Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

środa, 22 sierpnia 2018

Kot w Bookach przedstawia: kocie gry planszowe i karciane

Hej! Od jakiegoś czasy mieliśmy w zamiarze stworzyć tego typu notkę, czyli – mały spis gier, w których pojawia się interesujący nas motyw. Chodzi oczywiście o koty! Czekaliśmy z tym jednak na odpowiedni moment... Ale teraz nie ma już co zwlekać.

Gier planszowych i karcianych wydaje się co roku coraz więcej, i trudno już znaleźć motyw, który nie byłby w nich poruszany co najmniej kilkukrotnie. Tak jest też z kotami, które jeszcze do niedawna pojawiały się niemal wyłącznie w grach dla dzieci i tak jakby przy okazji (jak „Kot i myszy” czy „Dzielne myszki”). Teraz, chociaż nadal trudno o jakiś większy tytuł, który traktowałby te futrzaki jako głównego bohatera, to mamy sporo mniejszych, ale bardzo fajnych gierek, wartych poznania (:

Moja lista zawiera jednak tylko te gry, w których koty występują jako główne postacie, pominie więc takie, gdzie są one jako część gromadki zwierząt. Tak udało mi się zebrać sześć pozycji. Zapraszam!

1. „Kotobirynt”
Malutka gierka rodzinna spakowana do eleganckiej puszki, mieszczącej się w kieszeni. O co chodzi? Grupa kotów zgubiła się w mieście... Trzeba pomóc im znaleźć drogę do domu! W nocy miasto jest jak labirynt - masa uliczek, dachów, zaułków, wszystkie wyglądają podobnie.
Gra zawiera piękne karty z rysunkami kociaków, cała w sobie jest urokliwa (:
Wydawca: Rebel
Ilość graczy: 1 do 4
Kategoria wiekowa: 6+
Cena: około 40 zł.



2. „Kotostrofa”
Z zewnątrz nieco podobna do poprzedniczki - podobnych wymiarów, porządnie wykonana i kolorowa puszka - w środku zawiera jednak nieco inną grę. To klasyczna, łatwa i przyjemna karcianka, w której chodzi o to, by najszybciej pozbyć się kart z ręki. Można je jednak odrzucać tylko według określonych zasad, czyli dobierając je parami. Gra działa na mechanice znanego i klasycznego „Piotrusia”, z pewnymi różnicami - tu też nie do pary będzie przezabawny Kotruś (;
Wydawca: Rebel
Ilość graczy: 3 do 5
Kategoria wiekowa: 7+
Cena: około 40 zł



3. „Kot Stefan”
Klasyczny motyw odwiecznej walki kot kontra myszy. Myszki chcą podkraść trochę sera, ale w pobliżu kręci się rude kocisko... „Kot Stefan” to gra zręcznościowa, w której gracze posługują się myszkami trzymanymi za sznureczki w miejscu ogonków, podczas gdy inny gracz dysonuje kubeczkiem, próbując złapać jedną z myszek. Dobry refleks wskazany! (:
Wydawca: Egmont
Ilość graczy: 3 do 6
Kategoria wiekowa: 4+
Cena: około 80 zł



4. „Eksplodujące kotki”
Tytuł dla nieco tylko starszych graczy. Gra na mechanice Rosyjskiej ruletki, w której ciągnie się karty do chwili, w której jednemu z graczy nie przypadnie ta z eksplodującym kotem. To jednak nie wszystko, bo losowi można dopomóc za pomocą szeregu „wspomagaczy” w postaci kart zmuszających przeciwnika do dobrania większej ich ilości, odwracających uwagę i wielu podobnych (: Im jednak dalej, tym trudniej!
Wydawca: Rebel
Ilość graczy: 2 do 5
Kategoria wiekowa: 12+
Cena: około 70 zł


5. „Koty”
Gra logiczna, w której należy zbierać blankieciki z futrzakami, jednocześnie unikając myszy, które odwrócą uwagę kociaków, przez co stracimy punkty! Gra zawiera karty z częściami kociego pyszczka, uszkami, łapkami, a także karty zadań oraz kostki. Gra wykorzystuje mechanikę memory, a wiec do grania potrzebna będzie spostrzegawczość i dobra pamięć (:
Wydawca: Trefl
Ilość graczy: 2 do 5
Kategoria wiekowa: 4+
Cena: około 40 zł


6. „Łupieżcy”
Co prawda gra nie miała jeszcze swojej oficjalnej premiery, ale zapowiedziano ją już na koniec sierpnia, a my mieliśmy okazję zagrać nieco wcześniej. Zbierz drużynę złożoną ze słodkich puchatych straszliwych futrzaków i wykradnij skarby Rigora Mortisa! Gra jest łatwa, przyjemna, a przy tym przezabawna, natomiast kociaki na kartach są niesamowicie urocze, choć oczywiście za wszelką cenę próbują być groźne! Polecamy bardzo!
Wydawca: Black Monk
Ilość graczy: 2 do 6
Kategoria wiekowa: 8+
Cena: około 70 zł

Coś ode mnie...




