotkać. Polega on na tym, że przy okazji magii na przestrzeni dziejów wymieniane są wpływy wielu różnych wierzeń, wskazywane, w których miejscach i do jakiego stopnia się one przeplatają, tworząc jako efekt końcowy to, w co wielu ludzi wierzy obecnie, bez umniejszania żadnego z nich, wręcz ze stwierdzeniem, że jakkolwiek tego nie nazwiemy, jest to ta sama siła, jednakowo piękna.

   Druga moja pochwała powędruje już w kierunku samej konstrukcji tekstu: wprowadzenie historyczne, opis działania, receptury, ostrzeżenia, przykłady z literatury oraz wnioski, jakie można z nich wyciągnąć, a na zakończenie każdego rozdziału – kwestie do przemyślenia, mające formę pytań, zawierające najczęściej zachętę do własnego przeanalizowania tematu pod kątem tego, jak daną rzecz wykonać czy zrozumieć, tak, by była możliwe jak najbliższa osobie czytającej.

   Ostatni plus, chociaż wcale nie najmniej ważny, przyznam za całkowite uniknięcie medialnego wizerunku magii – książka pozbawiona jest na przykład receptur eliksirów, które miałyby zawierać dziwne składniki, nie ma też w niej przykładów rytuałów z przysłowiowym wymachiwaniem różdżką, czego można by się może spodziewać, a wręcz kpi z nich, powołując się na zdrowy rozsądek. Jest to raczej zachęta do eksperymentów w celu uzyskania wpływu na swoje życie, dodania pewności siebie, zapewnienia szczęścia i dobrobytu przez zmianę własnego podejścia.
Faktem jest, że nie jest to literatura typowo „poważna”, bo też i nie do każdego przemawiają tego typu zabawy, również okładka przemawiałaby za tym, żeby tę pozycję skierować do młodszych czytelników. O ile jednak w wieku nastoletnim przeżywa się czasem zainteresowanie magią, głównie pod wpływem mediów, i takim osobom przypadnie do gustu dzieło pani Marquis – ale starszym również! -  o tyle odradziłabym już dawać ją dzieciom. Szczegóły dotyczące klątw i historii mogą okazać się za ciężkie.

   Książka adresowana jest wyraźnie do kobiet, wskazują na to używane zaimki osobowe, ale poza tym, nie widać żadnego nakazu, by tę wiedzę zachowywać wyłącznie dla żeńskiego grona, zatem wina leżeć może po stronie tłumaczenia. Wydaje mi się też, że tytuł został odrobinę niefortunnie przełożony… „ A Witch's World of Magick: Expanding Your Practice with Techniques & Traditions from Diverse Cultures” to nie jest “tworzenie własnego system magicznego”. Tu więc jeszcze jedno kose spojrzenie w kierunku tłumacza.

   Zwykły czytelnik może poczuć się zaskoczony używanym tomiku językiem, a zwłaszcza użyciem słowa „magija” zamiast swojskiej magii (co zostało wysnute z oryginalnego „magick”). Jest to odrobinę drażniące, i nawet mnie początkowo dezorientowało, zwłaszcza, że w opisie na okładce ono nie występuje w takiej formie. Wymaga to chwili przyzwyczajenia, a z czasem przestaje się to po prostu zauważać. Poza tym, książka pisana jest w sposób lekki i zrozumiały, czasem zdarzają się nawet wtrącenia w języku potocznym („to jest do bani”), a wstawki historyczne przedstawione są jasno i przystępnie, bez zbędnego zagłębiania się w szczegóły. Czasem jedynie miałam wrażenie, że autorka wysnuwa za daleko idące wnioski z przesłanek z dziejów starożytnych, bo sama nie widziałam podstaw do takiego rozumowania, gdy cytowane źródło naukowe wyłożyło rzecz w prosty sposób.

   Ogółem, jestem zachwycona tym, jak przyjemnie się czytało „Sekrety współczesnej wiedźmy”. Miałam wiele obaw, zanim zaczęłam, przede wszystkim dotyczyły one tego, czy będzie to dziełko typowo dla dzieci, czy zbiorek paranaukowych bzdur, a dostałam lekkie, przyjemne kompendium wiedzy magicznej, użytecznej w życiu codziennym, dzięki któremu zdążyłam nawet zmajstrować już sobie amulet… Sama autorka, Melanie Marquis, mówi, że od lat praktykuję magię – czy też magiję, a opisana powyżej książka stanowi jej pierwsze dzieło, wydane również w Polsce, choć nie pierwsze w ogóle. Czekam z niecierpliwością na kolejne.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: A Witch's World of Magick: Expanding Your Practice with Techniques & Traditions from Diverse Cultures
Autor: Melanie Marquis
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Rok wydania polskiego: 2015
Ilość stron: 272

sobota, 21 lutego 2015

Nie tylko Panowie i Damy. "Pod schodami" Alison Maloney

   Osoby, które, tak jak ja, zaczytują się czasem w romansach historycznych, dobrze znają specyficzną grupkę bohaterów występujących tam – służbę domową. Ubrane w te cudne, skromne sukienki z białymi fartuszkami pokojówki, czeszące co rano Panie arystokratki, przygotowujące im suknie i dodatki, oraz lokaje w liberiach, otwierający drzwi i podający na srebrnych tacach liściki… Z tej perspektywy, życie takiej służącej wydaje się spokojne i wręcz romantyczne. Czy takie było w rzeczywistości? Książka „Pod schodami” Alison Maloney pozwala się temu przyjrzeć dokładnie.

   Jeszcze w XX wieku zawód służącej czy służącego był bardzo pożądany przez młodych ludzi z biedniejszej klasy, zwłaszcza przez kobiety, które nie miały większego wyboru w kwestii ścieżki życiowej, bo niewiele zawodów „wypadało” wykonywać, poza oczywiście byciem żoną. Podstawowym faktem jest to, że do ubiegania się o posadę zmuszała sytuacja życiowa, a nie tylko chęć – dziewczyna pracująca w dobrym domu bywała często źródłem utrzymania rodziny, a pracować zaczynała często już w wieku 10-12 lat od najniższego szczebla. Również warunki panujące w takim miejscu pracy nie były najlepsze – a i tak o wiele lepsze niż w domu rodzinnym! – praca całymi dniami i nocami, surowe wymogi dotyczące zachowania, praktycznie brak wolnego czasu, brak możliwości widywania się z rodziną, marne wynagrodzenie… Ale w zamian miejsce do spania, jedzenia tyle, ile trzeba, z tego, co zostanie ze stołów Państwa, a jeśli Pani była szczodra, to znoszone ubrania, które można było przerobić na siebie bądź sprzedać. Wiele z tych rzeczy wydaje się być w obecnych czasach nie do pomyślenia.

   „Pod schodami” to skarbnica informacji, podanych w przystępny sposób, opatrzonych anegdotkami, przykładami z literatury i rysunkami. Dowiedzieć można się nie tylko o strukturze i hierarchii typowej służby domowej, ale też o różnicach w przypadku domów majętnych i klasy średniej, wysokości pensji, cen żywności czy kosztów utrzymania, ale też – przede wszystkim! – „przyjemniejsze” szczegóły: jak wyglądał strój pokojówki, pomywaczki czy gospodyni, jakie były ich obowiązki i przywileje czy jak każdy z nich musiał się zachowywać w stosunku do domowników. Przykładowo: czy wiecie, że płaca kamerdynera bądź lokaja zależała od tego, ile miał wzrostu, a dwóm panom na tym stanowisku płacono więcej, jeśli byli do siebie podobni? Takie i podobne ciekawostki znaleźć można w tej książce, będącym swoistym kompendium wiedzy.

