Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

niedziela, 29 stycznia 2017

Wygraj książkę "Barnim. Ogień" z podpisem autora - rozdanie u Kota w Bookach!


"Kiedy wśród położonych z dala od cywilizacji wzgórz płonie wieś, a jej mieszkańcy giną w niepokojących okolicznościach tajemniczy wędrowiec Barnim i jego spotkani na szlaku towarzysze postanawiają zaangażować się w wyjaśnienie zagadki. Pasmo wydarzeń niesie ich przez górskie uroczyska, opuszczone ruiny, miejsca zapomnianych i nadal żywych kultów, by znaleźć swój zaskakujący finał w największej osadzie w okolicy..."
(opis wydawcy)

Hej, kochani! Pamiętacie recenzję książki "Barnim. Ogień", pisaną nie tak dawno przez Łotra? Debiutanckie dzieło Bernarda Berga spodobało mu się bardzo, na przemian bawiąc i zaskakując rozwojem wydarzeń. Niecierpliwie czekamy na kontynuację, ale zanim się ona pojawi mamy dla Was kilka egzemplarzy "Ognia" z podpisem autora, wraz z dodatkowym opowiadaniem "Kamienie". Dzięki uprzejmości wydawnictwa Tegono będziemy mogli tą wspaniałą książką obdarować aż pięć osób!


W gratisie zaś, jeśli będzie więcej chętnych, mamy opowiadanie "Kamienie" - dla kolejnych pięciu uczestników konkursu. 

Co na temat samej książki mówił Dobry Łotr?

"Niezaprzeczalnie mocną stroną "Ognia" są opisy. Przedstawiona przez Berga górska okolica rysuje się niezwykle malowniczo – w wyobraźni bardzo łatwo ujrzeć soczystą zieleń drzew, skałę, która z daleka wygląda jak demoni czerep, usłyszeć szelest strumyka, poczuć woń próchna i ziół. W świetnych proporcjach łączy się tutaj praktyczny, rzeczowy opis (jaki mógłby napisać chyba tylko ktoś, kto sam chętnie spaceruje po górach, a nawet liznął trochę geologii) i odrobinka poetyckiej fantazji. Powolne, sielankowe wręcz tempo akcji świetnie z tymi opisami współgra, sprawiając, że czytelnik czuje się, jakby sam tam był – aż chciałoby się wybrać na taką górską eskapadę! Oczywiście, sielanka nie trwa wiecznie, a stateczne tempo zwiększa się w miarę jak Barnim i towarzysze odkrywają coraz to nowe fakty związane z tragedią w Drwalinku. Napięcie, dawkowane umiejętnie, wzrasta powoli, ale nieubłaganie – w efekcie nie sposób przeczytać ostatnich stu stron inaczej jak tylko jednym tchem."

Zapraszam oczywiście do przeczytania całej recenzji (:


A co trzeba zrobić, by wygrać książkę?

Nic trudnego - po prostu wyrazić chęć wzięcia udziału w komentarzach pod tym postem

Nie zapomnijcie też zostawić "lajka" na fanpage'u bloga oraz wydawnictwa Tegono oraz podać adresu mailowego! (: 

Czasu jest sporo, bo aż dwa tygodnie - bawcie się, udostępniajcie, polecajcie, zapraszajcie znajomych, a my, 13 lutego, w poniedziałek, wylosujemy spośród chętnych pięć osób, do których powędrują komplety książka + opowiadanie, oraz kolejne pięć, które zostaną obdarowane drobnym upominkiem "pocieszenia" - tomikiem "Kamienie".

Powodzenia!


Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest blog Kot w Bookach.
2. Nagrody ufundowało wydawnictwo Tegono.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest posiadanie adresu korespondencyjnego na terenie Polski.
4. Konkurs trwa od 29.01.2017 do 12.02.2017, do godziny 23:59. Wyniki zostaną ogłoszone następnego dnia (13.02.2017) w osobnej notce oraz na fanpage'u bloga.
5. Aby wziąć udział w konkursie, należy zgłosić się w komentarzu pod notką konkursową, podając również adres e-mailowy. Dodatkowym zadaniem jest polubienie fanpage'a bloga Kot w Bookach oraz Wydawnictwo Tegono. Dodatkowy punkt karmy otrzymują osoby, które udostępnią post konkursowy.
6. Zwycięzcy zostaną wyłonieni w drodze losowania. Nagrodą jest pięć kompletów książka + opowiadanie "Barnim. Ogień" i "Barnim. Kamienie" oraz pięć sztuk tomików z opowiadaniem "Kamienie".
7. Zwycięzca proszony jest o odpowiedź na maila z informacją o wygranej w ciągu tygodnia; w przeciwnym razie wygrana przechodzi na kolejną osobę.

piątek, 27 stycznia 2017

"Grimm Fairy Tales #06: Zbójecki narzeczony" - recenzja komiksu

„Zbójecki narzeczony” nie należy do najbardziej znanych baśni braci Grimm. Po zapoznaniu się z nową pozycją wydawnictwa Okami z serii „Grimm Fairy Tales” o takim właśnie tytule musiałam więc odszukać rzeczony utwór, by przekonać się, jak bardzo komiksowa interpretacja odbiegła od oryginału. Tym razem mogę stwierdzić, że nawet bardzo – ale też wcale nie mogłabym uznać wersji graficznej za w jakikolwiek sposób gorszą, zwłaszcza, że zawiera ona w sobie znacznie głębsze przesłanie niż było to w pierwotnej wersji baśni. 

Tara w drodze na imprezę omawia z przyjaciółką szczegóły jej przyszłej randki z upatrzonym facetem. Wreszcie zaprosił ją do kina! Trudno dziwić się emocjom dziewczyny, jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem: w trakcie zabawy ukochanego odnajduje w odosobnieniu, splecionego w gorącym uścisku z nikim innym, tylko z siostrą Tary, Michelle. Obie panny, zainteresowane tym samym facetem, ani myślą się pogodzić czy porozmawiać na spokojnie, rękoczynom zapobiega dopiero wkroczenie na scenę obcej osoby – kobiety z księgą baśni w rękach. Nie dając się spławić, nowo przybyła opowiada siostrom historię, w której odnajdą wiele analogii do własnej sytuacji…

Dwie córki pewnego człowieka nie darzą się ciepłymi uczuciami. Napięcie między nimi, wzmagane ciągłą rywalizacją o względy otoczenia, osiąga punkt krytyczny, gdy we wsi pojawia się królewicz Iwan ze Szczeropola i od razu zwraca uwagę na młodszą z nich, Michalinę. Znajomość rozwija się w cieplejsze uczucia i mężczyzna szybko decyduje się poprosić starego ojca o rękę córki – na co ten, oczywiście, wyraża zgodę. Czas, który musi upłynąć pomiędzy wyjazdem Iwana a jego powrotem i planowaną ceremonią zaślubin jest dla starszej z panien okazją, by dać ujście zawiści i poczuciu niesprawiedliwości – zaprosiwszy siostrę na piknik, spycha ją z klifu i szybko zajmuje jej miejsce u boku Iwana – zdziwionego takim obrotem spraw, lecz wcale nie mającego wiele przeciwko drugiej siostrze… 

To nie może skończyć się dobrze, prawda? Blondynka, której imienia brakło w tej historii, przekona się o tym w bardzo bolesny sposób. W wersji oryginalnej tej historii bohaterka była tylko jedna, i zdołała, zdaje się, odkryć zawczasu prawdziwą tożsamość narzeczonego. Tutaj panie są całkowicie zaślepione chęcią wyprzedzenia tej drugiej w wyścigu o szczęście i prestiż, nic dziwnego więc, że pisany im jest tragiczny koniec. Zasadniczy motyw nie ulega zmianie, sekret pozostaje ten sam, ale zakończenie jest o wiele bardziej brutalne niż miało to miejsce nawet w nieocenzurowanej wersji baśni. Jakie wnioski wyciągną z tego Tara i Michelle i czy postanowią wysłuchać opowieści do końca?

