
Owain Llewelyn, Walijczyk z pochodzenia, mieszkaniec Kuala
Lumpur, para się niebezpiecznym zajęciem: jest trackerem, czyli osobą, która na
zlecenie zdobywa informacje. Jak niebezpieczna jest to praca można się
przekonać, gdy dostaje z pozoru zwyczajne zlecenie – ma wyszukać przysłowiowego
„haka” na jednego z głównych przedstawicieli malezyjskiej sceny politycznej. Owain
zabiera się do rzeczy jak najbardziej profesjonalnie, jak do rutynowej robótki,
nie jest jednak przygotowany na szybki jej koniec, gdy pomagierzy słynnego
działacza ściągają go na poważną rozmowę z szefem. Dowiaduje się wtedy, że jak
głęboko by nie szukał, tak niczego nie znajdzie, ale jego zleceniodawca może być
zainteresowany pewnym układem… Otóż Llewelyn ma odnaleźć pewien starożytny
artefakt, orientalną wersję arturiańskiego Excalibura, zwanego tu Taming Sari,
w zamian za co on i jego partia będą głosować tak, jak ten sobie zażyczy… Rzecz wydaje się zdecydowanie warta
rozważenia.
„Malajski Excalibur” już od początku trudno było mi
zaszufladkować jako konkretny gatunek literacki. Akcja toczy się w niedalekiej
przyszłości, jeśli nawet nie współcześnie, bo postępu technicznego nie sposób
się tam dopatrzeć; nie widać za bardzo oznak wskazujących na fantasy czy
powieść z gatunku magii i miecza, chyba że podepniemy pod to poszukiwany Taming
Sari, a za magię uznamy noszony przez głównego bohatera amulet… Co prawda, im
dalej z lekturą, tym robi się przyjemniej pod względem elementów
fantastycznych, jednak książka pozostaje wyraźnie sensacyjnym kryminałem z
mafijnymi porachunkami jako wątkiem głównym. Może to stanowić spore
rozczarowanie dla czytelnika, który spodziewał się fantastyki patrząc już
choćby na okładkę i tytuł, nie należy więc nastawiać się z góry na powieść
pełną czarodziejów czy rycerzy, nawet w wersji przyszłościowej.
Przyznać trzeba, że autor włożył sporo w pracy w ogarnięcie
i przedstawienie malezyjskiego społeczeństwa, będącego wybuchową mieszanką
kultur. Owain spotyka w mieście przedstawicieli niemal każdej z nich:
francuzkę, chińczyków, Nigeryjczyków, arabów, Europejczyków; zajmujących różne
pozycje w hierarchii społecznej i trudniących się różnymi zawodami, niekoniecznie
legalnymi. Najciekawszym z nich był dla mnie Ideye Mba Okolo, szaman voodoo,
zajmujący się sprzedażą swoich magicznych tworów, jednocześnie będąc silnym
ogniwem przepływu informacji; jest to też postać tak charakterystyczna i
pozytywna, że nie da się go nie lubić. Poza tym babcia Wong i jej „chłopaki”,
chińska mafia, z siedzibą w prowadzonej przez staruszkę restauracji, tworzy
bardzo swojski, przyjemny klimat, podszyty lekkim dreszczykiem niepokoju. Autor
do każdej z rozmów wplata kilka zdań w języku danej nacji, więc spotkamy w
książce słowa nie tylko angielskie, ale i szkockie, chińskie, francuskie… takie
rzeczy niesamowicie robią klimat. Przy czytaniu rzucił mi się jednak w oczy
zabawny fakt: większość wymienionych w tekście chińczyków ma koreańskie
nazwiska, na co zapewne niewiele osób zwróciłoby uwagę, i tłumaczone będzie też
wymieszaniem narodowości azjatyckich w Malezji.
Kolejną cechą powieści, za którą należą się brawa autorowi,
to niesamowicie wręcz dokładne przedstawienie sytuacji politycznej kraju. Jako
mieszanka wielu nacji z napiętą sytuacją polityczną, kraj nie jest wolny od
konfliktów, wręcz przeciwnie: porachunki gangów i uliczne utarczki to początek,
potem pojawiają się przejawy nietolerancji na tle rasowym i celowo prowokowane
starcia. Czuje się wręcz pogłębiający się kryzys i nadchodzącą wojnę. Cała
polityczna otoczka, która w książce stanowi sporą część jej treści, jest nie
tylko cechą dobrą – w moim przypadku przedłużające się opisy sytuacji
politycznej, z odniesieniami do historii, okraszone datami i nazwiskami, które
przez większość czasu nic mi nie mówiły, były po prostu męczące i zbędne spowalniające akcję, zwłaszcza, gdy podczas
rozruchów w mieście autor pozwalał sobie na dygresję w postaci przedstawienia sytuacji politycznej sprzed paru lat.
Co do samej akcji jeszcze: wydarzenia w takich
okolicznościach powinny następować po sobie w sposób, wydawałoby się,
dynamiczny i nie pozwalający na wytchnienie; nie jest tak. Nie jest to może
zasługa samej pierwszoosobowej narracji, ale tu niestety mamy do czynienia z
Owainem-marudą, lubiącym rozważać wszystko w kontekście
historyczno-politycznym, co jedynie od czasu do czasu przerywają mu sprawy „ważniejsze”,
jak na przykład morderstwo lub porwanie. Całość wydaje się rozwleczona,
przegadania, rozwodniona częstymi dygresjami, które niewiele wnoszą do właściwej
fabuły. Miałam ochotę po prostu pomijać niektóre fragmenty tekstu i przechodzić
od razu do konkretów.
Ogółem, „Malajski Excalibur” jest tworem specyficznym, który
może się podobać, ale nie musi. Ciekawie było wejść, nawet w wyobraźni, w tak
zróżnicowany pod względem kulturowym tłum, poznać poglądy na sytuację państwa z
różnych punktów widzenia, a do tego wszystkiego – wysłuchać chińskich legend i
pogłówkować nad tajemnicą zaginionego miecza, ścigając ludzi zamieszanych w
jego zniknięcie, z wiedzą, że pakujemy się w coraz bardziej skomplikowane
sprawy. Nie jest to jednak książka, do której chciałabym jeszcze wrócić, a o
polityce i historii Malezji jak nie wiedziałam nic, tak nic nie wiem nadal, i
po takim przedstawieniu jej przed pana Nogala nie wydaje mi się ona specjalnie
atrakcyjna.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Genius Creations.
A książkę można zakupić TU (;
Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Malajski Excalibur
Autor: Daniel Nogal
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 250