   Jednym z ciekawszych rozdziałów jest ten poświęcony kontaktom prywatnym i tym, jak miały się relacje pan-służąca, a także możliwe do przewidzenia skutki tych kontaktów. O ile służba miała zakaz zapraszania do domu obcych i „adoratorów”, i spoufalania się pomiędzy sobą, o tyle na panów z salonów, dobierających się do służących, za ich pozwoleniem czy bez, już patrzono przez palce. Ale, jakie metody miały te dziewczyny, by takich sytuacji uniknąć? Przeczytajmy.

  Książka jest przede wszystkim pięknie wydana. Ornamenty pod koniec rozdziałów, tabelki przyozdobione kwiatowymi motywami, ryciny, przedstawiające służki i służących, wycinki z gazet i reklamy, których nie tłumaczono z oryginału, wstawiając po prostu w wersji angielskiej, nadają niepowtarzalnego uroku i dają odczuć klimat epoki, począwszy już od samej okładki.
Nie podoba mi się jedna rzecz, i było to niesamowicie irytujące zjawisko – powtórzenia. Dzieje się to w pierwszych dwóch rozdziałach, i wręcz bezczelnie się rzuca w oczy – występujące niemal na każdej stronie stwierdzenie, że po wojnie wszystko się zmieniło, z czasem ludzie mieli coraz mniej pieniędzy i nie było ich stać na utrzymywanie służby, a kobiety zaczynały pracować w innych zawodach. Co gorsza, pisane jest to niemal tymi samymi słowami, aż czasem chce się krzyknąć: pani Maloney, dotarło za pierwszym razem! Miałabym ochotę wystawić „jedynkę” korekcie za przepuszczenie takiego czegoś.


   Ogółem muszę stwierdzić, że książka, choć cieniutka, jest bardzo interesującym zbiorem informacji, które może być traktowane zarówno jako coś lekkiego do poczytania, zbiór ciekawostek, jak i źródło informacji na lekcje historii bądź dla osób, które szczególnie interesują się edwardiańską Anglią, życiem kobiet w tamtych czasach i ruchem sufrażystek, bo i o nich wspomniano przy okazji stopniowego zaniku zawodu służącego, a wyjątkowo przyjemnie dla oka wydany tomik zachęca, żeby mieć go gdzieś obok siebie, i sięgnąć czasem, by poczuć ten wyjątkowy klimat i nastrój. Polecam!

Za możłiwość przeczytania książki dziękuję portalowi Sztukater (:

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Life Below Stairs: True Lives of Edwardian Servants
Autor: Alison Maloney
Wydawnictwo: Bellona
Rok wydania polskiego: 2015
Ilość stron: 184

środa, 18 lutego 2015

Ogień i lód. "Lirael, córka Clayrów" Gartha Nixa

   Po lekturze „Sabriel”, która, przeczytana po raz drugi, podobała mi się tak samo, o ile nie bardziej, niż za pierwszym razem, szybko przyszedł czas na tom drugi „jeszcze trylogii”, czyli „Lirael”. Jest to zdecydowanie najładniejszy tom serii – niebiesko-lodowa kolorystyka świetnie współgra z treścią książki, i wygląda też niesamowicie gustownie, a para: człowiek i pies, w postaci sylwetek na tle nieba, kojarzy mi się z lekka tolkienowsko.

   Nie przeczę, że oczekiwania miałam dość wysokie, bo choć postać głównej bohaterki pierwszego tomu nie była szczególnie wyjątkowa jak na swój typ, to już cała jej otoczka jako swego rodzaju nekromantki , zawsze w towarzystwie białego kota, niesamowicie przypadła mi do gustu. Sądziłam, że dostanę ciąg dalszy, ze starszą Sabriel, a tymczasem…

   Tytułowa Lirael jest Clayrą, co oznacza poniekąd kuzynostwo z rodem Abhorsenów. Wychowuje się wśród stadka kobiet obdarzonych darem widzenia przyszłości, w większym lub mniejszym stopniu. Jednak 14-letnia wówczas dziewczyna się wyróżnia z tego jednokolorowego tłumu – już choćby wyglądem, który odziedziczyła nie po blondwłosej, niebieskookiej matce, a po ojcu – czarne włosy i blada cera. Jest też jeszcze jeden ważny szczegół. Lata mijają, każda z rówieśniczek przechodzi przemianę, zostając obdarzona typowym dla Clayrów darem widzenia, a tymczasem Lirael… Lirael nie. Z nią nie dzieje się nic, chociaż czeka, coraz bardziej się niecierpliwiąc i czując się z każdym dniem bardziej wyobcowana, a dodając do tego apodyktyczną ciotkę i matkę, która porzuciła ją we wczesnych latach i odeszła, by gdzieś daleko później umrzeć, otrzymujemy wybuchową mieszankę uczuć w spokojnej, nastoletniej skórze. I ta mieszanka w końcu daje o sobie znać w serii lekkomyślnych, ale  brzemiennych w skutki decyzji.

   W historii pojawiają się Sabriel i Touchstone, jednak jako postacie mocno poboczne: król i królowa Starego Królestwa, ciągle w drodze, ciągle uganiający się za kolejnym zagrożeniem. Pojawiło się nowe źródło zła w państwie: nekromanta, chcący obudzić pradawną, złą istotę, który z dnia na dzień nabiera więcej sił, próbując też zagrozić królewskiej rodzinie – a zwłaszcza księciu Samethowi, młodszemu dziecku znanej nam pary. Jak się to łączy z pozbawioną daru widzenia sierotą Clayrów? Bardziej, niż się może wydawać.

   Na początku trochę brakowało mi Sabriel. Ta nowa, starsza jej wersja jest już „dorosła” i odległa, a Touchstone poważny i tatusiowaty. Ach, starzejący się bohaterowie…  W zamian mamy Lirael, która jest zdecydowanie bardziej żywiołową osóbką od poprzedniczki, reaguje bardziej emocjonalnie i podejmuje mniej przemyślane decyzje. W porównaniu z nią, Sabriel była prawdziwą młodą damą. Czternastolatka przechodzi w siedemnasto- a potem osiemnastolatkę, nie zmieniając się właściwie, i taką rzucają ją Clayry do świata pełnego grozy, o której młódka wychowana pod kloszem lodowca nie ma prawa wiedzieć. Ale daje sobie radę – „boję się, ale idę”. Odkrywa też, że dostała dar mocy, chociaż nie jest to to, czego wyczekiwała całe życie, i czeka ją wiele niespodzianek.

   Męskim towarzyszem dla Lirael nieoczekiwanie staje się sam książę Sameth. I to jest najsłabsza, według mnie, postać w książce. Zapewne całość była efektem celowego zamysłu autora, niemniej jednak trudno jest mi wyrazić, jak bardzo ten nastolatek jest irytujący. Od małego wychowywany przez legendarną parę, z matką-Abhorsenem wchodził w Śmierć i wracał z niej nie raz, sam potrafi przemieszczać się swobodnie po początkowych obszarach rzeki śmierci, nie zastanawia się przy spotkaniu z nekromantą, czy może mu się coś stać, tylko działa… i zaraz potem staje się totalnym tchórzem, bojącym się własnego cienia. Rozumiem, że mógł się przestraszyć, ale żeby aż zapomnieć, kim się właściwie jest, i fakt, że ma siedemnaście lat, a nie dziesięć? Pomijając nawet to – jego zachowanie drażni, gdy czyta się po raz kolejny o tym, jak kombinuje, by posłać na wyprawę ratunkową innych, a samemu zaszyć się w bezpiecznym Domu Abhorsenów, odstawia fochy jak mały chłopczyk, a odpowiedzialność za losy przyjaciela z Ancelstierre, który wpada w kłopoty chcąc go odwiedzić, spycha na innych, nie mając z tego tytułu nawet jakichś szczególnych wyrzutów sumienia.

