Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

środa, 16 sierpnia 2017

Kot w Bookach przedstawia: 10 (nie)poważnych faktów o nas

Hej hej! Udało się złapać odrobinę czasu - ukradzionego innym czynnościom co prawda! - i wziąć się wreszcie za pierwszą z obiecywanych daaawno zabawę blogową. A że czekało to tak długo, bo aż od wiosny, to na pierwszy ogień idzie ta trudniejsza. Nie jest bowiem łatwo wymienić z miejsca dziesięć faktów o sobie, i to jeszcze tak, by brzmiało to nie dość, że sensownie, to jeszcze nie wiało nudą. Tak czy siak... spróbujmy! W końcu jest nas aż cztery sztuki - licząc koty, bo pozwolimy sobie trochę oszukać i w faktach o nas zmieścimy całą blogowo-instagramową rodzinkę (:

Dziękuję Karolinie z bloga Zwiedzam Wszechświat za nominację i przepraszam, że tak późno (:
O kurde... Znowu muszę udawać, że jestem interesujący? :(
Yup.
I myślisz, że się na to nabiorą?!

1. A więc... Jest nad tu tak naprawdę czworo. Vyar, Łotr i dwa kudłate czterołape, chociaż co do nich, to każde mieszka w innym zakątku kraju. Jeszcze, bo planujemy to zmienić (: Obecnie z futrzaków prym wiedzie Wacik jako naczelny pomocnik recenzenta, wytrwale przysypiający obok na poduszce, podczas gdy "redakcja" stara się nie tracić pomyślunku i nie zawalać terminów. Co bywa trudne, bo...


2. Tu głównie o mnie - o ile w życiu realnym i wirtualnym rzadko zdarza mi się coś zrobić zanim pomyślę, o tyle w zakresie angażowania się w kolejne przedsięwzięcia książkowe jest totalnie na odwrót. W ten sposób dorobiłam się wielu współprac na kilku frontach, przejęłam parę rzeczy na siebie, co jeszcze nie jest niczym złym, ale gdy przychodzi do książek... Ta dobra, ta fajna, tej opis ciekawie brzmi, i nagle robi się ich cały wielki stos. A czas się rozciągnąć nie chce. Dobra rzecz jest taka, że jest tu jeszcze Łotr, który służy pomocą w sytuacjach kryzysowych. Powinnam nauczyć się odmawiać - ale jak tu odmówić dobrej książce?!
Ta-ak. Wiele razy zdarzało się, że przejmowałem teksty po Vyar, bo zwyczajnie zabrakło jej czasu na te wszystkie rzeczy, które chciałaby zrobić!
Sorreh.


3. Moja definicja hygge, tej przytulności, komfortu decydującego o tym, czy czuję się gdzieś dobrze i "u siebie" zawiera kilka podstawowych czynników: dużo książek, zieleni wokół, kota i ciepły koc. A więc książek jest już tyle, że nie bardzo jest gdzie je ustawić (chociaż dzisiaj udało nam się pod wpływem nowej koncepcji trochę ogarnąć sytuację - na chwilę), rośliny zajmują cały parapet i półki (czasem cierpią jak jakiś stos książek się posypie), a kotom wolno wszystko. Nie mam jakiegoś wielkiego "talentu" do roślin, marzą mi się róże miniaturowe, ale jak dotąd każda kończyła źle w moich rękach, muszę się więc podszkolić. Mój parapet to więc głównie sukulenty (wytrwale kształtowane w formę drzewek bonsai), jakiś ficus, bardzo cierpliwa i wciąż pięknie kwitnąca azalia, fittonia o różowych liściach i zamioculcas. Jest zielono? Jest (:
Jak na osobę, która dużo uczyła się o botanice, przejawiam zatrważający brak talentu do zajmowania się roślinnością. Potrafię ususzyć kaktusa - to, co wyprawia Alicja, jeszcze nie jest takie tragiczne...
W imię realizacji wygodnictwa popełniliśmy za to kapitalny regał na książki. To pierwsze, co rzuca się w oczy przy wejściu do naszego leża - zapewniam was, jest po prostu MAJESTATYCZNY.