Seria „Grimm Fairy Tales” przyzwyczaiła już czytelników do ciągłych zmian na pozycji osoby odpowiedzialnej za część wizualną komiksu. Tutaj miejsca rysownika zajął Josh Medors. Kreska w zeszycie szóstym wyraźnie też różni się od innych: jest bardziej brudna, ostrzejsza, w rysunkach mniej jest delikatnych linii, a twarze bohaterów nie grzeszą urodą. Wyraźniejsza jest też erotyczna warstwa komiksu, lepiej zarysowane, wpół odsłonięte, większe biusty, szerokie usta i kocie oczy kobiet – postacie kobiece, poza kolorystyką i wzrostem, niewiele się też między sobą różnią. Ich ciała mają ostre zarysy, sylwetki są szczupłe i sprawiają wrażenie umięśnionych przy dość krępych i szerokich postaciach mężczyzn. Mimika jest specyficzna – wspomniałam o swoistej urodzie bohaterów, która wędruje raczej w tą bardziej upiorną, nieludzką stronę spektrum – efekt ten pogłębia się wraz z narastaniem mroczniejszej strony historii. 

Szósty zeszyt bajek dla starszych dzieci jest opowieścią brutalną i krwawą, ale i niosącą ze sobą myśli, które można by znaleźć i w klasycznej tego typu historii: o tym, jak uwagę należy przykładać do wypowiadanych życzeń, a także, że cudzy los niekoniecznie jest tym lepszym. Ostatecznie to bardzo ładna bajka była… nawet jeśli trochę okrutna.

Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękuję Wydawnictwu Okami.

Informacje ogólne:
Tytuł oryginału: Grimm Fairy Tales #06: Robber Bridgeroom
Wydawnictwo: Okami
Scenariusz: Joe Tyler, Ralph Tedesco 
Ilustracje: Josh Medors (rysunki, tusz), Mark McNabb (kolory)
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 24

czwartek, 26 stycznia 2017

Wygraj "Przeklinankę. Kolorowankę antystresową raczej dla dorosłych" - wyniki!


Kochani! Czas podać wyniki konkursu (:
Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za udział - odpowiedzi były naprawdę różne i bardzo kreatywne, aż chciałoby się zobaczyć gotowe efekty prac (:
Do wybranych osób poszły już maile z informacją i prośbą o adres - odpowiedzcie jak najszybciej!

Nie przedłużając: "Przeklinankę" od Kota w Bookach dostaną:

Marta Antosik:

Przed pokolorowaniem portretu nie lubianej osoby przerobiła bym go tak aby pokazywał jej totalne przeciwieństwo, starając się by wyszło jak najbardziej zabawnie... Twarz przerobiła bym tak by pasowała do ksywki tej osoby, wyszedł by świński ryjek... Dorobiła bym jeszcze bujne afro, strój typowy dla osoby tańczącej Disco, czyli np. Marynarka cała obszyta srebrnymi i złotymi cekinami. Pod nią obcisła, błękitna koszula w szalone kolorowe wzory 
a spodnie to obcisłe dzwony dopasowane do marynarki. Do tego miałby niebieskie „lenonki”, pasujące do koszuli. Nad głową wisiała by jemu disco kula a w oddali widoczny był by chlew... Przy tej parodii nie lubianej osoby umieściła bym chmurkę z jaj tekstem... 
A mówiłaby: „ Idę do domu”, po czym radośnie podśpiewywałaby pod ryjkiem piosenkę „Stayin’ Alive” zespołu Bee Gees. Wyszłaby z tego wszystkiego Disco Świnka. 


Do kolorowania użyła bym długopisów żelowych o kolorach brokatowych i kredek ołówkowych (samych żywych kolorów, żeby wyszło wesoło). :)




zeraili69:



Portret nielubianej osoby pokolorowałabym bez wątpienia z nieskrywanym entuzjazmem i to (co pewnie niejednych zaskoczy) z dołożeniem wszelkich starań i wytężeniem wszystkich moich umiejętności. W końcu pokolorowanie kogoś tak, by wyglądał jak najbardziej realnie nie jest wcale takie łatwe - odpowiedni dobór kolorów, odpowiednie cieniowanie i... tak, dużą wagę przywiązałabym do pokolorowania jego oczu, bo przecież oczy są zwierciadłem duszy, a odwzorowanie odpowiednio paskudnego wnętrza nie byłoby wcale takie łatwe. Zdecydowanie wymagałoby też wsparcia z zewnątrz w postaci czekolady i kubka kawy.


Zdecydowanie taki wizerunek starałabym się oddać jak najdokładniej, by pokazać prawdę o tej osobie, bez zbędnego ubarwiania jej - skoro ona jest dwulicowa i zakłamuje prawdę, to ja już przecież nie muszę, prawda? 



angel:



Ja odwzorowałabym jak najlepiej buzię, trochę bym ją powiększyła. Wyszłaby taka napuchnięta. Oczy - zdziwione, trochę przerażone, bez kropli cynizmu, którą mają na codzień. Włosy przetłuszczone, czarne, brzydkie. A za głową miałaby ta osoba aurolę. Taką wielką (w ramach tła) - biało czerwoną. I wcale nie chodzi tutaj o patriotyczną boskość :P Mogłabym ją sprytnie powiesić na ścianie i celować rzutkami cytując pod nosem przeklinankę. A co! Jestem w końcu dorosła ;) 




oraz monikaws:



A ja narysowała bym przepiękny portret pełen soczystych barwach�� odzwierciedlając każdy detal twarzy oczu i włosów ... A wszystko po to by swą dobrocią i talentem sprawić by szlag jasny trafił tą osobę ��




Gratuluję i dziękuję wszystkim za udział!

Zostańcie z nami - niedługo kolejny konkurs, tym razem z książkami do wygrania (:

piątek, 20 stycznia 2017

"Dragon Age: Zabójca magów #01" - recenzja komiksu

Wydana w 2009 roku gra komputerowa Dragon Age dość szybko zdobyła sobie grono wiernych fanów i szereg pozytywnych recenzji w sieci. Osadzona w klasycznym świecie fantasy z różnorodnością ras zamieszkujących go, trapionym przez szereg problemów - z plagami chorób czy niepokornymi magami na czele - kontynuowana była później w drugiej i trzeciej odsłonie. Seria doczekała się też cyklu powieści osadzonych w pierwotnym uniwersum gry, z których w Polsce ukazały się trzy. Dzięki wydawnictwu Okami mamy możliwość zapoznać się też z komiksem na jej podstawie, czyli „Zabójcą magów”.

Tessa i Marius trudnią się dość specyficzną profesją. Są tytułowymi zabójcami magów, a to, jak można się domyślić, wyjątkowo trudna fucha dla kogoś, kto sam mocy nie używa. Jak można zabić maga? Tessa bardzo chętnie odpowie: nie można. Dlatego wynajmuje się w tym celu specjalistów, takich jak ci dwoje. Para zabójców dobrze wie, na jakie ryzyko się naraża – mile widziani są tylko przez tych, którzy potrzebują ich usług, a i to tymczasowe wrażenie. Kiedy w Hercyńskim porcie Tessa wraca do pokoju (w gospodzie?) dobrze wie, że była śledzona, a jej „cień” podąża za nią w konkretnym celu. Flavius to elfi wysłannik Imperium Tevinteru, do którego, choć niechętnie, w pogoni za zadaniem udadzą się nasi bohaterowie.

Część pierwsza „Zabójcy magów” stanowi jedynie wprowadzenie do historii. Jak na wstęp jest on jednak bardzo intensywny – i ponury w wydźwięku. Jak bardzo trudnym zajęciem parają się postaci, opowie nam Tessa w scenie otwierającej, opartej na jednym wyrwanym z kontekstu wydarzeniu opatrzonym jej narracją. Tessa ma na magów pogląd dość szczególny i chociaż docenia ich zdolności i siłę, to wydaje się jej zupełnie nie szanować. O niej samej dowiemy się niewiele, poza tym, że jest wiernym towarzyszem „tego” Mariusa, jego przedstawicielką w świecie klientów i zleceń. To z nią mają kontaktować się najpierw osoby, które z jakiegoś powodu potrzebują zabójcy. Wydaje się być postacią bardzo ciekawą, chociaż dość niepozorną z wyglądu – co jest zupełnie niesztampowe w  kontekście gier cRPG – za to obdarzoną przekornym, ironicznym poczuciem humoru z wyraźnie zaznaczonym dystansem do siebie i tego, co robi. To z jej relacji dowiemy się większości tego, co o jej partnerze wiedzieć powinniśmy – w części pierwszej nie jest on zbyt rozmowny, ograniczając się do półsłówek i paru sugestii co do przeszłości depczącej mu po piętach. Czego Marius tak nie lubi w Tevinterze? Być może dowiemy się tego później.