   Zwierzęcym towarzyszem numero uno zostaje tym razem pies, i to oczywiście będący stworzeniem magicznym. Lirael „znajduje go” jeszcze w Lodowcu Clayrów, i zabiera ze sobą na wyprawę, gdzie, jak się okazuje, przydaje się bardziej niż łuk i strzały. Ale Mogget pojawia się również, chociaż większość czasu w postaci białego kłębka futra, usypianego wciąż i wciąż dzwonieniem małego dzwoneczka. I czy mi się wydaje, czy zrobił się jeszcze wredniejszy z charakteru? Czy to specjalnie pomyślane, by porównać psie oddanie Podłego Psiska z kocią samowolą towarzysza księcia Sama?

Bolączka odległości z pierwszej części obowiązuje nadal, choć mam wrażenie, że ciągle dotyka jedynie najważniejszych z ważnych: królewskiej pary i młodego Sametha. Sama Lirael „odziedziczyła” to w mniejszym jakby stopniu – jej podróż wielką rzeką Ratterlin wydaje się być już czasowo i przestrzennie wytłumaczona. Mam też nadzieję, że tak już pozostanie, takie niewielkie ubytki w logice potrafią wybić mnie nagle z klimatu, co jest drażniące, gdy czyta się z przyjemnością.

   Na duży plus – choć z lekko mieszanymi uczuciami, bo nadal logicznie wydaje się cała sytuacja nieco niedopracowana – muszę zaliczyć sam Lodowiec Clayrów i jego bibliotekę. Jest to zamknięty, kobiecy świat, społeczeństwo niemal kapłanek, których jedynym celem jest widzenie przyszłości. Mężczyźni trafiają tam jedynie z przypadku – i z przypadku zostają czasem ojcami młodych Clayr. Wewnątrz samego lodowca jest ogromna sieć korytarzy i sal, w sporej części nieodkrytych jeszcze, i do takich zalicza się wspomniana wcześniej biblioteka. A jest to miejsce przesiąknięte magią do szpiku kości – i tą dobrą, Kodeksem, i Wolną, niebezpieczną. Każda bibliotekarka nosi przy sobie gwizdek i nakręcaną mysz – by w razie niebezpieczeństwa móc szybko wezwać pomoc. Czy dziwi zatem, że Lirael wpada w kłopoty niemal od razu, gdy tam trafia? A co logicznie mi tak nie leży? Ano, dostępne bez większych zabezpieczeń i poupychane niejako po kątach śmiertelnie niebezpieczne stworzenia Wolnej magii, które, wypuszczone, przez którąś z młodych adeptek, łatwo mogłyby poczynić spustoszenia w Lodowcu. Rozumiem, że Lirael dostaje się tam, gdzie chce, właśnie za pomocą swojego talentu do magii, znacznie przewyższającego zdolności kuzynek – ale też wywołuje niemiły dreszcz fakt, że w sytuacji takiego zagrożenia, Clayry właściwie nie miałyby się jak obronić, jeśli nie przewidziałyby wszystkiego krok po kroczku. A kłopotów Lirael nie przewidziały.

   Co mogę powiedzieć o całości? To nie koniec historii – „Lirael. Córka Clayrów” i „Abhorsen” stanową dwa, ściśle ze sobą powiązane tomy, więc jej druga część jeszcze przede mną, i mam wielkie nadzieje, że ci, co są niefajni, się poprawią, a ci fajni zostaną co najmniej tak dobrzy, jak są. No i więcej kota! Nawet jeśli ma się ciągle przekomarzać z psem. Także Śmierci było jakby mało (tej „nekromantycznej”!), i dzwonków, moich ulubionych, bo Sameth nijak nie chce z nich korzystać… Pozostaje mi spojrzeć z miłym uśmiechem na półkę, skąd zerka na mnie czerwoną okładką „Abhorsen”. 


Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Lirael. Daughter of the Clayr
Autor: Garth Nix
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania polskiego: 2014 (wydanie drugie)
Ilość stron: 488

wtorek, 17 lutego 2015

Kącik Herbaciany #3 - Dar Lata: Imbir i goździk, Cytryna i imbir


Zanim pojawi się kolejna recenzja (jutro lub pojutrze), czas na chwilkę relaksu. Co prawda dopiero mamy środek tygodnia, ale to nawet lepszy powód, by zatrzymać się na moment przy czymś ciepłym, i zebrać siły na kolejne dni, zwłaszcza, że temperatury, rozpieszczające nasz ostatnio ciepełkiem w środku zimy, znowu sobie przypomniały chyba, jaki mamy miesiąc, i postanowiły dołożyć minusa do cyferki. Zimno... czas wrócić do kocyka i kubka z herbatą.

Dziś będzie nie o herbacie, a o jednym z najlepszych możliwych dodatków do niej, czyli syropach. Tak jak w przypadku herbat, nazbierała mi się ich spora kolekcja, i czas zacząć przedstawiać te, które używane są najczęściej i warte są przekazania informacji o nich dalej. A zacznę od...


Dar Lata: Imbir i goździk oraz Cytryna i Imbir

Zgarnięte w dwupaku z Biedronki, jak tylko się pojawiły w sprzedaży. Do kompletu była jeszcze wersja malinowa, bodajże z cytryną, ale na malinowe opcje na razie nie jestem zbyt chętna. Opiszę oba w jednej notce, z niewielkim porównaniem nawet.

Imbir i goździk

Skład syropu według zapisu na etykiecie:
cukier (A) i/lub syrop glukozowo-fruktozowy (B), woda, regulator kwasowości - kwas cytrynowy, naturalny aromat imbiru (0,28%), aromat, barwnik - karmel, naturalny aromat goździków (0,028%).
Malutko wydaje się tego goździka! A to dziwne, bo... o tym zaraz.

Syrop jest klasycznie gęsty, koloru ciemnego, czekoladowego brązu. Po otwarciu czuć intensywny, goździkowy aromat - skądś się musi brać, prawda? Czyżby z tych 0,028%? Olejek eteryczny z goździków musi mieć wyjątkowo silną woń.
Zapach jest bardzo mocny, potrafi zakręcić w nosie, ale jest też ciepły i bardzo przyjemny, nieco delikatniejszy niż w przypadku zwykłego, suszonego goździka. Lubię.

Pierwszą próbę przeprowadziłam z kawą latte, z którą łączy się idealnie, nadając jej lekko goździkowy posmak, bez goryczki i posmaku imbiru. Tego imbiru właściwie nie wyczuwam, zapewne działa jako wzmocnienie dla nuty goździkowej. Goździkowe latte jest czymś, co mogę tylko polecić osobom lubiącym ten rodzaj kawy, ma smak przypominający niego pierniczek, ale bez jego słodyczy, bardzo dobrze rozgrzewa i poprawia nastrój.
Piłam w wersji niesłodzonej.

W herbacie: dobrze łączy się z naparami owocowymi, dodając do nich specyficzną, korzenną nutkę. Z czarnymi i zielonymi - średnio, goryczka nie daje mu rozwinąć skrzydeł, za to aromat jest cudowny.

Co można jeszcze dodać?
W herbacie: cynamon, plasterek cytryny, można nawet pokusić się o odrobinę alkoholu, np. rumu.

Cytryna i imbir

Skład:
cukier (A) i/lub syrop glukozowo-fruktozowy (B), woda, soki z soków zagęszczonych z jabłek i cytryn (0,5%), naturalny aromat imbiru (0,35%), przeciwutleniacz - kwas askorbinowy i alfa-tokoferol, barwniki - karoteny, stabilizator - guma arabska, regulator kwasowości - kwas cytrynowy, aromat.

Widać, że jest tu trochę więcej składników, w tym soki owocowe, witamina C i pochodna witaminy A, robiące za przeciwutleniacze, a także stabilizator, którego brak w wersji goździkowej. Mamy też więcej imbirowego śmierdzidełka.
Zapach lekko cytrynowy z wyraźną nutą czegoś ostrzejszego, nie jest to jednak jakiś zdecydowany imbir, raczej jego echo.