4. W tym wymarzonym otoczeniu nie ma miejsca na insekty. Przerażają mnie pająki (każdej wielkości i kształtu) oraz duże komary. Mam dreszcz na samą myśl, że taki mógłby mi się wplątać we włosy. Łotr jest tak miły, że wszystko pojawiające się w pobliżu ubija, pomimo wyraźnie innego stosunku do tych żyjątek.
Pająki są cudowne. To wróg naszego wroga - gdzie są pająki, nie ma much i komarów - a oprócz tego po prostu niesamowicie fascynujące stworzenia, których każda najdrobniejsza cecha wydaje się służyć tylko i wyłącznie byciu jeszcze doskonalszym myśliwym. Choćby z tego powodu czuję ciężki wyrzut, kiedy zrywam pajęczyny albo wypędzam czcigodnych morderców za okno. Kiedyś ją przekonam, że są nam potrzebne...
Są potrzebne, ale daleko ode mnie.


5. Oboje jesteśmy z wykształcenia biotechnologami. Dla mnie była to ścieżka przez kosmetologię z końcem w postaci magistra biotechnologii kosmetologicznej, Łotr zaś jest już bardziej ukierunkowany i dorobił się tytułu inżyniera, pracując w laboratorium z paskudnymi wir... A, niech sam opowie :D
Grzybami, gwoli ścisłości, nie wirusami. A jeszcze ściślej - grzybami, które żywią się innymi grzybami: Dactylium albo Hypomyces rosellus. Wszędobylski, niemal niemożliwy do zabicia i do wyplenienia pleśniak zdolny do wzrostu na praktycznie wszystkim, szczególnie jednak lubujący się w pieczarkach. W krajach bałkańskich szczególnie popularna swołocz, istna plaga tamtejszych plantacji grzybów jadalnych. Temat na osobną notkę, ale może do napisania przez kogoś innego - teraz zajmuję się czymś zupełnie innym - i po prostu nie czuję się autorytetem w tej dziedzinie. Trochę tęsknię do pracy w laboratorium, ale pragnienia to jedno, a powinności to zupełnie inna rzecz...


6. Jesteśmy bałaganiarzami. Wszystkie cztery, chociaż u kotów to może nie takie dziwne... Od czasu do czasu zdarzają nam się (no dobra - głównie mi) zrywy w stylu "jest brudno, robimy coś z tym JUŻ", ale i tak nasze otoczenie każdą perfekcyjną panią domu może przyprawić o płacz i zgrzytanie zębów. Ostrzegaj, zanim przyjdziesz, to zasada numer jeden, a dasz nam czas chociaż na odgruzowanie wejścia! :D
My i bałagan?! No co ty... Książki są poukładane perfekcyjnie od linijki.


7. Przeszłam niegdyś płynnie z czystego przekonania, że nie nadaję się na kucharkę, bo przypalę wszystko, nawet wodę, do swoistego uwielbienia do sztuki kulinarnej. Obecnie gotować bardzo lubię, zwłaszcza to, na co sama mam w danej chwili ochotę - ugotowane samodzielnie smakuje po prostu lepiej. Jestem też wierną fanką ziół w kuchni, chociaż brakuje mi jeszcze trochę umiejętności, by faktycznie wyhodować własny ogródek z ziołami. Ale niedługo!...
O tak. Leczo w wykonaniu Alicji to najlepsza rzecz. Albo nie, zupa meksykańska to jest najlepsza rzecz. Albo cebulowa. Albo zapiekany makaron po chińsku. Albo... Dużo tego.
Sam kiedyś bardzo lubiłem kucharzyć, ale - jak wiele z moich pasji - porzuciłem ten zwyczaj z braku czasu, weny albo czegokolwiek innego. No i nie oszukujmy się - entuzjazm może zaprowadzić człowieka bardzo daleko, ale jest marnym substytutem dla wrodzonego talentu i wyczucia. W kuchni byłem - i nadal jestem - trochę jak barbarzyńca w ogrodzie.