7. Ninja Koty
Prawdopodobnie jedna z moich ulubionych "kocich" pozycji. Gracze wcielają się w tytułowych kocich ninja, próbujących wykraść z miasta pełnego strażników zwoje, a jednocześnie być jedynymi, którzy przyniosą je do siedziby swojego klanu. Gra się na planszy złożonej z heksów (ułożonej w sześciokąt o boku trzech pól), a główną mechaniką jest kurczenie się obszaru gry poprzez "alarmowanie" (czyli odwracanie na nieaktywną stronę) pól planszy. Kociak zostaje wyeliminowany z rozgrywki, jeśli otaczają go wyłącznie zaalarmowane pola i/lub ninja przeciwników. Ze wspólnej talii dobieramy karty, które pozwalają nam na różne specjalne zagrania. Posługując się nimi i umiejętnie lawirując po kurczącej się planszy trzeba nieźle się nakombinować, aby wciągnąć przeciwników w sprytnie zastawione pułapki, a samemu nie znaleźć się w martwym punkcie.
Wydawca: Kudu Games
Ilość graczy: 2 do 4
Kategoria wiekowa: 12+
Cena: około 30 zł

Wpis ilustruje zdjęcie Miśki zwanej Ciapkiem, pozującej na potwora z Arkham.


Miłego grania! (:

sobota, 11 sierpnia 2018

Stosik #39 Maj - Sierpień, czyli wakacyjne zbiory poprzeprowadzkowe

Hej! Jakie to dziwne, że piszę tego posta niemal w środku sierpnia, a moje myśli są jeszcze gdzieś w okolicach początku czerwca. Czy to możliwe, że wakacje już się kończą, a lato przejdzie niedługo w jesień? Opuściliśmy aż dwa posty stosikowe i kto wie ile recenzji jest opóźnionych...
Część z Was wie, co było przyczyną tego zaniedbania. Sporo się u nas podziało... Przeprowadzka, ogarnianie nowego miejsca do życia, zmiany w pracy, sprowadzenie do nowego miejsca kociej staruszki, a potem jej choroba, leczenie, operacja... Było co robić, mam też nadzieję, że teraz będzie już spokojniej. Czas też podjąć na nowo czynności blogowe, bo przecież Kot w Bookach to też nasze kocio-książkowe dziecko i nie może czuć się porzucone (:
Łotr wrzucił wczoraj recenzję, ja zaś pozwolę sobie pokazać trochę naszych wakacyjnych nabytków. Jest to stos zbiorczy z trzech miesięcy i jestem na sto procent pewna, że nie znalazło się w nim wszystko, co powinno. Tak działają przeprowadzki... Ale odnajdziemy się stopniowo w najbliższym czasie i pokażemy wszystko.
Póki co - stosik wakacyjny:

Kolejność książek dyktowana jest jedynie tym, by stosik wyglądał w miarę zgrabne, są tu więc zarówno egzemplarze recenzenckie, jak i te kupione przez nas:
1,2. „Pod kopułą” tom 1 i 2, Stephen King, Wydawnictwo Albatros, Prószyński i S-ka. Oczywiście do kolekcji. Udało nam się nawet zachować ciągłość (z jednym wyjątkiem do nadrobienia), więc tu nie jest źle (:
3. „Piękna krew”, Lucius Shephard, Wydawnictwo MAG. Najnowsza pozycja z Uczty Wyobraźni, i jedna z najcieńszych. Minipowieść z uniwersum Smoka Griaule... Którego zresztą nadal mam na liście „do przeczytania”.
4. „Ślepowidzenie”, Peter Watts, Wydawnictwo MAG. No, to dopiero rarytas... Wreszcie mój, jako zwieńczenie kolekcji (: Jedna z najbardziej intrygujących (i to nie ze względu na cenę, jaką obecnie osiąga) pozycji z serii wydawniczej Maga...
5. „Muzeum dusz czyśćcowych", Stefan Grabiński, Wydawnictwo Vesper. Egzemplarz recenzencki, cóż to za piękna książka... Klimat aż się z niej sączy.
6. „Inne Światy”, antologia opowiadań, SQN. Również otrzymana przez nas do recenzji, tym razem jednak za sprawą portalu Creatio Fantastica, gdzie też ukazało się parę słów o niej, pisanych przez Łotra.