Nie miałam przekonania do próbowania go z kawą, więc od razu powędrował do herbat: zielonej, czarnej, rooibosa i ziółek. Z zieloną i czarną daje smak lekko cytrynowy po prostu, mniej intensywny niż zwykła cytrynowa herbata, więc odpuściłam sobie. Rooibos dał mile delikatny, owocowy napar o specyficznie słodkawym smaku, za to ziółka to już strzał w dziesiątkę. Syrop ten zdecydowanie najlepiej sprawdza się w połączeniu z pokrzywą lub skrzypem, niwelując ich specyficzne nuty i nieco drażniący czasem aromat (zwłaszcza w przypadku skrzypu), dopełnia je owocowo-gorzkawą nutą, dając smak ciekawy i w moim odczuciu zdecydowanie zadowalający. Będę piła te ziółka już chyba wyłącznie z tym syropem. A inne ziołowe herbatki? Mięta, melisa, szałwia - również będą pasowały.

Co dorzucić?
Nic, a zwłaszcza nie dosładzać. W przypadki rooibosa można się pokusić o eksperyment - odrobinkę białego pieprzu i miodu - cuda dla chorego gardła.


I najtrudniejsze - który lepszy?

Oba mają plusy i minusy. Wielbiciele kawy zapewne docenią bardziej goździkowy, herbaciarze - wersję z cytryną. Moim ulubieńcem, choć z niewielką przewagą zostaje Imbir i goździk. Mam nadzieję, że Biedronka nie wycofa go ze sprzedaży po zimowym sezonie.

Smacznego! (;

sobota, 14 lutego 2015

5 książkowych "miłości", czyli mężczyźni na papierze. Post walentynkowy


Pomysł na post podkradłam od Moreni i zmodyfilowałam odrobinę. Dziś co prawda miała pojawić się zupełnie inna notka, ale co tam... nie ucieknie (: Dodatkowej motywacji dodała mi mina Milczka, gły usłyszał, co zamierzam zrobić.

Obawiam się, że w tym, co napiszę, nie będzie nic odkrywczego. Męskie charaktery, które podziwiam i które nijako podobałyby mi się, mają wiele cech wspólnych, i nie ma wśród nich stricte dobrych postaci... może niejako z wyjątkiem jednej. Jest pewnien specyficzny zestaw rzeczy, które podobają mi się w mężczyznach. Wymienieni poniżej towarzyszą mi od dłuższego czasu, i mimo wielu przeczytanych książek, nie doczekali się utraty stanowiska.
Obawiam się też, że mogę mieć po prostu zły gust. Ale... zobaczmy!

Kolejność będzie przypadkowa, nie ma "bardziej" i "mniej".

1. Valerian.

Z książki "Księga Martwych Dni". Postać, która jako taka, pierwsza zafascynowała mnie sama w sobie, jeszcze w początkach mojego "poważnego" poczytywania fantastyki. A było ono tak bardzo poważne, że ową fantastykę zdobywałam właściwie z przypadku, bo miejscowa biblioteka dysponowała niczym i taką też miała świadomość o gatunku, który nie był kobiecym czytadełkiem, wojennym tomiszczem czy nie stanowił lektury. Tam to wygrzebałam powyższą pozycję, w dziale z literaturą dla dzieci, co jest trochę zadziwiające, bo rzeczona grupa wiekowa chyba się nią nie zachyci szczególnie. Głowny bohater ma lat 15, i trudno mi wyrazić, jak bardzo jest nieinteresujący, na szczęście pojawiał się też ON. Valerian. Imię to od razu poleciało na moją listę dziwnych i fajnych imion (tak, miałam taką, na potrzeby własnej pisaniny) jako najlepsiejsze ever. Sam Valerian był iluzjonistą i magiem, o którym niewiele można się właściwie z ksiązki dowiedzieć, Humorzasty, najczęściej z czegoś niezadowolony, rzucający kąśliwe uwagi, ubrany na czarno, o białych włosach. Bawił się nekromancją, a jego motto towarszyszyło mi potem przez długi czas mojej nastoletnio-gociej egzystencji:

"Mille habet mors portas quibus exeat vita. Unam inveniam."

Chyba nawet umarł, ale who cares.

2. Joscelin Verreuil


Od pani Carey, "Strzała Kusziela". Jedyny dobry. Podobno miał być wyjątkowo urodziwy, co musiało być wyjątkowo niezręczne dla człowieka, który postanowił spedzić życie w czystości i poświęceniu dla wyższej sprawy. Idealny wojownik, o niezachwianych przekonaniach, jeśłi już jest czegoś pewien, pełen wiary i zapału. Niestety, trafiła mu się do obrony niejaka Anquisette, i sprawa się nieco rypła. Ale Joscelin to ideał partnera: ciepły, uczuciowy, zdolny do największych poświęceń i wierny, choć wiele z Fedrą musiał przejść, z racji i jej, i swego zajęcia. Cóż, mnich i prostytutka, wyjątkowe połączenie. 


3. Hedin. Ten, który poznał ciemność

Głowny bohater "Śmierci Bogów" Pierumowa. To już klasyka: nie dość, że właściwie czarny charakter, to jeszcze geniusz w swej dziedzinie, potężny mag, czlowiek błyskotliwy, inteligentny, charyzmatyczny, zawsze wie co robić, zawsze ma kolejny pomysł. Taki, za którym można by pójść, by mieć udział w jego sukcesie. Po prostu porywająca osobowość. To też przykład bohatera, co do którego niewiele wiadomo o powierzchowności - i, cholera, nie jest ważna.

4. Isengrim Faoiltiarna.

Lubię elfów. Ale jeszcze bardziej tych, którzy są... uszkodzeni. Faoiltiarna walczył o miejsce w zastawieniu z niejakim Eredinem Breacc Glass, i wygrał, pewnie miał wredniejszy charakter.


"Mówiono, że nie istnieją brzydkie elfy, że wszystkie są urodziwe jak jeden mąż, że takie się rodzą. Być może legendarny przywódca Wiewiórek też urodził się piękny. Ale teraz, gdy jego twarz przecinała skosem paskudna szrama, zniekształcająca czoło, brew, nos i policzek, z właściwej elfom urody nie zostało nic."

Przywódca komanta, który mordował, torturował, okrutnie okaleczał ludzi, został złapany i uciekł. Pamiętam jedynie scenę przy ognisku, kiedy tenże Żelazny Wilk ucieka. Jeden z tych, którzy mogą sobie być brzydcy, a i tak są atrakcyjni. Wspominałam już, że żli chłopcy są ciekawsi?...
Cała rzecz chyba w tym, że jest odpychający, zgryźliwy i tajemniczy. Właśnie - chcę więcej wiedzieć o nim!
I co zrobisz.

5. Havelock Vetinari


Co tu tłumaczyć... genialna postać. Genialny umysł, specyficzny, czarny humor, charyzma.  W filmie "Piekło Pocztowe" grany przez Charlesa Dance'a, który wizualnie pasuje idealnie (inna jego rola, Tywin Lannister, ach!), gdzie pokazuje ten charakter takim, jakiego sobie wyobrażałam - chłodnego i pewnego siebie. 



Choć najbardziej ciekawi mnie jego młodsza wersja, może nie ta jeszcze w Gildii Skrytobójców, którą mamy przyjemność poznać w książce "Straż Nocna", gdzie jest nastolatkiem wyśmiewanym ze względu na nazwisko, ale trochę później. To dopiero musiało być interesujące zjawisko.


Kogo nie wymieniłam?
1. Aragorn, Legolas i reszta z "Władcy Pierścieni" - elfy są ogółem mraw, ale... charakter. Większość jest, jak mawia pewna Jolanta, "mulaci".
2. Geralt. Ok, charakterny, ale... szlag mnie czasem trafiał od jego marudzenia. Serio, wszystko ma swoje granice.
3. Wampiry. Jakiekolwiek. Mam wstręt do wampirów. Wilkołaków też. A te klasyczne po prostu nie dają się lubić.
4. Jon Snow. Mulatości lvl maksymalny po prostu. W "Grze o Tron" w ogóle jakoś nie było nikogo szczególnie porywającego.
5. Wielu innych. Bo albo głupi, albo kobieciarz, albo ginie w głupi sposób, zabity przez rozmemłanego dobrego księcia. 