8. Mam upodobanie do specyficznego stylu ubierania się. Całym sercem jestem wiedźmą i gotką, ale w praktyce bywa różnie. Najchętniej cały rok chodziłabym w sukienkach, z koronkowymi rękawami i innymi niedzisiejszymi szczegółami... Czasem daję temu upust. Z dziwności własnych, nadal mam skłonność do przesadzania z biżuterią i mocnego makijażu, co niekoniecznie jest pozytywnie odbierane przez otoczenie - ale daje mi mnóstwo przyjemności.
Nigdy nie daje sobie wytłumaczyć, że nie ma się czego wstydzić i że świetnie jej to pasuje. NIGDY.


9. Największym marzeniem od lat pozostaje chatka w lesie. Tak, żeby było wszędzie daleko, kontakt z cywilizacją sporadyczny i najlepiej wirtualny, wokoło sama natura... W samej chacie pokój pełen książek i drugi, przeznaczony na pracownię sztuk różnych, nie tylko artystycznych. Swego czasu planowaliśmy nawet zabezpieczyć się szeregiem pułapek, czyhających na niecnych gości (;
Kto powiedział, że już nie planujemy?! Tak naprawdę Alicja prosiła was o zapowiadanie wizyt z wyprzedzeniem nie dlatego, że mamy bałagan, tylko ze względów bezpieczeństwa...

10. Vyar nigdy by się do tego nie przyznała, ale od niedawna trenujemy walkę na miecze - siedzący tryb życia (w przypadku Alicji) lub stanie po osiem godzin dziennie (w moim) obojgu nam dają się we znaki. Postanowiliśmy coś z tym zrobić, a ponieważ zwyczajna gimnastyka nie oddziałuje tak mocno na wyobraźnię, w ruch poszły kompozytowe katany... Gdyby ktoś miał namiar na jakiś niezły podręcznik w stylu „Kendo dla BARDZO opornych”, będziemy wdzięczni za propozycje!
Przyznam się, jak już przestanę kulić się i uciekać w reakcji na każdą sugestię ataku. Moja taktyka obronna nadal wygląda mniej więcej tak:


Nie nominuję - chcecie, to korzystajcie (:

niedziela, 6 sierpnia 2017

„Inteligentna sieć. Algorytmy przyszłości” Douglas McIlwraith, Haralambos Marmanis, Dimitry Babebko

Gdybym miał wskazać jedno zjawisko, które najlepiej moim zdaniem charakteryzuje rzeczywistość XXI wieku, byłby to szum informacyjny. Wystarczy na chwilę zajrzeć do sieci – istnego oceanu wszelkiej informacji, publicznej, prywatnej, prawdziwej i bzdurnej, oceanu pełnego śmieci z nielicznymi perłami skrzętnie ukrytymi pod całymi piętrami szlamu. A jednak dziwnym trafem spotykane w Internecie reklamy wydają się dziwnie pasować do wyszukiwanych przez nas zapytań albo treści postów w mediach społecznościowych... Wniosek z tego prosty – po informacyjnym ścieku da się żeglować, wymaga to tylko cierpliwego cedzenia błota przez cieniutkie sito. Kto jest najlepszy, jeśli chodzi o żmudne, powtarzalne zadania wymagające cierpliwości? No właśnie – maszyny. Coraz skuteczniejsze algorytmy selekcji informacji powstają z roku na rok, a najlepsze z nich potrafią nawet do pewnego stopnia wyciągać wnioski z zebranej wiedzy i w oparciu o nie odpowiednio modyfikować swoje działania. Aby dowiedzieć się, jak to możliwe, sięgnąłem po jedną z nowszych propozycji wydawnictwa Helion – oto „Inteligentna sieć. Algorytmy przyszłości” autorstwa Douglasa McIlwraitha, Haralambosa Marmanisa i Dmitry'ego Babenki.