Komiks jest krótki, opowiedziana w nim historia tylko początkiem, ale już na wstępie widać, że będzie na co popatrzeć. Rozpoczyna się polowaniem na „obiekt zlecenia”, maga krwi – starcie jest dynamiczne, brutalne, a końcówka krwawa. Całość jest niesamowicie widowiskowa, a sposób, w jaki narysowano czary sprawia, że trudno od niektórych kadrów oderwać wzrok. Cudo! Późniejsze sceny są już statyczne, ale nie tracą przez to na szczegółowości – mimikę postaci odwzorowano bardzo dobrze (z genialnym, śmiechogennym „o k…a” Mariusa – nie powiedział tego, po prostu tak wyglądał), mamy tu też najbrzydszego elfa, jakiego dane mi było widzieć (chociaż to raczej cecha produkcji, nie wina jego samego). Sceny statyczne utrzymane są w miękkich, stonowanych barwach, by przejść w mocniejszy kontrast, gdy coś zaczyna się dziać – działa to prawie tak dobrze, jak potencjalny soundtrack. Na końcu dodano słowniczek, wyjaśniający niektóre terminy występujące w zeszycie – bardzo pomocna rzecz dla osoby mniej obytej z tytułem. Dziwi mnie jednakowoż opis z tylnej okładki, bo zdaje się, że odnosi się do całości cyklu, nie do tego konkretnego zeszytu – a to trochę boli, jeśli ktoś jest wrażliwy na spoilery.

Co można dodać? W to, że fanów serii skusi też i komiks, nie wątpię, śmiało mogę też polecić go osobom, które w „Dragon Age” nie grały, a może chciałyby, ale z różnych powodów jeszcze im się to nie przydarzyło. Dla tych, którzy cenią sobie komiks w konwencji fantasy polecę jako ciekawostkę, jako że z całą pewnością będzie na co popatrzeć.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Okami.

Informacje ogólne:
Tytuł oryginału: Dragon Age: Magekiller #1
Wydawnictwo: Dark Horse/Okami
Scenariusz: Greg Rucka, 
Ilustracje: Carmen Carnero (rysunki), Terry Pallot (tusz), Michael Atiyeh (kolory)
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 24

środa, 18 stycznia 2017

Konkurs! Wygraj "Przeklinankę. Kolorowankę antystresową raczej dla dorosłych" od Wydawnictwa Helion!


Ta książka jest prosta w użyciu. 
Kolorujesz klnąc pod nosem, głośno lub w myślach. 
Możesz nie kolorować. Możesz nie kląć. 
Możesz to robić - lub nie - sam albo w towarzystwie. 
Strony z zadaniami nie są obowiązkowe. 
Strony w części filmowej mogą Cię wkurzyć, jeżeli nie wiesz, z jakiego filmu pochodzi czytany tekst. 
Wtedy krzycz, wtedy klnij. Możesz również nie krzyczeć. 
Chyba tak. 
Kolorować jednak powinieneś. 
Lub nie.

Kochani! Dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Helion mam przyjemność ogłosić konkurs z "Przeklinanką" Joanny Star Czupryniak  do wygrania <3

Mam dla Was aż cztery egzemplarze, a wszystko, co trzeba zrobić, by ją dostać, to odpowiedzieć na pytanie konkursowe:

Jak pokolorowałabyś/pokolorowałbyś portret nielubianej osoby?

Technika dowolna, kreatywność wskazana. A może chciałbyś/chciałabyś komuś takiemu coś dorysować, jakoś tą pracę podpisać? Wyraź swoje emocje w komentarzu pod postem, tylko nie zapomnij zostawić maila! Cztery najciekawsze odpowiedzi nagrodzimy kolorowanką (:

Będzie nam niezwykle miło, jeśli polubisz też podane strony na facebooku:
* fanpage bloga Kot w Bookach
* profil autorki, Joanny Star Czupryniak

***

Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest blog Kot w Bookach.
2. Nagrodę ufundowało wydawnictwo Sensus/Grupa Wydawnicza Helion.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest posiadanie adresu korespondencyjnego na terenie Polski.
4. Konkurs trwa od 18.01.2017 do 25.01.2017, do godziny 23:59. Wyniki zostaną ogłoszone następnego dnia (26.01.2017) w osobnej notce oraz na fanpage'u bloga.
5. Aby wziąć udział w konkursie, należy wpisać odpowiedź na zadanie konkursowe w komentarzu pod notką konkursową, podając również adres e-mailowy. Dodatkowy punkt karmy dostaje osoba, która polubi wymienione w poście fanpage'e.
6. Najciekawsze odpowiedzi zostaną wybrane przez autorów niniejszego bloga. Nagrodą w konkursie są cztery egzemplarze kolorowanki "Przeklinanka. Kolorowanka antystresowa raczej dla dorosłych".
7. Zwycięzca proszony jest o odpowiedź na maila z informacją o wygranej w ciągu tygodnia; w przeciwnym razie wygrana przechodzi na kolejną osobę.

"Przeklinanka. Kolorowanka antystresowa raczej dla dorosłych" Joanny Star Czupryniak

Są takie dni, kiedy masz dość. Przychodzisz z pracy, w której szef postanowił okazać wszystkim, jak bardzo lewą nogą dzisiaj wstał, współpracownicy, zamiast wesprzeć czy omówić problem, po prostu wypięli się na sprawę, a po powrocie do domu zastajesz bałagan, górę naczyń w zlewie i kota, który zwrócił obiad wprost na nowy dywan. Słowa, jakie przychodzą wtedy na myśl, stanowczo nie nadają się do głośnego wypowiadania w towarzystwie, ale są przecież jakieś granice… Co wtedy zrobić? Trzeba pozbyć się negatywnych emocji. Dla osób, które lubią robić to w sposób kreatywny, przygotowano „Przeklinankę. Kolorowankę antystresową raczej dla dorosłych”.

„Kurza twarz” to dzieło Joanny Star Czupryniak, polskiej artystki i projektantki, która w kolorowankowym światku zaistniała już wcześniej za sprawą „Kotów dziwaków”, kolorowanki dla prawdziwych kociarzy. Pozycja, o której chcę opowiedzieć, również ma ściśle określony target - i niekoniecznie są to zapaleni fani kolorowania. Adnotacja na okładce mówi, że jest ona „raczej dla dorosłych”, ja zaś dodam, że z całą pewnością nie nadaje się dla dzieci, chyba że lubisz, drogi rodzicu, odpowiadać na dużą ilość bardzo niewygodnych pytań, jak na przykład te o różnice między dziewczynkami a chłopcami. W sumie nastolatki też się tu odnajdą bardzo dobrze, ale wtedy należy zadbać, by książeczka nie powędrowała do szkoły i nie trafiła w ręce nauczycieli.

Kolorowanka ta stanowi raczej coś w stylu dzienniczka-wkurzniczka, miejsca przeznaczonego do wyładowywania frustracji w sposób raczej dosadny. Zawiera nie tylko obrazki do kolorowania opatrzone odpowiednimi podpisami, jak „wypierdek mamuta”, „morda w kubeł” i wiele innych, od humorystycznych do kompletnie niecenzuralnych, z moją ulubioną „jesienią średniowiecza” na czele (albo też na tyłku), ale też miejsca, w których można coś dopisać, uzupełnić obraźliwe zdanie o imię i kolejne inwektywy, a nawet narysować portret odpowiedniej osoby. Jest specjalne pole dla szefa czy szefowej, faceta, kobiety, zboczeńca… Rozumiecie więc już, dlaczego „Przeklinanka” to książeczka bardzo osobista.