Albo ja złe książi czytam.



Na koniech chciałabym dodać, że jedynym ideałem moim jest i tak Milczek, będący zjawiskiem posiadającym wszystkie najlepsze cechy - inteligencję, bystrość, charakter, specyficzny humor i elfią powierzchowność, i jemu najeży się miejsce nawet nie pierwsze, ale jedno jedynie. 

Ponieważ walentynki, i wybaczcie mi tą listę, musiałam ;D

środa, 11 lutego 2015

For whom the bell tolls? "Sabriel" Gartha Nixa

   „Sabriel” jest kolejną książką, która dotarła do mnie po paru latach od pierwszego przeczytania, w nowym, odświeżonym wydaniu. Z tego co pamiętam, pierwszy tom posiadałam nawet na własność i był mi gdzieś w chaosie codziennym przepadł, i żałowałam tego już kilka razy. Podjęłam poszukiwania zamiennika i dlatego też ucieszyłam się niezmiernie, że Wydawnictwo Literackie postanowiło wznowić trylogię Nixa, zapewne w związku z faktem, że na marzec tego roku planowane jest wydanie kolejnego tomu. Trylogia staje się więc tetralogią i mam ciche marzenie, że na tym nie koniec, bo pamiętałam tom pierwszy jako czytadełko co prawda lekkie i przyjemne, ale i niesamowicie wciągające.

   Historia nastoletniej Sabriel rozpoczyna się w momencie jej narodzin, z którymi wiążą się tragiczne okoliczności: umiera jej matka, wydawszy dziecko na świat w otoczeniu obcych, przypadkowo spotkanych podczas samotnej wędrówki, ludzi. Samo niemowlę również wydaje się martwe, jednak pojawia się ojciec małej – Abhorsen, i przywraca ją do życia. Potem następuje przeskok już do wydarzeń „współczesnych” – Sabriel ma 18 lat, uczy się w żeńskiej szkole z internatem w Ancelstierre, Wyverly College, w której, oprócz wszystkich umiejętności, które dobrze wychowana młoda dama powinna posiadać, naucza się też podstaw magii, choć tylko te dziewczęta, których rodzina wyrazi na to zgodę. Nagle do szkoły przybywa posłaniec – nieumarły stwór, który przynosi głównej bohaterce tajemniczą paczkę: miecz i dzwonki ojca. Znaczy to, że ojciec dziewczyny najpewniej nie żyje – i ona sama musi teraz zająć jego miejsce. Co takiego stało się w Starym Królestwie, że wielki Abhorsen zaginął, i jak młoda, niewiele wiedząca o swojej rodzinie i przeznaczeniu Sabriel, ma przejąć jego obowiązki, jednocześnie ratując Stare i Nowe Królestwo przed Umarłymi, którzy Powrócili?

   Może się wydawać na pierwszy rzut oka, że to książka pisana dla czytelników młodszych, ale to tylko pozór – jest w niej tyle specyficznych elementów, że zainteresować może osoby w różnych grupach wiekowych. Pierwszą rzeczą, która spodobała, jest podział świata: na Stare Królestwo, z typowymi realiami fantasy, magią i nekromantami - i Ancelstierre, w którym rządzi nowoczesność, technika, ludzie poruszają się samochodami i mają elektryczne światło. Podzielone są Murem i niewielką strefą, w której wpływy jednego i drugiego świata mieszają się ze sobą. Warto zaznaczyć, że magia niweluje działanie technologii i na odwrót – w Ancelstierre nie ma magów, oprócz tej spornej strefy przygranicznej (i niewielkiego skrawka ziem opodal), a aura Starego Królestwa powoduje, że wszelkie urządzenia elektryczne natychmiast przestają działać. A co z samą granicą? To zależy już chyba od tego, jak wiatr powieje: strażnicy pilnujący granic noszą ze sobą jednocześnie karabiny i miecze, a do komunikacji używają telefonów… lub dzwonków. Sporna strefa jest też miejscem niestabilnym – umarli często powstają z grobów. Jak powiedział pułkownik Horyse, zmarli żołnierze stawiają się czasem następnego dnia na paradach. Ma dla mnie niesamowity urok fakt, że aby przejść z miejsca niemal współczesnego do świata pełnego magii, trzeba jedynie przekroczyć wąski pasek ziemi.

   Druga sprawa to nekromancja, a są jej w trylogii Nixa dwa rodzaje. Pierwszy to klasyka – ludzie, którzy budzą umarłych dla własnych, zazwyczaj złych celów, zabijając ludzi i korzystając z ich krwi by niszczyć strażniczą magię Kodeksu. I jest druga, choć zdecydowanie mniej liczna, a nawet jednoosobowa: Abhorsen, czyli ten, który pomaga Przebudzonym wrócić w odmęty rzeki śmierci. Obie te grupy posługują się dzwonkami, które noszą na pasie przewieszonym przez pierś. Dzwonków jest siedem, każdy innej wielkości, każdy ma swoje imię. Te nazwy, brzmiące jak anielskie imiona, i bardzo plastyczne opisy ich melodii i sposobów dzwonienia bardzo działały mi na wyobraźnię, zwłaszcza przez to, że jestem wielbicielką tego dźwięku. No i Dziewięć Bram Śmierci, przez które przepływa lodowata rzeka… co jest za ostatnią? Cóż, wszystko przed nami.

(Źródło: sabriel-lirael-abhorsen.wikia.com)

   Trzecia dobra rzecz – choć może nie rzecz w tym przypadku – to Mogget. Mogget jest potężną, pradawną istotą wolnej magii, spętaną przez Abhorsena i uwięzioną w skórze kota. Ten zwierzak, w obróżce z miniaturowym dzwoneczkiem, jest tak uroczy, a jednocześnie groźny, aż miło. Gra rolę Kota z Cheschire dla Sabriel: jest jej przewodnikiem, pomaga, choć niechętnie, rzucając kąśliwe, cięte uwagi, posiada mądrość wieków, której nie potrafi wypowiedzieć i kryje w sobie grozę, z której dziewczyna nie zdaje sobie sprawy. Czym jest tak naprawdę? Dowiemy się wkrótce.

   Czy znajduję w tej książce jakieś słabe strony? Będę się czepiać: pewnie. Pierwszą, która rzuciła mi się w oczy, chociaż dopiero po drugim przeczytaniu książki, są odległości. Zdawałoby się, że Sabriel potrafi podróżować szybciej niż normalni ludzie, a odległości i proporcje na mapie jej nie dotyczą: zauważalne jest to zwłaszcza w momencie, gdy przekracza ona mur i dociera do miejsca pierwszej bitwy straży z wolną magią. Strażnicy opowiadali, że patrole nie wróciły, nie zostały odnalezione, tymczasem jeden, rozbity i w paskudny sposób uśmiercony, mają tuż pod nosem. Sabriel dotarła tam w… godzinę? Dwie? Czy naprawdę banda doświadczonych w bojach z magicznymi istotami żołnierzy nie była w stanie ich odnaleźć, skoro zapuszczali się z patrolami daleko w głąb Królestwa, a zniszczonego Kamienia Kodeksu, będącego przecież punktem orientacyjnym i niejako gwarancją bezpieczeństwa regionu, po prostu nie zauważyła? Młoda nekromantka „wpadła na nich” tuż przejściu przez bramę. Nie wiem, jak ma się mapa do realiów odległości w książce, ale sprawia wrażenie przedstawiającej rozległą przestrzeń, podczas gdy najwyraźniej wcale tak nie jest.