Niezbyt obszerna książeczka stanowić ma, oczywiście, tylko wprowadzenie do tematyki samouczących się algorytmów – obejmuje jednak obrębem swoich ośmiu rozdziałów dość duży zakres różnorodnego tematycznie materiału. Dowiemy się z nich, jakie reguły rządzą tworzeniem aplikacji na potrzeby inteligentnej sieci, poznamy techniki interpretacji danych oraz najczęściej stosowane modele probabilistyczne, dowiemy się też o tym, co pozwala aplikacjom sieciowym rekomendować odpowiednie treści użytkownikom. Parę słów zostanie powiedzianych o maszynowym uczeniu głębokim i konstrukcji sieci neuronowych, całość wieńczy zaś garść wynurzeń na temat przyszłości tej gałęzi informatyki i perspektyw, korzyści i zagrożeń, jakie otworzy przed nami opanowanie tej technologii... Każdy z tych tematów stanowi niemal osobną dziedzinę nauki, logiczne więc, że tekst próbujący traktować o nich wszystkich naraz może mieć tylko i wyłącznie charakter przeglądowy, będąc co najwyżej dobrym punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Czy udało się zrealizować taki cel?

By odpowiedzieć na to pytanie, należy zacząć od ostrzeżenia – nie jest to książka, w której treści może się odnaleźć ktokolwiek. Już autorzy na samym początku zaznaczają, że do zrozumienia jej treści potrzebny jest co najmniej podstawowy akademicki kurs matematyki i statystyki matematycznej, niezbędne będą też podstawy programowania. Wynika to ze stopnia komplikacji omawianych w niej zagadnień – i, na szczęście, niczego więcej, bo jeśli już dysponujemy niezbędną wiedzą, złapanie wspólnej częstotliwości z autorami przychodzi bardzo łatwo. Na tyle, na ile to możliwe, unika się tutaj zbędnego szpikowania tekstu matematyką, całość napisana jest prosto i obrazowo, pojawia się sporo ilustracji, schematów i wykresów ułatwiających zrozumienie kryjącej się za nią idei. Znacznym atutem książki są zamieszczone w niej fragmenty kodu służące za przykład zastosowania danych rozwiązań w praktyce – te napisano w Pythonie, a więc języku o prostej, przejrzystej strukturze zrozumiałej dla każdego, kto chociaż raz w życiu miał okazję napisać program. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby po drobnych modyfikacjach samodzielnie wykorzystać przedstawione tu sztuczki do projektowania własnych samouczących się algorytmów.

Trudno mi tutaj oceniać warstwę treściową „Inteligentnej sieci” - był to mój pierwszy krok w tej dziedzinie wiedzy - wiem natomiast, że czytałem ją chętnie i z zapałem, nawet mimo tego, że z początku lektura wymagała ode mnie nadrobienia pewnych zaległości i powtórzenia wiadomości z dziedziny statystyki. Myślę więc, że ci z was, którzy chcieliby odrobinę doszkolić się w tematyce sztucznych inteligencji, mogą z powodzeniem po nią sięgnąć. Jasne, to tylko wprowadzenie do czegoś niewiarygodnie obszernego i zawiłego – stąd sięgnąć po nie powinni wyłącznie ci z was, którzy dysponują już dużą wiedzą na temat programowania, ale dopiero zaczynają swoją przygodę z tworzeniem inteligentnych algorytmów – jednak wprowadzenie kompletne, wartościowe i przystępne, które mogę tylko i wyłącznie polecić.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Helion.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Algorithms of the Intelligent Web, 2nd edition
Autorzy: Douglas McIlwraith, Haralambos Marmanis, Dimitry Babebko
Wydawnictwo: Helion
Rok wydania: 2017 (wydanie drugie)
Liczba stron: 248