Stos drugi, również mieszany (:
7. „Pies Baskerville'ów”, Artur Conan Doyle, Wydawnictwo Vesper. Do recenzji, czeka jeszcze na przeczytanie.
8. „Inwazja porywaczy ciał”, Jack Finney, Wydawnictwo Vesper. Czyli temat ostatniej blogowej notki (:
9. „Kiedy Bóg zasypia”, Rafał Dębski, Fabtyka Słów. Pięknie wydana książka, patronat medialny Konwentów Południowych, z tej przyczyny też do mnie przybyła. Recenzja gotowa, czeka na publikację.
10. „Jaksa”, Jacek Komuda, Fabryka Słów. Sytuacja jak powyżej, ale „Jaksa” jeszcze czyta w kolejce do czytania.
11. „Jadowity miecz”, Rafał Dębski, Fabryka Słów. Obecnie przeze mnie czytane (:
12. „Droga Szamana. Etap pierwszy: początek”, Wasilij Machanienko, Insignis. Książka z nowego-nienowego gatunku LitRPG, przeczytałam z ciekawości, zrecenzowałam... Recenzja czeka na publikację na portalu Creatio Fantastica.
13. „Porzuceni”, Tomasz Jacek Graczykowski, Goneta. Zakup własny w celu zadośćuczynienia wewnętrznemu pragnieniu czegoś w klimatach cyberpunka.
14. „Fantazmaty. Tom 1”, antologia opowiadań. Papierowa wersja antologii, która wyszła jako darmowy ebook, a przy której tworzeniu brałam udział jako korekta. Bardzo ładny tomik, miło było postawić go na półce (:

No i zostały gry... Tu będzie szybko.
15. „Sherlook”, Wydawnictwo Trefl Joker Line. Do recenzji od wydawnictwa, parę słów na jej temat pojawi się niedługo na portalu Konwenty Południowe.
16. „Ruszyłbym na smoka”, Black Monk. Maleństwo, prosta gra karciana oparta na opowiadaniu. Ruszyłbym na smoka, ale... Cóż, smoki są groźne (: Łort napisał już coś na temat tej pozycji.
17. „Origami”, Rebel. Egzemplarz przedpremierowy od wydawnictwa, recenzja już pojawiła się na stronie portalu.
18. „Niezłe ziółka”, Granna. To już mój zakup, bo strasznie podobają mi się gry w tematyce roślinnej. Ziółka są łatwe, pięknie wydane, wymagają nieco główkowania, ale relaksują - czego chcieć więcej? Może napiszę coś o nich w najbliższym czasie.

To tyle póki co, kolejne stosiki będą już aktualizowane porządnie, mam nadzieję (:
Miłego wakacyjnego odpoczynku!

__________
Grafika ilustrująca post: CC by Katya Austin on Unsplash.

piątek, 10 sierpnia 2018

„Inwazja Porywaczy Ciał” Jack Finney

„Co w ciebie wstąpiło?” – możemy zapytać czasem kogoś, kto nagle zachowuje się zupełnie inaczej, niż byśmy się tego po nim spodziewali. Życie umysłowe i emocjonalne człowieka to jednak niezgłębiony ocean, a to, co udaje nam się poznać przez jego większość, to ledwie powierzchnia – w ten sposób nigdy, nawet żyjąc z kimś przez pół wieku, nie będziemy na sto procent pewni tego, co siedzi w głowie tej drugiej osoby. Czasami jednak chodzi o coś innego, o subtelne, niezauważalne dla postronnej osoby różnice, które świadczą o tym, że ktoś, kto do tej pory był nam bliski, stał się już kimś zupełnie innym. Mniej-więcej w takiej sytuacji znaleźli się bohaterowie klasycznej powieści grozy Jacka Finneya, wydanej nakładem wydawnictwa Vesper – choć w ich przypadku ciężko skwitować całą sytuację słowami „ludzie po prostu się zmieniają”. Panie i panowie, oto „Inwazja porywaczy ciał”. 

Miles Bennell jest lekarzem-rezydentem w sennym miasteczku Mill Valley, zlokalizowanym gdzieś w Kalifornii. Jego życie nie obfituje w wydarzenia szczególnie niezwykłe, jeśli nie liczyć wiecznego niewyspania spowodowanego nocnymi dyżurami. Kiedy jednak pewnego dnia odwiedza go dawna miłość ze szkolnych lat, Becky Driscoll, wszystko wywraca się do góry nogami. Rebecca przychodzi w imieniu swojej kuzynki i, cała we łzach, opowiada doktorowi, jak to wuj zainteresowanej stał się nagle kimś zupełnie innym – niczym pozbawiona ludzkich emocji skorupa. Miles z początku upatruje w opowieściach kuzynki swojej przyjaciółki objawów lekkiej paranoi. Nie spodziewa się, że jej przypadek będzie tylko pierwszym z wielu, jakie w tym samym czasie nawiedzą tę spokojną okolicę. Z dnia na dzień ludność Mill Valley zaczyna masowo podejrzewać swoich bliskich o to, że stali się kimś innym, niż byli do tej pory. I chociaż do pewnego momentu Bennellowi udaje się tłumaczyć to rodzajem zbiorowej psychozy, bardzo szybko natrafia on na zjawiska, których po prostu nie da się wytłumaczyć na drodze rozumu. Rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana – i zdecydowanie bardziej upiorna... 

Powieść Finneya napisana jest prostym, łatwym do przyswojenia i zrozumiałym językiem, zaś umiejętnie i dowcipnie prowadzona narracja pierwszoosobowa sprawia, że główny bohater praktycznie od początku daje się poznać i polubić jako sympatyczna, choć dźwigająca bagaż przykrych doświadczeń osoba. To ważna rzecz w powieści z dreszczykiem – utożsamiając się z protagonistą łatwiej nam przeżywać niepokój o jego losy, co gwarantuje silniejsze wrażenia podczas lektury i właśnie ten zabieg udał się tutaj bardzo dobrze. Widziana jego oczami Mill Valley bardzo szybko nabiera właściwego klimatu cichego (nieco zbyt cichego?) amerykańskiego przedmieścia, które pod płaszczykiem obojętnego spokoju skrywa mroczną, niepokojącą tajemnicę. 

Tajemnicę, którą autor ukazał ze sporą biegłością. Dużo dało tutaj wprowadzenie postaci drugoplanowej – kolegi po fachu głównego bohatera, zaprzyjaźnionego psychiatry, którego komentarze do całej sprawy pozwalają jednocześnie zbudować tło i zasiać w czytelniku ziarno niepewności. Rzeczywiście – do pewnego czasu trudno jest pozbyć się podskórnego wrażenia, że lęki, które trapią głównych bohaterów, to tak naprawdę fikcja, wymysł zmęczonego umysłu podatnego na sugestie. To niezwykle umiejętna gra z czytelnikiem, który niemal do końca nie jest pewien, czy narratorowi można zaufać, czy też może on sam uległ masowej halucynacji. 

W końcu jednak przychodzi czas na to, by ujawnić tę skrzętnie skrywaną tajemnicę... I wtedy jest już odczuwalnie słabiej. Wyjaśnienie zjawisk przedstawionych w powieści – nie chcę tutaj zdradzać zbyt wielu szczegółów, choć sam tytuł nadany książce w polskiej wersji robi to dość dobitnie – wydawało mi się trochę wydumane, zaś rozstrzygnięcie wątku głównego kojarzy się mocno z „Wojną Światów” Wellsa. W jednym i w drugim bowiem tytule mamy do czynienia z zakończeniem typu deus ex machina, a problem, nad którym bohaterowie głowią się przez całą akcję powieści, nagle rozwiązuje się sam z siebie, jak gdyby nigdy nic. 

Chociaż zakończenie pozostawia pewien niedosyt i uczucie zmieszania, trzeba „Inwazję porywaczy ciał” zdecydowanie docenić za zakłopotanie, w jakie wprowadza czytelnika, umiejętnie bawiąc się jego oczekiwaniami i sprawiając, że dalszy bieg wypadków wcale nie jest taki oczywisty. Czytając ją, bawiłem się znakomicie – i chociaż nie uznałbym się za fana powieści grozy, nie mógłbym nie przyznać, że pulpowy klimat lat sześćdziesiątych ma w sobie coś niepowtarzalnego, czego brakuje w taniej, epatującej obrzydliwością grotesce wielu współczesnych tytułów o podobnej tematyce. Na szczególną uwagę zasługuje, jak zawsze, znakomicie ilustrowane wydanie od Vesper – czarno-białe ryciny węglem i ołówkiem zdecydowanie dodają całości nastroju, działając na wyobraźnię i sprawiając, że wrażenie niepewności jeszcze się wzmaga. Kto ceni sobie dobry dreszczowiec, po „Inwazję porywaczy ciał” powinien koniecznie sięgnąć – myślę, że mimo pewnych wad, czas poświęcony na lekturę nie będzie czasem straconym. 

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękujemy, a jakże, Wydawnictwu Vesper.

Dane ogólne: 
Tytuł oryginału: The Body Snatchers 
Autor: Jack Finney 
Wydawnictwo: Vesper 
Rok wydania: 2018 
Liczba stron: 220