Styl rysunków pani Czupryniak jest bardzo swobodny, kreskówkowy, przywodzi na myśl komiksy z Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem w roli głównej. Całość wydrukowana jest na gładkim, białym papierze, dość grubym, by w książce dało się kolorować za pomocą różnych mediów. Z kredkami bywa różnie, śliskość papieru może powodować, że te twardsze sprawdzą się gorzej. Ale przecież nie o efekt artystyczny tu chodzi… Bardzo dużo jest stron, na których dominuje kolor czarny – w formie szerokiej ramy lub tła, z jedynie drobnymi białymi elementami do pokolorowania. Część kart zawiera, jak wspomniałam, miejsca do dopisania własnego tekstu lub dorysowania czegoś, a na zakończenie dostaliśmy mały bonus – strony z rysunkami opatrzonymi cytatami z kultowych produkcji filmowych.

Przy „Przeklinance” nie liczą się umiejętności, jakość ani ilość posiadanych kredek ani w ogóle to, czym zamierza się po niej bazgrać. Ma ona pomóc rozładować napięcie bez szkody dla otoczenia – i jako taka sprawdza się świetnie. Prosta kreska Joanny Czupryniak i humorystyczny wydźwięk całości nie pozwalają na zastanawianie się i planowanie – bierzesz książeczkę w dłoń i już wiesz, co masz z nią robić. Tylko uważaj na szefa!

Za egzemplarz kolorowanki, przekazany do recenzji serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Helion.

Dane ogólne:
Tytuł oryginalny: Kurza twarz. Przeklinanka - kolorowanka anttystresowa raczej dla dorosłych
Ilustracje: Joanna Star Czupryniak
Wydawnictwo: Septem/Helion
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 104

UWAGA, KONKURS! "Przeklinankę" można wygrać tu: LINK.

czwartek, 12 stycznia 2017

"Barnim. Ogień" Bernarda Berga

Do opisywanej dziś książki podchodziłem bez jakichś szczególnych oczekiwań. Wydało ją mało znane wydawnictwo, autor to debiutant, zaś proces wydawniczy powieści – czego dowiedziałem się znacznie później, już po przeczytaniu - finansowany był dzięki projektowi zgłoszonemu na portalu polakpotrafi.pl. Nie spodziewałem się niczego więcej ponad lekkie, typowe czytadełko fantasy z marnie zrobioną korektą i paroma zabawnymi niedoskonałościami warsztatowymi, które przechodzą dopiero po bardzo długim czasie. W tym miejscu chciałbym za mój brak wiary przeprosić zarówno autora, jak i wydawnictwo, a także wszystkich ludzi zaangażowanych w powstanie powieści – "Barnim. Ogień" Bernarda Berga okazał się bowiem jedną z najmilszych literackich niespodzianek, jakie spotkały mnie w ostatnim czasie.

W bliżej nieokreślonym miejscu gdzieś w górach, w czasie raczej nieokreślonym poza tym, że jest środek ciepłego, ale nie upalnego lata, poznajemy naszego bohatera. Barnim jest poszukiwaczem przygód podróżującym od wioski do wioski, stoikiem i optymistą. Szlak cieszy go i odpręża – widać od razu, że w leśnych ostępach i wśród gór czuje się jak ryba w wodzie. Motywacje bohatera do wędrówki nie są jasne od samego początku, wkrótce wyjaśnia się jednak, że tropi złodzieja, który okradł świątynię w położonym nieopodal mieście. Winą za ten czyn obarczono właśnie Barnima, a ponieważ rabuś ukradł też obiekt zlecenia, jakie podróżnik podjął pewien czas temu, tym większa jego motywacja, aby dopaść łotra i doprowadzić go przed oblicze sprawiedliwości. Zaszedłszy jednak do wsi Drwalinko, włóczęga zastaje obraz niedawnej tragedii: osada spłonęła do gołej ziemi i wszystko wskazuje na to, że pożoga zabrała ze sobą także jej mieszkańców – ich szczątki zalegają stłoczone w pogorzelisku miejscowego kościółka. Jedynym żywym człowiekiem w okolicy okazuje się Naj – prosty, dobrotliwy, silny jak dąb chłopina. To za jego propozycją Barnim postanawia nadłożyć drogi, by wyjaśnić przyczyny tragedii...

Pierwszym, co zwraca uwagę przy czytaniu, jest sposób prowadzenia narracji. Ta, choć akcję obserwujemy na zmianę z perspektywy kilku osób, pozostaje pierwszoosobowa. Jak można się domyślić, mogłoby to czytelnikowi nastręczać sporych trudności z rozpoznaniem, kto w danej chwili mówi. Tak się jednak nie dzieje – każdy z piątki członków drużyny Barnima jest wyjątkowy i znacznie różni się od pozostałych. Taki Naj, na przykład, może wydawać się prostakiem, cechuje go bowiem dość banalne rozróżnienie tego, co jest dobre, a co złe. Lubi w życiu proste przyjemności - najeść się, wyspać, posłuchać śpiewu ptaków - jego przemyślenia zaś dotyczą w większości pozostałych bohaterów. Jego dokładnym przeciwieństwem jest Ren, osobnik cwany i bystry, ale egoistyczny, brutalny i skłonny do wybuchów agresji. Towarzyszący im Aan jest typem inteligenta – sporo wie, jest spostrzegawczy, ciężko go jednak zrozumieć, a pozostałych drażni napuszona maniera, z jaką się wypowiada. Co ciekawe, sam wydaje się dramatycznie dopraszać o ich uwagę, bojąc się, że zostanie zagłuszony. Ina, jedyna kobieta w grupie, jest żywiołowa i impulsywna, ale łagodna i radosna, wydaje się przede wszystkim cieszyć chwilą obecną. Sposób ich sportretowania nie jest może najbardziej oryginalny ani szczegółowy – tym jednak, co "robi" te postaci jest sposób, w jaki ze sobą współgrają. Ich interakcje są jednym z najmocniejszych elementów powieści. Nie sposób także odmówić czaru bohaterom drugoplanowym. Ci są jak ludzie z krwi i kości, mają swoje życia i dramaty - nawet czarne charaktery. Może za wyjątkiem głównego złego, który jako jedyny wydał mi się nieco nieprawdopodobny – myślę, że to przez zbyt skąpy wgląd w jego pobudki.

Na wypadek, gdyby jednak było wam trudno pojąć, drodzy czytelnicy, do kogo należy dana kwestia, warto wiedzieć, że paragrafy poświęcone każdemu z bohaterów zaczynają się zawsze na tę samą literę, na jaką zaczyna się imię postaci. Cwany, poręczny i niebywale gładki zabieg!

Niezaprzeczalnie mocną stroną "Ognia" są opisy. Przedstawiona przez Berga górska okolica rysuje się niezwykle malowniczo – w wyobraźni bardzo łatwo ujrzeć soczystą zieleń drzew, skałę, która z daleka wygląda jak demoni czerep, usłyszeć szelest strumyka, poczuć woń próchna i ziół. W świetnych proporcjach łączy się tutaj praktyczny, rzeczowy opis (jaki mógłby napisać chyba tylko ktoś, kto sam chętnie spaceruje po górach, a nawet liznął trochę geologii) i odrobinka poetyckiej fantazji. Powolne, sielankowe wręcz tempo akcji świetnie z tymi opisami współgra, sprawiając, że czytelnik czuje się, jakby sam tam był – aż chciałoby się wybrać na taką górską eskapadę! Oczywiście, sielanka nie trwa wiecznie, a stateczne tempo zwiększa się w miarę jak Barnim i towarzysze odkrywają coraz to nowe fakty związane z tragedią w Drwalinku. Napięcie, dawkowane umiejętnie, wzrasta powoli, ale nieubłaganie – w efekcie nie sposób przeczytać ostatnich stu stron inaczej jak tylko jednym tchem.