sobota, 5 sierpnia 2017

„Rywalki” – recenzja kolorowanki

Kolorowanie z dziecięcej zabawy niepostrzeżenie stało się zajęciem i dla starszych osób. Początkowo reklamowane było jako sposób na stres, coś, na czym można skupić uwagę i zapomnieć o nerwach. Wypełnianie kolorem pól na kartce szybko przestało być jednak tylko środkiem zastępczym, a stało się, głównie za sprawą wielkiej kreatywności drzemiącej w starszych odbiorcach, swego rodzaju sztuką. Barwne dzieła pojawiające się w sieci skłaniały wydawców do poszukiwania coraz ciekawszych rozwiązań w kwestii kolorowanek – aż do punktu, gdy skojarzono popularne serie książkowe z właśnie tą dziedziną. Efektem owych starań jest również kolorowankowa wersja „Rywalek” Keiry Cass, którą, podobnie jak sam cykl, wydało wydawnictwo Jaguar.

Seria „Selekcja” obejmuje pięć tomów, od znanych i lubianych „Rywalek” właśnie aż do „Korony”. Opowiada ona o perypetiach grupy dziewcząt w specyficznym konkursie, którego zwyciężczyni otrzyma tytuł księżniczki i zostanie żoną księcia Maxona. Książki utrzymane są w nieco nierealnym, odległym od rzeczywistości klimacie, osadzone w otoczeniu lekko przekształconych współczesnych Stanów Zjednoczonych, gdzie społeczeństwo podzielone jest na kasty, w zależności od pochodzenia i stanu majątkowego. Normalnym jest, że rywalizacja w grupie, w której osoba z każdej sfery może wznieść się wyżej i wejść do arystokracji będzie zacięta. Koncepcja powieści przypominała nieco założeniami reality show „Amerykańska księżniczka”, podobne wzbudzała też emocje.

Kolorowanka „Rywalki” przedstawia sceny z wszystkich pięciu tomów serii (oryginalny tytuł pozycji brzmi też właśnie „The Selection”, czyli tak, jak nazwa całego cyklu). Podzielona jest na pięć części, z których każda zawiera kilka line artów, w których większość to postacie umiejscowione na tle krajobrazu lub pomieszczenia. Perspektywa jest specyficzna, bo chociaż wzrok najpierw napotyka bohaterkę (lub grupę osób), to umieszczone są one nie w centrum obrazka, a w jego dolnej części, tak, że możliwe było wyeksponowanie sceny, w jakiej rozgrywa się dane wydarzenie. Fani cyklu Cass od razu rozpoznają motyw, z którym mają do czynienia, podobnie cytaty z książek, które zostały umieszczone na co drugiej stronie i ozdobione ornamentami. Te ostatnie są też najsłabszymi grafikami w kolorowance, jako że składają się głównie z linii, a mniej z elementów – niewiele w nich więc do kolorowania.

Rysunki wydrukowane są na papierze standardowej grubości, jednostronnie, kartki lekko prześwitują, więc na jednej stronie widoczny jest zarys obrazka z kolejnej. Wzbudza to pewne zastrzeżenia co do osób, które lubią pracować z bardziej wilgotnymi mediami, jak pisaki, kredki akwarelowe na morko czy farby. Na wilgoć kartki reagują lekką deformacją, wskazane jest więc raczej stosowanie tradycyjnych kredek. Papier jest dość śliski, więc zalecałabym kredki miękkie, które zostawią na nim większą ilość pigmentu. Obrazki są dosyć szczegółowe, zwłaszcza w zakresie tła – piękne krajobrazy czy zdobione ściany pomieszczeń to bardzo wdzięczne motywy do kolorowania, a w połączeniu z kreacjami postaci dają spore pole do popisu dla wyobraźni. Mam mieszane uczucia odnośnie twarzy kobiecych – wszystkie wydają się być jednakowe, co widać zwłaszcza na grafikach przedstawiających kilka postaci, wszystkie też zdają się czerpać wzorzec z wydawanych nadal kolorowanek z serii Barbie. Czy księżniczki muszą być idealne pod każdym względem?