   Czepiania punkt drugi: matka Sabriel. Burzy się kobieca natura we mnie, gdy o tym czytam: jej śmierć została uzasadniona przez Abhorsena jedynie tym, że była wynikiem ich związku. Ale skoro podążał za nią, czy nie mógł jej uratować, tak jak przywrócił do życia dziecko? Samo wytłumaczenie jest tak proste i, powiedziałabym, wybrakowane, że aż boli. Czyżby zabijało samo urodzenie dziecka Abhorsena? Nie sądzę. Czy zostanie to kiedyś wyjaśnione?…


   „Sabriel” jako książka wciągnęła mnie i zatrzymała w tym urokliwym światku. Sprawiła, że chciałabym sama mieszkać w pobliżu Muru, móc, kiedy tylko chcę, zostawić wszystko i pójść tam, gdzie nie ma hałasu aut, sztucznego światła żarówek, a najbardziej poważanymi osobami są ci, którzy parają się magią – i taką  osobą może zostać każdy. Do świata, gdzie śmierć to tylko próg do przekroczenia, za którym ma się tylko daleką ścieżkę przed sobą, o nieznanej długości i celu. Nowe wydanie powieści jest też zdecydowanie ładniejsze niż pierwsze, kolory okładki bardziej stonowane, symbole, których oczywiście znów jest dużo, tym razem jedynie podkreślone lakierem na matowym papierze, nie rzucają się w oczy, stanowiąc miły akcent. Aż miło patrzy się na całą trylogię… Tymczasem – drugi tom, w który już zdążyłam wsiąknąć - kto wie, czy nie bardziej, niż w pierwszy.



Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Sabriel
Autor: Garth Nix
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania polskiego: 2014 (wydanie drugie)
Ilość stron: 360

niedziela, 8 lutego 2015

Rzeczywistość nierzeczywista. "Maszynopis z Kawonu" Tomasza Kowalczyka

   Codzienność. Czym jest codzienność? Czasem, tykającym, sekunda po sekundzie? Słowami mijanych ludzi, gestami, zapachem pogody, smakiem dźwięków na języku? Czy jest po prostu zbitkiem wrażeń, odbieranych osobniczo przez każdego z nas, dla każdego innych, inaczej przetwarzanych i oddawanych rzeczywistości z powrotem już w zmienionych nie do poznania formach? Jak bardzo może różnić się, widziana przez różne osoby?

   „Maszynopis z Kawonu” to taki właśnie zbiór odczuć. Zwykłych, codziennych spraw, widzianych z perspektywy człowieka, który, widząc „tu i teraz”, widzi o wiele więcej, opisuje to inaczej, bawi się słowami i wrażeniami, przekazując obrazy i uczucia przepuszczone przez pryzmat własnego postrzegania. Niczego nie upiększa, wręcz przeciwnie – niektóre z opisów są wręcz okrutnie dosłowne, okraszone oceną, bez zagłębiania się w szczegóły sytuacji. Gdyby chcieć streścić tę książkę, wyszłoby coś prostego: ot, człowiek, który przeżywa swoje dni powszednie. Ale dochodzą do tego wszystkie szczegóły mniejsze i większe: zapachy, światło, dźwięki, słowa, tak, że czasem nie wiemy już, co jest czym, nie wiemy nawet, czy sam bohater je rozróżnia. Są momenty bardziej „przyziemne”, ale są też takie, które można określić kolokwialnie, mówiąc „odleciał w kosmos”.

   Treść książki jest suto doprawiona erotyką, i głownie to sprawia, że nie każdemu podeszłoby czytanie takiego tekstu. Z jednej strony, jest nieupiększona – sceny seksu ujęte dosłownie, kawałek po kawałku. Z drugiej – nie ma w tym wulgarności, a jest uczucie. Czy to powinno szokować? Nie sądzę. Taki wydźwięk może za to dawać czytanie opisu masturbacji jedenastolatki, która to scena byłaby sennym majakiem, choć akurat rozróżnienie tego, co jest snem, a co nie, bywa momentami trudne. Osobiście, ostrożnie podchodzę do takich kwestii, jednak część osób może się poczuć dotknięta.

   Powieść nie jest jednolita. Udało mi się wychwycić dwa główne nurty: człowieka mieszkającego z matką, wychodzącego wieczorem na miasto, i drugiego, który żyje z kobietą, Tosią, którego to związku nie tolerują ich rodziny. Czy to jedna i ta sama osoba, czy dwie różne? Pobocznie dochodzą inni: znajomi, spotykane na ulicy osoby… Każda jest zbiorem cech i słów, opisanym tak, że nie da się jej pomylić z inną. Mi najbardziej przypadł do gustu lubiący zabawy słowne Daniel: „Słońce, słońce… a gdzie jest słoń be?”

   „Maszynopis z Kawonu” pisany jest specyficznym językiem. Można powiedzieć, że nie imają się go błędy – tyle zabiegów i wypaczeń językowych zastosowano celowo. Poetyckość miesza się z twardymi opisami zwykłych rzeczy, wzniosłe słowa z określeniami stricte medycznymi (swoją drogą, czy ktoś policzył, ile razy pada słowo „amalgamat”?) Krótko mówiąc, jeśli masz, czytelniku, wąski zasób słownictwa, to niewiele z książki zrozumiesz. Ale nie wystarczy być oczytanym, bo kreatywność w użyciu specjalistycznych sformułować wymaga dodatkowo sporej dozy wyobraźni, a i to nie gwarantuje sukcesu. W moim odczuciu, książkę ta można zrozumieć na dwa sposoby, i dwa typy ludzi różnie ją odbiorą: jedni zachwycą się głębią i kunsztem, w jaką autor bawi się słowami, inni nie zrozumieją jej wcale po prostu. Gdzie w tym jestem ja? Powiedziałabym, że gdzieś pomiędzy. Były momenty, które zachwycały mnie tym, jak bardzo bliskie mi się wydają, inne z kolei najchętniej pominęłabym, bo zupełnie inaczej rzecz widzę.


   Ogółem, nie każdy odnajdzie się w zawiłościach i słownej wirtuozerii autora, a część po prostu zgubi się już na wstępnie, nie znajdując głębi w znanej przecież codzienności. Niemniej jednak, uważam, że warto spróbować, choćby po to, żeby zaznajomić się z innym sposobem postrzegania świata.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi.



Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Maszynopis z Kawonu
Autor: Tomasz Kowalczyk
Wydawnictwo: Poligraf
Rok wydania polskiego: 2015
Ilość stron: 148

piątek, 6 lutego 2015

Oddajmy kotom ogonki... - Notka specjalna.

"Trzymałem umierających za rękę.
Oni mówili coś do mnie, ja do nich, zupełnie się nie rozumieliśmy.
I mnie, i im, było jednak jakoś lżej."

Mieczysław Bieniek

Witaj...

Pomysł na dzisiejszy wpis powstał z głębokiej potrzeby podzielenia się ważną informacją.

Jak pewnie wielu z Was zauważyło, na bocznym panelu bloga pojawiły się jakiś czas temu banerki, promujące akcję Koci Ogonek, organizowaną przed Hospicjum dla Kotów Bezdomnych. W związku z tym, że nadchodzi Ten Szczególny Czas (i pracujący i niepracujący wiedzą o co chodzi), chciałabym napisać coś o tym, jako że sprawa zdecydowanie warta jest tego, by na chwilę zastanowić się i podjąc pewne decyzje.