Świat przedstawiony w powieści jest całkiem interesujący. Niby mamy tu do czynienia z typowym, wiejskim fantasy pozbawionym elementu magicznego, ale z jakimiś lokalnymi wierzeniami i przesądami – a jednak co i rusz pojawiają się jakieś drobne szczegóły, ledwo zauważalne anachroniczne wstawki, które sprawiają, że trudno tak naprawdę określić ramy czasowe. Czy to odległa przeszłość, czasy pierwszych uniwersytetów? A może daleka przyszłość, efekt cywilizacyjnego kroku w tył? Nie wiadomo – jest jednak nastrojowo jak diabli.

Historia opowiedziana w "Ogniu" nie jest bardzo skomplikowana, a przynajmniej nie robi takiego wrażenia na samym początku, jednak nawet pomimo tego jest w stanie zaciekawić, zachęcić, złapać czytelnika w sidła i nie wypuszczać do samego końca. Bardzo szybko okazuje się też, że nie wszystko jest tym, czym się wydaje – zarówno jeśli chodzi o wydarzenia wokół, jak i o samych bohaterów. Największa niespodzianka jednak czeka na samym końcu... Nie, nie powiem. Przeczytajcie i dajcie się zaskoczyć.

Na sam koniec mała uwaga – oprócz "Ognia" można przeczytać też krótkie opowiadanie, którego akcja dzieje się przed wydarzeniami z właściwej powieści - "Kamienie". Tu kluczowe jest zachowanie właściwej kolejności. To znaczy – najpierw "Ogień", a dopiero później "Kamienie". Nie odwrotnie. Najpierw powieść, potem opowiadanie. Nie pytajcie, dlaczego. Podziękujecie mi później.

Debiutancka powieść Bernarda Berga wzięła mnie zupełnie z zaskoczenia – i bardzo szybko wspięła się na samą górę mojego prywatnego rankingu. Jest lekka w lekturze, ale opowiada kawał solidnej, ciekawej historii, jednocześnie trzyma w napięciu i odpręża. To jeden z najsolidniejszych debiutów ostatnich lat, istny pokaz pisarskiego mistrzostwa i jedna z najciekawszych powieści fantasy z naszego rodzimego podwórka. Warto poznać "Barnima" - i to nie podlega dyskusji. Wiem już teraz, że z niecierpliwością będę czekać na kolejne części.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękujemy wydawnictwu Tegono.

Dane ogólne:
Tytuł: Barnim. Ogień
Autor: Bernard Berg
Wydawnictwo: Tegono
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 335

czwartek, 5 stycznia 2017

"Opowieści sieroty. W ogrodzie nocy" Catherynne M. Valente

Nie ma człowieka, który nie spotkałby się w życiu z którąś z bajek mających swoje źródło w „Księdze tysiąca i jednej nocy”. Ali-Baba, Sindbad Żeglarz, Aladyn i wielu innych, zdążyli wpisać się w ścisły kanon opowieści, czytanych i oglądanych w ramach dobranocki od najmłodszych lat. Sama „Księga” liczy sobie już ponad tysiąc lat, ale nadal jest pozycją jedyną w swoim rodzaju, opowieścią w opowieści włożonej w kolejną opowieść, gdzie szybko można zapomnieć, od czego wszystko się zaczęło i czyje losy właściwie się śledzi. Nadal jednak książka ta inspiruje kolejnych twórców i stawia wyzwanie, któremu niełatwo sprostać. Zdecydowanie jednak warto spróbować, bo dzieła, które powstają w wyniku takiego wpływu, mają w sobie coś z pierwotnej wyjątkowości. Książką, która ostatnio trafiła w moje ręce, są „Opowieści sieroty” Catherynne M. Valente, i to właśnie ona przywiodła mi na myśl wspomnienie baśni Szeherezady przeniesionych we własne, jakże intrygujące uniwersum.

Wśród żyjących na dworze sułtana dzieci pojawiło się w pewnym momencie jedno inne niż wszystkie. Dziewczynka urodziła się z ciemnymi powiekami, jakby oczy miała okolone tatuażami. Z miejsca uznano ją za wcielenie demona i wyrzucono poza nawias społeczny, z jednej strony nie chcąc mieć z nią nic wspólnego, z drugiej jednak bojąc się urazić ducha, który miał zamieszkiwać w ciałku dziecka. Młody książę postanawia nawiązać z nią kontakt. Cokolwiek nim kieruje, czy ciekawość, czy też zakład z rówieśnikami, nie spodziewa się tego, że jej osoba zaciekawi go do tego stopnia. Być może z tęsknoty za rozmową, dziewczynka wyjawia mu sekret: cień na jej powiekach zostawił duch, podkradłszy się pewnej nocy do kołyski z niemowlęciem. Są to drobno spisane opowieści, które czytać miała młoda bajarka przez całe swoje życia, a gdy skończy, duch wróci, by ją osądzić. Chłopiec pragnie usłyszeć którąś z historii, co rozpoczyna serię wieczorów, w których uciekał będzie spod nadzoru opiekunów, by dowiedzieć się kolejnych losów wiedźm, potworów, wędrowców, dzieci-gwiazd i wielu innych.

Kompozycja „Opowieści sieroty” rzeczywiście przypomina tę znaną z „Księgi tysiąca i jednej nocy”, jest jednak jej bardziej uproszczoną wersją. Podzielona została na dwie części, stanowiące dwie odrębne – choć w pewien sposób powiązane ze sobą – opowieści. Pierwsza, osnuta na kanwie losów młodego księcia, który po ucieczce z domu, skazany na jedzenie tego, co sam upoluje, zasadza się na zagrodę gęsi przy domostwie wiedźmy. Zabicie ptaka powoduje zdjęcie z niego czaru, ukazując tragiczną prawdę: była to dziewczyna, zmieniona w gęś córka gospodyni. Ta, zrozpaczona, opowiada mu losy własne i swojego rodu, a każda kolejna historia odkrywa przez młodzieńcem nie tylko losy obu kobiet, ale jego samego, a ponad wszystko: świata, w którym żyje. W przypadku drugiej jest już zupełnie inaczej: początek jest spokojny, a bohaterka początkowo bardzo bierna. Śnieg – którą nazywają tak z powodu ubarwienia ciała i włosów, jest wędrowniczką bez swojego miejsca na ziemi. Nająwszy się do pracy w porcie, natrafia tam na kobietę, która częstuje ją pomarańczą… i opowieścią o swoim życiu. 

Całość spajają przerywniki ze scenami z ogrodu, chłopca, usiłującego wyrwać się spod kurateli surowej starszej siostry i dziewczynki, która coraz chętniej snuje swoje opowieści tak wdzięcznemu słuchaczowi. Jest to typowy przykład powieści szkatułkowej, szybko można jednak zauważyć, że autorka nie zdecydowała się na dodawanie w nieskończoność kolejnych wątków, ale woli po rozpoczęciu kilku z nich najpierw je dokończyć, zanim zacznie kolejne. Nie powoduje to uczucia zagubienia, które można było poczuć w przypadku bajek Szeherezady, dając jednocześnie czytelnikowi szczegółowy, kompletny opis budowanego przez nią świata. Kompletny i spójny do tego stopnia, że nie sposób nie zastanowić się, czy młoda bajarka nie opowiada o czymś, co widziała na własne oczy.