„Rywalki” w wydaniu kolorowankowym to obowiązkowa pozycja dla fanów serii Keiry Cass, a opcjonalna dla kolorujących hobbystycznie. Jest to też publikacja najbliższa temu, co za dawnych, dziecięcych lat znaliśmy jako kolorowanki dla dziewczynek z księżniczkami w roli głównej – tylko w nieco dojrzalszej formie i przedstawionych bardziej szczegółowo. Wielbiciele romantycznych scenerii na pewno się na niej nie zawiodą.

Za egzemplarz kolorowanki, przekazany do recenzji serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar.
Dane ogólne:
Tytuł oryginalny: Rywalki. Kolorowanka
Ilustracje: Sandra Suy
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 96

środa, 2 sierpnia 2017

Stosik #29 Lipiec - Sierpień 2017, czyli dużo dobrego

Hej hej! Lato w pełni (chociaż ma się niby ku końcowi...), gorąco jak w piekle, wyjście na zewnątrz grozi śmiercią... Jak tu żyć? Niektórych nawiedzają od czasu do czasu burze, niekiedy nawet dosyć groźne, my zaś żyjemy w dołku, który czasem tylko wielki front burzowy zahaczy skrzydłem, co objawia się trzydziestoma sekundami lekkiego deszczu. A potem wysychamy dalej. W taką pogodę niewiele można zdziałać, ale i obowiązki nie odpuszczają. Czekamy z utęsknieniem na jesienne słoty!

Czytania nam nie brakuje. Zaległości jeszcze są, z części się udało wygrzebać, reszta pójdzie na dniach i będzie można z czystym sumieniem czytać dalej. Dzięki wszystkim bogom, w lipcu nie zasypało recenzentami, bo byśmy popadali zupełnie, za to porobiliśmy zadziwiająco dużo zakupów... Obawiam się też, że to nie koniec przygarniania przeoczonych wcześniej, książkowych cudowności, bo jeszcze kilku nie udało się dostać, jeszcze kilka jest w planach... Tylko miejsce na to wszystko skończyło się już dawno. Ostatnio doszło nawet do wypadku, kiedy wielki stos książek zawalił się i poważnie uszkodził... kwiatka. Ofiara przeżyła, doszła już trochę do siebie, ale prewencyjnie nadal trzyma się z daleka od półek.

Póki co jednak zobaczmy, co do nas w lipcu przybyło. Jest tego dużo, ale nijak nie chciało się dać ułożyć w sensowne stosy (duże różnice pomiędzy rozmiarami książek robią taki chaos), więc są mieszane.

1.„Pokój światów”, Paweł Majka, Genius Creations. Egzemplarz powystawowy kupiony w księgarni Madbooks za niziutką cenę, obowiązkowo, jako że dotąd miałam go tylko w ebooku, a z „Wojną przestrzeni” musiała stanąć na półce i poprzedniczka. W zaskakująco idealnym stanie do mnie dotarł, jak na „macany” po księgarni.
2. „Czarownica znad kałuży”, Artur Olchowy, Genius Creations. Recenzencki od wydawnictwa dla portalu Konwenty Południowe. Okładką mnie zaskoczył, muszę przyznać.
3. „Okup krwi”, Marcin Jamiołkowski, Genius Creations. Ta sama wyprzedaż, tak samo niska cena, ponownie magia uchroniła go od uszkodzeń, więc przybył do mnie jak nieśmigany. Do kompletu z kolejnymi częściami (:
4. „Rozgwieżdżone niebo”. Lars Wildrang, Wydawnictwo Mag. Egzemplarz recenzencki, czytany przez Łotra dla Konwentów Południowych.
5. „Przeczucie”, Tetsuya Honda, Znak. Kryminał japoński, zaciekawił bardzo. Będzie czytane dla Konwentów Południowych.
6. „Opowieść podręcznej”, Margaret Atwood, wydawnictwo Wielka Litera. Kupiona zaraz po obejrzeniu pierwszego sezonu serialu, jako że męczyły mnie występujące w nim pewne nieścisłości natury logicznej. Pierwsza rzecz z ostatniej paczki z czytam.pl.
7, 8. „Gar'Ingawi. Wyspa szczęśliwa” tom 1 i 2, Anna Borkowska, Wydawnictwo Zona Zero. Słyszała, że dobre, a że było i w miarę tanie, to czemu by nie wziąć... Również z wyżej wspomnianej paczki.
9. „Wodny nóż”, Paolo Bacigalupi, wydawnictwo Mag. Bo to Uczta Wyobraźni... więc mieć trzeba (: Również z czytam.pl.
10. „Jonathan Strange i Pan Norrell”, Susanna Clarke, Wydawnictwo Mag. Zgarnięta na Fantastycznym Targu, okazyjnie.

11. „Strefa śmierci. Antologia opowiadań o przygodach w świecie Nekromundy”,  Marc Gascoigne, Andy Jones, Copernicus Corporation. Wygrzebana przez Łotra na stoisku książkowym w Katowicach. Nie regulujcie odbiorników, ten grzbiet (jak i całość okładki) jest po prostu tak nieczytelnie wydrukowany.
12. „Człowiek z Marsa”, Stanisław Lem, Wydawnictwo Literackie. Recenzentka od portalu Kulturyści, czytana przez Łotra.
13, 14. „Chudszy” i „Łowca snów. Część 1”, Stephen King, Prószyński i S-ka, Albatros. A jednak skusiłam się na dalsze tomy... Co mi tam. Ładnie wyglądają na półce (; Albo będą wyglądać, jak już się półki dorobię.
15. „Amnezjak”, Jakub Nowak, Powergraph. Zakupiony razem z innymi z czytam.pl (ostatnia już książka z tej paczki, serio!), bo... musiałam. Ciekawi niesamowicie.
16. „Czerwone dziewczyny”, Kazuki Sakuraba, Wydawnictwo Literackie. Recenzencka od Kulturystów, kończy się czytać, recenzja niedługo (:
17, 18. „Modyfikowany węgiel” i „Zbudzone furie”, Richard Morgan, wydawnictwo ISA. Łotr się skusił przez niską cenę i polecajki, niestety nie było drugiego tomu. A więc póki co jesteśmy w posiadaniu pierwszej i trzeciej. No nic, znajdzie się...

No i ostatnia część stosu, czyli gry (:
19. „Superhot”, Board&Dice. Wersja karciana gry komputerowej, Łotr się skusił i odkupił po okazyjnej cenie, chyba wrażenia ma pozytywne (;
20. „Miecz samuraja”, Bard. Recenzentka od Konwentów Południowych, jeszcze nie grana... ale już niedługo przejdzie test bojowy.
21. „Boss Monster. Następny poziom”, Trefl. Również od Konwentów, cóż to za dziwna gra... Specyficzna, że tak powiem. Recenzja niedługo.
22. „Szczęść Boże”, Lacerta. Ta pozycja mnie bardzo ciekawiła, tym milej, że mogliśmy ją dostać do recenzji. Górnicza gra karciana... zaraz będzie testowana (:

Uff, tyle... stosik jest dość... urlopowy (: Teraz jeszcze tylko doczekać urlopu i będzie można działać!
Widzicie coś ciekawego, coś dla siebie?