Hospicjum dla kotów bezdomnych jest miejscem specjalnym. Jedynym takim w Polsce. Właśnie... hospicjum. Nie schronisko, nie fundacja i nie dom tymczasowy. Zwierzaki, które tam trafiają, to nie śliczne, małe kociaki na kolanka - choć czasem, po wyzdrowieniu i odchuchaniu, takie właśnie się stają. Te koty najczęściej szans na ciepły domek nie mają. Nie mają też szans na przeżycie na wolności... Ciężko chore, ranne, kalekie. Znalezione umierające na poboczach dróg. Ofiary ludzkiej bezmyślności, okrucieństwa czy niedbałości. Miejsce to daje im wszystko, czego od okrutnego świata dostać nie mogły: opiekę, leczenie, a przede wszystkim - uczucie i uwagę. Czasem daje też godnie, w miłości i cieple przeżyć resztę dni. Bo to miejsce jest szczególne... nikt nie karci za to, że nie może się skakać czy dokazywać... a noszenie pieluchy to żaden wstyd.



Opieka nad takimi zwierzakami nie jest łatwa... Nie zawsze mogą same zjeść czy załatwić się. Czasem mają problemy z chodzeniem, lub nie chodzą wcale. Przeszły wiele, głód, choroby, ból. Porzucone, zostawione na pewną śmierć. Łączy je jedno - znalazł je ktoś, kto mógł i - przede wszystkim - chciał pomóc - zapewnił natychmiastową, profesjonalną opiekę weterynaryjną, cały czas będąc obok, głaszcząc uspokajająco. Będzie dobrze... zobaczysz. Już niedługo. Teraz już jesteś bezpieczny. 

Biały duszek na zdjęciu wyżej, to Alef -  jego historię można przeczytać tutaj.

Poza nim, jest wiele innych, a wśród nich:








A tutaj można znaleźć wszystkich obecnych mieszkańców Hospicjum - klik!

Każdy kot ma piękne, niepowtarzalne imię. Każdy ma długą i często smutną historię, którą mógłby opowiedzieć, gdyby umiał. Ale, na szczęście, robią to za niego ludzie... 

Jest też leczenie. Operacje, leki, ciągła opieka. A to sporo kosztuje... Hospicjum utrzymuje się z darów, które zbiera na wiele kreatywnych sposobów:

Sprzedając kalendarze z grafikami wykonanymi specjalnie dla Hospicjum przez artystów-wolontariuszy...





Organizując aukcje charytatywne z ręcznie robioną biżuterią... 



Organizując spotkania i wykłady, ucząc, informując i nie ustając w wysiłkach, by każdy zrozumiał, jak ważna jest sterylizacja kotów i dobra opieka nad nimi...

I, przede wszystkim, organizując akcję Koci Ogonek!

O tej akcji chciałabym opowiedzieć przede wszystkim. Taki Ogonek ma większość z nas. Chodzi o końcówkę pensji... ile tego jest? 2,3,4 złote, z groszami? Kwota, której się nie zauważa...

Co robimy więc? Ustawiamy stały, comiesięczny przelew w wysokości tej właśnie kwoty. Niedużo? Wydaje się! Taka "drobnostka" co miesiąc, od wielu osób, pozwala zdziałać wiele... kupić jedzenie, leki, opłacić zabieg... co tylko będzie potrzebne! 

Wystarczy kilka minut, i odrobina chęci...


Tutaj wszystkie potrzebne szczegóły - klik! I pamiętajmy - w końcu Ogonki są Kocie!

A w związku z tym, że zbliża się magiczny czas wypełniania PITów... przekażmy kociakom 1%!



Ja już działam... teraz czas na Ciebie! 

Na zakończenie, kilka linków dla osób, które chciałyby wiedzieć więcej, jak mogą pomóc...

Fanimali - czyli jak pomagać, robiąc zakupy przez internet
Banery do umieszczenia na blogu - blogerzy, do boju!

oraz...

6 powodów, dla których warto pomóc! (jeśli spojrzenie tych wielkich oczysk i słodkiego pyszczka nie wystarczy...)

***

Uwaga! Wszystkie zdjęcia, wykorzystane w notce są własnością Kociego Hospicjum, użytymi za ich wiedzą i zgodą. Jeśli tej zgody nie posiadasz - nie wykorzystuj ich!

wtorek, 3 lutego 2015

Czy Twój szef jest normalny? Czyli "Psychopaci w firmie" Paula Babiaka i Roberta D. Hare

   Osoby, które, tak jak ja, spędzają większą część dnia w korporacyjnej matni, zdają sobie sprawę, jak bardzo zachowanie współpracowników i szefostwa wpływa na atmosferę, a co za tym idzie,  efekty wykonywanej przez nas pracy. Praca w takiej firmie to nie raj – wymaga sporej odporności na stres, bycia pod ciągłą presją czasu i nawału zadań. Już jedno lekkie nieporozumienie tworzy rozdźwięk w zespole, a co dopiero, gdy pojawia się w nim osoba, która, pod pozorem silnej, aktywnej osobowości kryje drugie, mroczniejsze „ja”…

   Książkę „Psychopaci w firmie” wybrałam wiedziona ogromną ciekawością. Media przyzwyczaiły nas do stereotypowego obrazu człowieka chorego psychicznie, zazwyczaj kryminalisty, który doskonale się maskuje przed ludźmi z otoczenia. No właśnie… nie każdy psychopata to przestępca, jak i nie każdy przestępca będzie psychopatą. Poza tym, jest to coś, czego nie widać. Jak ktoś taki odnajduje się w rzeczywistości firmowej, gdzie jest obserwowany na każdym kroku? Jak właściwie możliwe jest to, że nie zostaje zwolniony już na początku, gdy wyjdzie na jaw jego toksyczne, dwulicowe zachowanie? Czego może oczekiwać od takiej pracy, jeśli mógłby mieć łatwiej, gdzie indziej?

   Na dobry początek dostajemy historię Dave’a, które będzie nam towarzyszyć przez większość  książki. Dave jest nowy w firmie, ale szybko nawiązuje znajomości, głównie na najwyższym szczeblu. Jest lubiany, jego projekty i pomysły wysoko oceniane, tak przez przełożonych, jak i współpracowników. Jest tylko kilka szczegółów, które dziwią… ale kto by się przejmował, gdy firma zyskała tak dobrego pracownika? Wszystko wydaje się być zbyt piękne, by było prawdziwe… i fakt, prawdziwe nie jest, a pierwsze przekonują się o tym osoby, które Dave’owi przestały być potrzebne do osiągnięcia celu.

   Pojawia się w ten sposób jeszcze kilka wtrąceń, ale nie dajmy się zwieść – ta książka to podręcznik. Uproszczony, napisany przystępnym językiem,  z ciekawe, bo w formie krótkich opowiadań podanymi, przykładami „z życia” i to dosłownie, bo z klinicznego doświadczenia jednego z autorów, oraz z literatury. Ubarwiają one właściwą część książki – wyjaśnienie, czym właściwie jest psychopatia, jak się objawia i jakie jest miejsce psychopaty w korporacyjnej rzeczywistości.  A rzecz jest stanowczo ciekawa: przeanalizowany zostaje sposób, w jaki taka osoba przechodzi przez rozmowy kwalifikacyjne, jak dobiera sobie znajomości i pozoruje energiczną i wydajną pracę, a także spojrzenie z różnych punktów: podwładnego, szefa czy obserwatora.

   I chociaż w treści znajdują się też rady, jak nie dać się podejść i dzielnie robić swoje, to jasno i wyraźnie zostaje nam uświadomione jedno:  rozpoznanie psychopaty nie jest tak proste, jakby się wydawało. Psychopatia jest zaburzeniem tak złożonym, i tak potrafi się ukrywać, że trzeba czasem sporo czasu poświęcić obserwacji, i mieć sporą wiedzę specjalistyczną, by to bez wątpliwości zdiagnozować. Część zbliżonych cech może mieć zwykła osoba, co zrobi z niej po prostu kogoś trudnego w pożyciu, ale nie dewianta. Faktem jest to, że oni nie czują jak normalni ludzie, choć czasem ciężko to sobie wyobrazić. Psychopacie nie będzie przykro, że zrobił komuś krzywdę, fizjologicznie nie ma takiej możliwości.  Ciekawostkę stanową rozważania na temat kwestii, która obecnie może być uznana za szczególnie interesującą – różnice w diagnozowaniu psychopatii u kobiet i mężczyzn. Bo różnice takie są, i wydają się być solidnie umotywowane, choć i to z czasem ulega zmianie.