A świat ten zdecydowanie jest warty uwagi. Chociaż fabułę rozbito na wiele krótkich opowiadań, a akcja przedstawiana jest z coraz to nowego puntu widzenia, stopniowo kształtuje się w jedną całość obejmującą, o dziwo, dość niewielki obszar. Uniwersum to ma swoje własne wierzenia, oparte na personifikacji gwiazd i wywodzącej się od nich rasy ludzi, władających mocą, zanikającą co prawda z pokolenia na pokolenie, ale nadal żywą w opowieści. Często spotykanym w nim motywem są konflikty rasowe – ludzie i potwory, żyjący obok siebie w co najwyżej obojętnych stosunkach, a i to rzadko, a najczęściej po prostu zwalczający się nawzajem w niekończącym się łańcuchu zemst za własne krzywdy. Potworami zbiorczo określane są rasy niebędące ludźmi, ale potworem można też zostać – jak wspomniana wcześniej Śnieg, nabyć jakąś cechę wyglądu, która odróżnia jednostkę spośród innych, urodzić się z nią (wspomniano tu dzieci z wadami wrodzonymi) czy też zostać ofiarą czarodziejskich eksperymentów (przypadek Magadin – jedna z najciekawszych i najbardziej poruszających historii w książce). Niewiele więc trzeba, by zostać odrzuconym przez społeczeństwo w świecie dziewczynki-demona. Ale i druga strona do świętych nie należy. Potwory, choć cechuje je mocne poczucie solidarności z innymi „wyrzutkami”, jakiekolwiek byłoby ich pochodzenie i choć chętnie pomagają sobie nawzajem, odpowiadają w tym sporze „ząb za ząb”, tak, że nie wiadomo w końcu, od czego się wszystko zaczęło. 

Tym, co chwyciło mnie za serce w „Opowieściach sieroty”, była jawna gloryfikacja brzydoty. Większość z „opowiadających” należy do kategorii potworów i pomimo pojawiającej się tu i tam tęsknoty za „normalnym” wyglądem (którą wykazują jednak wyłącznie świeżo przemienieni i jest to stereotypowa ciągota do „wyjścia dobrze za mąż, bo co będę w życiu robić”), powierzchowność odmieńców określana jest jako wyjątkowo piękna. Przy bardziej szczegółowych opisach robi to szczególne wrażenie, dość abstrakcyjne, wymagające oswojenia się z takim przewrotem w wartościowaniu. Zasadniczą różnicą jest obraz ról, jakie wyznacza społeczeństwo poszczególnym jednostkom. Podczas gdy u ludzi silne są stereotypowe podziały na dbającą o ognisko domowe i podporządkowaną mężczyźnie kobietę oraz męża-wojownika i władcę, w przypadku potworów panuje ich całkowite przeciwieństwo: tam wręcz nie spotka się klasycznej żony i matki. Kobiety-odmieńce muszą walczyć o przetrwanie na równi z mężczyznami i wyraźnie pokreślono fakt, że jest im w tym wszystkim znacznie trudniej, a wsparcie, jeśli w ogóle jakieś się pojawia, polega raczej na przysłowiowym kopie w tyłek.

Nie ma tu jednak wyraźnego podziału na dobro i zło, tak często spotykanego w baśniach. Zarówno ludzie, jak i potwory, mają swoje za uszami, zdarzają się wśród nich osobniki wyjątkowo dobre i wybitnie spaczone, jedni do drugich odnoszą się z pogardą pomimo jako tako prowadzonego współżycia. Łączy je wspólna nienawiść do czarnoksiężników. Z tych spotykamy głównie jednego – Omir, żyjący o wiele dłużej niż człowiek powinien, jest osobnikiem wykorzystującym swoją pozycję do prowadzenia dość paskudnych eksperymentów, których ofiarami są młode kobiety. Jego celem jest, oczywiście, przedłużenie własnej egzystencji i dalsze rozwijanie umiejętności magicznych. Ale i on ma swoją opowieść. Czy po wysłuchaniu jej da się go jednoznacznie potępić?

Co będzie dalej? Czy dziewczynce uda się dokończyć opowieści? Co się wtedy stanie? Zostało jeszcze wiele do powiedzenia, tym chętniej więc chwycę w wolnej chwili za drugi tom. Czytelnikom, którzy jeszcze nie słyszeli o „Opowieściach sieroty” polecam jak najszybciej zapoznać się z tą pozycją, jako że zdobyła sobie o wiele mniej uznania, niż na to zasłużyła. To naprawdę piękna, pełna mądrych myśli, a jednocześnie niejednoznaczna, surrealistyczna i skłaniająca do myślenia powieść, Uważniejszy czytelnik odkryje w niej wiele nawiązań do współczesnego świata, do innych dzieł literackich, wreszcie: znajdzie w niej coś, co wyda mu się bliskie. Każdy może być potworem. Ale czy to źle?

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The Orphan's Tales. In the Night Garden
Autor: Catherynne M. Valente
Wydawnictwo: Mag (seria Uczta Wyobraźni)
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 473

_____________

Okładka amerykańskiego wydania, Bantam Dell, 2006, http://www.randomhousebooks.com/

wtorek, 3 stycznia 2017

Więcej Kotów w internetach #03, czyli czytelniczo-recenzenckie podsumowanie grudnia

Hej, kochani! Pomyślałby kto, że okres okołoświąteczny to dobry czas na nadrabianie zaległości. Jak się okazało, różnie z tym bywa, a że zajęć jakoś robi się coraz więcej, to i z pisaniem nie wyszło nam tak, jak planowaliśmy. Zdarzyło mi się dołączyć do zespołu korektorskiego w dwóch wielce szanownych instytucjach, co, wraz z dotychczasową działalnością przy akcji Polacy nie gęsi i na portalu Konwenty Południowe potrafi zabierać cały czas wolny, pozostawiając jednak w zamian poczucie niesamowitej satysfakcji. Tak, to jest coś, co lubię robić.

Czytelniczo jesteśmy nadal "do przodu" - rośnie nam stos książek przeczytanych, które czekają na zrecenzowanie. Jak niekorzystne to jest zjawisko, nie muszę tłumaczyć - wyrzutów sumienia nikt nie lubi. 

W sukurs przychodzą postanowienia noworoczne. Po pierwsze, systematycznie nadrobić to, co zalega, na co dałam sobie tydzień i ani dnia więcej. Po drugie, kilka nowych tabelek excelowkich... W celu ogarniania wszystkiego na bieżąco i prowadzenia statystyk, nie tylko dla bloga. Na początku zeszłego roku miałam chęć zmierzyć się z wyzwaniem "52 książki", problem pojawił się właśnie przy braku jakiejkolwiek motywacji do rejestrowania postępów. Lubimyczytac.pl pokazuje, że przeczytaliśmy, razem z Łotrem, 180 książek, ale jak się to dokładnie rozkłada już nie sprawdzę. Zbyt mozolna grzebanina by to była. Stąd rozpoczęta już nowa lista. Życzcie mi wytrwałości!

Co do działalności recenzenckiej, w grudniu udało nam się napisać parę słów o następujących pozycjach:

Od początku ery Internetu tekstów na tematy okołoerpegowe powstały setki tysięcy – blogi, artykuły na portalach, ziny tematyczne... W nich zaś całe rzesze różnych ludzi próbujących doradzić, podpowiedzieć, zaproponować – co zrobić, żeby w erpegi grało się lepiej. Nie muszę chyba wspominać, że z różnym skutkiem. Wśród tychże poradników znaleźć można teksty zarówno osób, które miały świetne intencje, ale nie potrafiły dość dobrze się wysłowić, wizjonerów o kapitalnych pomysłach – na papierze, bo sprawdzone w praktyce chociaż raz szybko okazałyby się bezużyteczne, a nawet szkodliwe – czy redaktorów z zawodu, którzy z braku innej koncepcji na artykuł postanowili popełnić coś na szybko. Krótko mówiąc: dziś, w zalewie poradników o grach RPG, naprawdę trudno wyłowić coś, co miałoby jakąkolwiek wartość. Dlatego też z mieszanymi uczuciami podszedłem do ostatniej propozycji wydawnictwa Portal, z cyklu "Almanachów" – mowa dziś o "Graj Fair" autorstwa Andrzeja "Enc" Stója, poradniku poświęconym nie tyle samemu graniu, co budowaniu relacji w grupie i "społecznej" stronie tego rodzaju gier towarzyskich.