   Jedną z rzeczy, które mi się nie podobały w całości, jest uproszczony akademicki styl pisania. Część osób może uznać go za przystępny i jasny, mnie jednak wydawał się przesadny, bo treść zrozumiała jest tak czy siak, a dodawane miejscami stwierdzenia typu: „Jakby wszyscy umieli się dogadywać, to byłoby pięknie, ale życie nie jest sprawiedliwe, więc mamy to, co mamy” brzmią… no właśnie. Książka częstuje nas takim sloganem już we wstępie: „Niektórzy są dobrzy, a niektórzy nie”. Panowie, serio?

   Drugim minusem jest dziwny według mnie sposób edycji tekstu. Niektóre z przytaczanych historii są pisane inną czcionką, a niektóre normalnym stylem, natomiast specyficzne jest wstawianie po takiej „historyjce” tekstu zwykłego… kursywą. Czy nie można było jakoś tego zestandaryzować? Takie zmiany rozpraszają, każą chwilę zastanawiać się, co jest czym i co jak traktować, i nijak nie idzie się do tego przyzwyczaić. Osobną część stanową ramki, będące odniesieniami do powiązanej literatury, choć w ich przypadku muszę przyznać, że dają smaczek – i poczucie niedosytu wiedzy. Ma się ochotę sięgnąć po inną książkę autora, bądź też kolejną w temacie, a wreszcie do samych szczegółów diagnostyki klinicznej psychopatii, i dokładnych testów. Lubię książki, które skłaniają mnie do dalszych poszukiwań w ten zmyślny sposób: możesz zatrzymać się tu, ale tam gdzieś jest więcej, a my wiemy, że ci, drogi czytelniku, te podstawy nie wystarczą, bo interesuje cię to, o czym czytasz. Zdecydowanie jednak dostajemy kompletną podstawową wiedzę, niezbędną, by zrozumieć istotę zjawiska.

   „Psychopaci w firmie” to małe kompendium wiedzy dla osób, które pracują w korporacjach, zarówno dla szeregowych pracowników, jak i kierowników, aż po kadrę zajmującą się rekrutacją, a może nawet szczególnie dla nich. Powiedziałabym, że może stanowić swego rodzaju podręcznik szkoły przetrwania, zwłaszcza dla osób, które nie dysponują żelazną cierpliwością i odpornością na stres, jednocześnie nie będąc pseudo-naukową paplaniną wywołującą chęć  szukania wariatów wśród współpracowników – a tego się odrobinę obawiałam. W zamian dostałam solidną dawkę wiedzy od osób, które widzą, o czym mówią, opatrzoną bibliografią i przypisami, odniesieniami do literatury, i okraszoną na osłodę przykładami pisanymi w formie opowiadań. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, nie zniechęcając się drobnymi przeszkodami, które też wcale za przeszkody nie muszą być uznane.

   Za książkę dziękuję portalowi Sztukater (:




Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Snakes in suits: When psychopaths go to work
Autor:  Robert D. Hare,Paul Babiak
Wydawnictwo: GWP Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
Rok wydania polskiego: 2014
Ilość stron: 326

***

Dodając trochę własnych przemyśleń:
Zabawnie się czyta taką książkę, odnosząc ją do własnego otoczenia, i spora część osób właśnie po to zapewne po nią sięgnie. I, chociaż mamy swoje pracowe antypatie, czasem nawet bardzo, to należałoby zachować zdrowe rozgraniczenie między podejrzeniami o zaburzenia psychicznie człowieka, który po prostu jest zwykłym dupkiem i własny stres odbija na innych - a takich jest, zdaje się, o wiele więcej. Chociaż i to, jak sobie z tym poradzimy, wymaga dłuższego czasu i treningu wytrzymałości. 
To pisałam ja, pracownica koreańskiej firmy, i niech mi wszystkie bogi te banały wybaczą.

niedziela, 1 lutego 2015

More Books! #2 styczeń-luty '15, czyli przeżyjmy to jeszcze raz... i miły bonus (:



Czas wreszcie na chwalenie się zdobyczami, czyli kolejna, zaraz po czytaniu, oglądaniu ksiażek na półkach, wąchaniu i macaniu ich, przyjemność związana z tematem.

Tym razem króluje Biedronka i jej książkowa wyprzedaż, a także książki, które czytałam gdzieś, kiedyś... a które wreszcie udało mi się dorwać na własność. Bonusowym, przemiłym dodatkiem jest tu pierwszy mój egzemplarz recenzencki, który dostałam od portalu Sztukater (:

A więc do rzeczy...


Stosik zdecydowanie cieszący oko wyszedł, tak objętością, jak i kolorystyką. Zaczynając od spodu...



1. "Psychopaci w firmie" P. Babiak i R.D. Hare. To książka, która od razu wpadła mi w oko przy wyborze, i to właśnie za nią podziękować muszę portalowi Sztukater. Po prostu musiałam ją przeczytać... sama pracuję w korporacyjnej rzeczywistości, więc absolutnie ciekawa byłam, jak w tym wszystkim egzystują osobowości psychopatyczne  i jak można sobie z nimi radzić. Recenzja książki pojawi się w najbliższych dniach, najpewniej jutro (:



2. Jako jedno - trylogia Gartha Nixa, "Sabriel", "Lirael" i "Abhorsen". "Sabriel" kiedyś miałam, jeszcze w pierwszym wydaniu, ale była mi gdzieś zaginęła. Pamiętam z niej, jak bardzo podobał mi się motyw wykorzystania dzwonków w nekromancji, a nowe, ładniutkie wydanie dodatkowo zachęciło mnie do zakupu całości. Czas poznać wreszcie dalsze wydarzenia! A tymczasem Wydawnictwo Literackie szykuje kolejny tom, "Clariel"...


3. A tu zdobycze biedronkowe. Trzy tomy o klasycznie przekochanej, rudowłosej Ani - uwielbiam nadal! "Mała Księżniczka" i "W pustyni i w puszczy" jako dopełnienie serii wydawniczej. Wpadły w oko od razu, a że klasykę tą planowałam przygarnąć tak czy siak, czekałam tylko, aż znajdę jakieś ładne wydanie w nieprzesadnej cenie. Jest tego więcej, więc zapewne będzie ta część półeczki stopniowo uzupełniana.


4. Na zakończenie, "nowe", kieszonkowe wydanie klasyki magiczno-smoczego fantasy, "Jednym zaklęciem" Lawrence Watt-Evansa. Zdobyte przez przekochanego Milczka (dziękuję! <3 ), a recenzja pojawiła sie już tu - polecam!

Muszę też przyznać, że znów wyczerpało mi się prowizorycznie zorganizowane miejsce na książki... czas wreszcie zmontować jakieś półki, serio. Podłogę w pokoju mam co prawda rozległą, ale miewam też myszy, a i sama podłoga nie jest chyba najzdrowszym miejscem na przechowywanie papieru. Ech, kombinować trzeba! Zwłaszcza, że na kolejny miesiąc też szykuje się spory stosik...

***

W ramach małego dodatku jeszcze, w Kąciku Herbacianym pojawiło się coś takiego:


Słodkie, prawda?... Zawsze podobało mi się, jak w takich czajniczkach serwuje się herbatę w restauracjach, i wreszcie udało mi sie zdobyć takie dla siebie i Milczka. Z wierzchu czajniczek, od spodu filiżanka. Zmyślne cudeńka.

W razie gdyby ktoś chciał, Biedronka ma akurat na wyprzedaży, jakieś 10 zł za sztukę (;


***

I przy okazji chciałabym zachęcić do polubienia fanpage'a bloga na facebooku - dla bycia na bieżąco z aktualizacjami, i nie tylko (;