John Perry decyzję o wstąpieniu do wojska podjął wraz z żoną dobrych parę lat temu. Nie obyło się bez scysji – syn, nie potrafiący zrozumieć, co podkusiło rodziców dotąd bardzo krytycznie wyrażających się na temat wojny, postanowił odciąć się od rodziny. Kathy nie udało się dożyć siedemdziesiątych piątych urodzin, będących magicznym niemal wyznacznikiem granicy między życiem ziemskim a międzyplanetarną służbą w imię obrony kolonii. John, samotny, podupadający na zdrowiu człowiek przed zgłoszeniem się na komisję rekrutacyjną odwiedził jeszcze grób żony – a potem, podpisawszy oświadczenie o tym, że zrzeka się wszelkich dóbr ziemskich i zostaje oficjalnie uznany za zmarłego, udał się windą kosmiczną w nieznane.

Podobno coraz trudniej w dzisiejszych czasach o zwyczajną, ludzką uprzejmość. Z przejawami chamstwa spotykamy się przecież na co dzień – w pracy, w sklepie czy na ulicy, co i rusz zdarza się ktoś, kto albo nie potrafi zachować się w towarzystwie, albo potrafi, ale świetnie się z tym kryje. Jak poradzić sobie z podobnymi sytuacjami? Co zrobić, by samemu nie stać się jedną z takich osób? Jak zachowywać się porządnie, nie tracąc przy okazji przyjemności bycia po prostu sobą? Próbą odpowiedzi na te wszystkie pytania jest książka Amy Alkon, zatytułowana “Dobre maniery dla miłych ludzi, którzy czasem mówią k***a”.

Trzecia wojna światowa. Obawia się jej wielu. Postęp technologiczny, liczne teorie spiskowe i ciągła niepewność co do intencji innych nacji potęgują tylko wrażenie nadciągającego nieszczęścia. Trudno się dziwić, że temat podłapali pisarze, snując przed żądnymi wrażeń czytelnikami coraz bardziej sensacyjne wizje. Jedną z ciekawszych tego typu fikcji historycznych jest cykl „Przymierze” Jakuba Pawełka, rozpoczęty w roku 2014 powieścią „Wschodni Grom”. Konflikt, rozpoczęty pomiędzy Rosją a Chinami w maju 2015, na tych dwóch państwach się nie zakończył, angażując coraz to nowe kraje. Nie zmieniło się jedno: fakt, że był on starciem mocarstw.


Jakie kolorowanki wybiera nałogowy książkomaniak? Na pierwszy ogień na pewno pójdą te, które w jakiś sposób powiązane są z literaturą. Wybór mamy już dość spory, jako że co bardziej znane pozycje książkowe są też ilustrowane, a stąd prosta droga do stworzenia pozycji z samymi szkicami. Mówimy tu jednak o mainstreamie - a co z fanami klasyki? Dla tych, którzy ponad wszystko cenią sobie dzieła klasycznych twórców takich jak Szekspir, ofertę przygotowało wydawnictwo Zielona Sowa. W ich kolekcji kolorowanek dla dorosłych, złożonej już z kilku propozycji, pojawiła się właśnie „Podróż do Krainy Szekspira”.

Seria książek o Śródziemiu autorstwa J.R.R. Tolkiena zdobyła spory rozgłos już w początkach działalności pisarskiej autora. Najbardziej znany tytuł cyklu, „Władca Pierścieni”, powrócił do świadomości fanów, zdobywając oczywiście z miejsca kolejnych, kiedy pojawiły się ekranizacje. Trzy filmy o Drużynie Pierścienia do dziś, piętnaście lat po premierze, mają specjalne miejsce w pamięci nie tylko fanów fantastyki. Nic dziwnego, że w szale na antystresowe kolorowanki dla dorosłych powstały i takie, które tematycznie wpasowały się w ten nurt. Kto by się jednak spodziewał, że obok pozycji, w których grafiki będą jedynie inspirowane twórczością Tolkiena, powstanie też jedna z line artami, stworzonymi na podstawie filmowych kadrów?

Gdyby zapytać fanów fantastyki o książkę, w której główną rolę grają krasnoludy, wielu z nich bez wahania wskaże serię o Felixie i Gotreku. Rozpoczęty w 2000 roku tomem „Zabójca Trolli” cykl opowiada o przygodach Gotreka Gurnissona, który, by zmazać swoje winy i zasłużyć na zaszczytne miejsce w zaświatach, musi zginąć śmiercią bohatera, walcząc z możliwie jak najstraszliwszym przeciwnikiem. Dzielnie asystuje mu w tym zadaniu Felix Jaeger, człowiek, który podjął się nie mniej odważnego zadania spisania dziejów krasnoluda. Jak można się domyślić, mało było trolli dla dzielnych Zabójców, cykl zdążył dorobić się więc paru kolejnych tomów, w polskim wydaniu osiągając liczbę dwunastu. Stanowczo jednak nie jest to koniec serii, mówi się nawet o „pierwszej dwunastce”. Ostatni z niej ukazał się w kraju w listopadzie tego roku.

Rytuały odprawiane przez Lożę Odwróconego Modrzewia przerywa kilka incydentów. Pierwszy to brak jednego z braci, którego uwaga została odwrócona w zaskakująco skuteczny sposób, kolejny zaś - dźwięk telefonu. Przygoda wzywa Giacomo, a robi to za pośrednictwem jego wuja, Umberto Techno, kosmicznej legendy. Stary spiskowiec nie znosi konkurencji, więc gdy trafia na organizację zajmującą się właśnie tym – knuciem spisków – posiadającą na liście członków nazwiska najbardziej znanych osobistości, postanawia się z nią rozprawić. Na stróżów prawa nie można liczyć... I tu przydaje się nasz bohater o dość rewolucyjnych przekonaniach. Przed nimi droga pełna wyzwań i przeszkód.

Stanisław Lem po dziś dzień pozostaje najbardziej znanym za granicą polskim fantastą. Jego powieści przetłumaczono na niemal czterdzieści różnych języków, zaś ich łączny nakład w pewnym momencie przewyższył liczbę obywateli naszego kraju. Autor “Solarisa”, “Cyberiady” czy “Dzienników Gwiazdowych” jest pierwszym twórcą science-fiction, jakiego poznają polskie dzieci w wieku szkolnym. Mimo to zaskakująco niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Lem to nie tylko fantastyka. Do dorobku literackiego autora zaliczają się także rozliczne eseje filozoficzne, futurologiczne oraz, przede wszystkim, publicystyka naukowa. To właśnie całokształtowi publicystycznej twórczości naszego rodaka poświęcona jest nowa pozycja proponowana przez Wydawnictwo Literackie – oto “Planeta Lema. Felietony ponadczasowe”.

Nasi stali czytelnicy mogą pamiętać mój krótki tekst poświęcony filozofii Kaizen – metodzie stopniowego, skutecznego i bezpiecznego wprowadzania rozmaitych zmian w życie. Miałem nadzieję zgłębić temat nieco dokładniej – stąd moje spojrzenie przyciągnęła jedna z propozycji wydawniczych wydawnictwa Helion. Mowa o "Psychologii Zmiany" autorstwa Mateusza Grzesiaka. Nazwisko autora obiło mi się o uszy raz albo dwa w niedalekiej przeszłości – kojarzyłem go z materiałów promujących rozmaite szkolenia z dziedziny coachingu czy zarządzania i byłem zdziwiony, widząc je na okładce pozycji o takim tytule. Moje zdziwienie wcale nie zmalało – wręcz przeciwnie! - kiedy zajrzałem do środka.

Marka Marvel kojarzona jest głównie z komiksami i ich ekranizacjami. Superbohaterowie spod ich skrzydeł są znani i uwielbiani na całym świecie, od roku 1933 podbijając serca młodszych i starszych. Iron Man, Thor czy Kapitan Ameryka, a także wielu innych są często pierwszymi obiektami dziecięcego podziwu, czasem pozostając nimi przez całe życie. Czarna Wdowa dołączyła do grupy herosów w roku 1964, wymyślona przez Stana Lee - początkowo jako szpieg i czarny charakter. Na szczęście udało jej się przejść do przeciwnej drużyny. Fani serii znają ją choćby z filmów „Iron Man 2”, „Avengers” czy „Kapitan Ameryka”, natomiast dla nastoletnich wielbicieli powstaje seria książek, z których pierwsza, „Czarna Wdowa. Na zawsze czerwona” ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Zielona Sowa.

Kiedy arystokrata ze wschodniej Europy zaczyna wykupywać wiekowe posiadłości w całym Londynie, nikt nie spodziewa się ponurych wydarzeń, jakie wkrótce nastąpią. Młody prawnik, Jonathan Harker, wyrusza w podróż do jego rodowej posiadłości w Transylwanii, aby dokonać niezbędnych formalności. Chociaż z początku oczarowują go nienaganne maniery i wielka gościnność hrabiego Drakuli, bardzo szybko zaczyna on doświadczać coraz dziwniejszych zjawisk – zjawisk, które napawają go szczerym niepokojem. Gdy podobnie niewytłumaczalne zdarzenia zaczynają mieć miejsce w okolicach Londynu, zbierając żniwo w postaci zdrowia i życia młodej kobiety, dopiero zawezwany przez jej przyjaciół ekscentryczny Holender, doktor Van Helsing, zaczyna łączyć je z przybyciem tajemniczego hrabiego.

Stephen Hawking to postać znana – nie tylko w środowiskach naukowych. W chwili obecnej dzięki między innymi roli w serialu „Teoria Wielkiego Podrywu” (oczywiście jako on sam) czy paru filmom poświęconych w całości jemu powoli staje się ikoną popkultury i synonimem wytrwałości w osiąganiu zamierzonych celów. Diagnoza postawiona ponad 50 lat temu zmieniła życie słynnego fizyka, ale nie pozbawiła go możliwości kontynuowania kariery. Dzisiaj Hawking jest już żywą legendą. Jako fizyk teoretyczny, kosmolog i astrofizyk bada zjawisko osobliwości i czarnych dziur, opracował też teorię dotyczącą promieniowania emitowanego przez te struktury – nazwanego promieniowaniem Hawkinga. „Czarne dziury” to jedna z sześciu jak dotąd pozycji popularnonaukowych napisanych przez tego wybitnego człowieka. W Polsce ukazała się ona nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.


Tak by wyglądał recenzencki grudzień. Widzicie na liście coś dla siebie? (:

***

Ilustracja ze wstępu pochodzi ze strony http://bibliocolors.blogspot.com/

poniedziałek, 2 stycznia 2017

More Books! #22 Grudzień - Styczeń '16, stosik poświąteczny

Dzień dobry! Witajcie w nowym roku! (:
To będzie już - dopiero? - trzeci rok działania bloga, i jak zazwyczaj nie robię żadnych statystyk podsumowujących, tak teraz chyba się na to skuszę. Z ciekawości zerknęłam bowiem na stronę lubimyczytac.pl, z której wynika, że z Łotrem na spółę przeczytaliśmy w 2016 - aż? tylko? - 180 książek. W tym roku powinno być więcej, głównie dlatego, że postanowiłam bardziej przyłożyć się do systematycznego zbierania danych. Czyli jedno postanowienie już jest (: O reszcie w kolejnym poście.

Co do grudnia jeszcze, to niestety nie ma co liczyć na wielkie podchoinkowe stosy książek. U nas było skromniej pod tym względem, jako że zainwestowaliśmy raczej w rzeczy użyteczności codziennej, niż książki, które i tak przydarzają się nam niemal same z siebie. Stosik jest więc skromny i bardziej recenzencki niż prezentowy. Ale zawartość nadal warta jest uwagi (:

Zajrzyjmy...

Zaczynamy od recenzentek.
1,2. "Kruger. Szakal" i "Kruger. Tygrys", Marcin Ciszewski, wydawnictwo WarBook. Obecnie w czytaniu, recenzje pojawią się na portalu Konwenty Południowe.
3. "Zawód: Wiedźma", Olga Gromyko, Papierowy Księżyc. Wreszcie do mnie dotarła! Co prawda nie blogowo, bo również przez Konwenty, ale jednak (: Do pilnego przeczytania. Temat wiedźmi jest u mnie szczególnie mile widziany.
4. "Sztylet rodowy". Aleksandra Ruda, Papierowy Księżyc. Książka chwalona w internetach, tematycznie "moja", więc też nie powinna na czytanie długo czekać.
5. "Barnim. Ogień", Bernard Berg, wydawnictwo Tegono. Wydawnictwa tego dotąd nie znałam, na książkę się skusiłam ze względu na ciekawy opis. Pierwsze wrażenie (z macania (;) pozytywne, książka wydana pięknie, w dodatku dołączono do niej opowiadanie "Barnim. Kamień" w podobnej stylistyce. Ciekawostka.

A tu już będzie rozmaicie.
6. "Gwiazda zaranna". Pierce Brown, Drageus Publishing House. Do kompletu z pierwszą i drugą częścią "Red Rising". Książka wygrana w konkursie na fanpage'u wydawnictwa.
7. "Czarne dziury", Stephen Hawking, Zysk i S-ka. Przeczytane i zrecenzowane dla akcji Polacy nie gęsi.
8. "Planeta Lema. Felietony ponadczasowe", Stanisław Lem, Wydawnictwo Literackie. To z kolei dorwał Łotr i zrecenzował, również dla Gąsek.
9. Tom dzieł Jane Austen, nowe wydanie Świata Książki. W skład wchodzą: "Duma i uprzedzenie", "Rozważna i romantyczna", "Opactwo Northanger", "Perswazje", "Mansfield Park" i "Emma". Wszystko, co najlepsze, w jednej książce! A jak ona jest piękna... mogłabym tylko siedzieć i wodzić dłonią po okładce. To jedna, jedyna książka, jaka pojawiła się pod choinką w tym roku - i była ona dla mnie.

Małym grudniowym bonusem są kolorowanki (:
10. "Tajemny ogród dla wtajemniczonych", Johanna Basford, Nasza Księgarnia. To pierwsza z kolorowanek Johanny, na którą się zdecydowałam. Głównie zadecydowała o tym cena - mój egzemplarz zdobyłam na wyprzedaży na stronie wydawnictwa, gdzie pozycja ta znajdowała się w kategorii "Uszkodzone" i kosztowała 8 zł. Nic wcześniejszego tej artystki nie posiadam, pomimo tego, że jej rysunki są urokliwe, to zniechęciła mnie forma, w jakiej je wydano, zupełnie inna niż moje ulubione kolorowanki Naszej Księgarni. Druk dwustronny na szarym, szorstkim papierze mnie nie przekonał. Wersja "Dla wtajemniczonych" różni się bardzo: jest to już raczej blok do kolorowania, w większym formacie, jednostronnie drukowany. Obrazków jest za to mniej, bo tylko 20 (z 40 w wersji podstawowej). A co do "uszkodzenia" - lekkie zagniecenie na tylnej okładce to jakby nic. Warto było.
11. "Gra o Tron. Książka do kolorowania", wydawnictwo Akurat. Wreszcie i u mnie! Dorwana na kiermaszu książkowym w Biedronce za 9,90 zł (zamiast regularnych 29,90) okazała się jednak trochę rozczarowująca. Ilustracje są piękne, ale ten papier... Ech. Jeszcze napiszę o tym parę słów.

12. "Cypher System Rulebook", Monte Cook, Monte Cook Games. To łotrowy prezent, w sensie od Łotra dla Łotra. Luby nasłuchał się był pieśni pochwalnych na "Numenerę" i postanowił coś z tego dla siebie uszczknąć. "Cypher System Rulebook", wydany w 2015 roku, to podręcznik opisujący mechanikę, którą zastosowano właśnie we wspomnianej "Numenerze". Ta książka przedstawia ją w sposób pozwalający podpiąć ją pod dowolną konwencję. Na razie słychać zachwyty, więc zakup chyba udany (:
Ktoś chętny, by zagrać?

Ten miesiąc był mniej szalony, a bardziej konkretny, z całą pewnością jednak satysfakcjonujący. Czas na jakieś plany na 2017 rok... Dziękuję przy tej okazji wszystkim, którzy zagłosowali w blogowej ankiecie, jej wyniki bardzo przydadzą mi się w pracy nad blogiem (:

A jak u Was? Co ciekawego znaleźliście pod choinką? (: