Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

wtorek, 17 października 2017

Konkurs z Sagą o Barnimie – wyniki!


Obiecałam wyniki na wczoraj, przeciągnęło się odrobinę, ale co się odwlecze... Czas na ogłoszenie zwycięzców!

Odpowiedzi było dwanaście, różnej długości i złożoności, trudno też było wybrać te najciekawsze (: 

Najczęściej łączyliście wybrany żywioł ze swoim znakiem zodiaku, co w sumie dowodziłoby, że coś w tym jest, a żywiołem, który okazał się Wam najbliższy, była... ziemia!

Na szczęście możemy nagrodzić aż pięć osób. 

Nie przedłużając (imiona bądź nicki wymienione tak, jak dany użytkownik się przedstawił):

Zestaw „Barnim. Ogień” + „Barnim. Woda” wraz z opowiadaniami „Kamienie” i „Srebro” powędruje do Marcina za wskazanie, jak wspaniałą harmonię żywiołów reprezentuje sama natura i jak człowiek może się do niej dopasować (:

Zestawy „Barnim. Ogień” + „Barnim. Woda” otrzymają:
Małgorzata Kub za cudną rymowankę
oraz
Mateusz za piękny, poetycki opis swojej bliskości z żywiołem ziemi.

Natomiast komplety „Barnim. Woda” + opowiadanie „Srebro” otrzymają:
Magda Zieleń za trafne powiązanie żywiołu powietrza z ludzką naturą
oraz
Jan Kubik za najbardziej literacką odpowiedź, będącą dla mnie jednocześnie książkowa polecanką (:

Gratulacje!
Wiadomości do zwycięzców pójdą już niedługo - myślę, że uwinę się z tym do jutra, chyba że ktoś mnie wyprzedzi (;
Dziękuję wszystkim za udział! <3

niedziela, 15 października 2017

„Obrońcy Shannary t.1: Czarne Ostrze” Terry Brooks

Cykl „Kroniki Shannary” zdążył dorobić się wielu fanów na całym świecie. U nas zaś stało się to odrobinę później, jednak z podobnym impetem. Wydana w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Replika trylogia, rozpoczęta „Mieczem Shannary”, przedstawiała świat, w którym magia niekoniecznie jest dobra, łatwo dać się jej zwieść, relacje łączące elfów i ludzi dzieli wiele konfliktów, a zło, pozornie dawno pokonane, znów podnosi się z popiołów. Cykl dorobił się serialu, tak jak i książki przeznaczonego raczej dla młodzieży, chociaż i starsi odbiorcy nie stronili od niego. Dwa sezony „Kronik Shannary” jeszcze przede mną, ostatnimi czasy jednak przyszło mi się zetknąć z nową pozycją Terry’ego Brooksa, osadzoną w tym samym świecie, otwierającą nową serię „Obrońców Shannary”: „Czarnym Ostrzem”.

W niewielkiej osadzie w górach Leah, pozostałości po królestwie rządzonym przez ród, którego imię spotyka się nadal wszędzie wokół, żyją nadal ostatni potomkowie klanu. Daleko im jednak do spokoju – choć wydają się pozostawieni samym sobie, próbując wiązać koniec z końcem i zwyczajnie przeżyć w świecie nieprzyjaznym rodzinom pozbawionym ojca i opiekuna. Paxon i jego siostra, Chrysallin, są ze sobą mocno związani, jednak charakterami zupełnie się różnią. Gdy porywcza dziewczyna w grze z nieznajomym stawia na szali swoje życie – i przegrywa, jej brat postanawia wyruszyć za nią i jej porywaczem. Nie wie jeszcze, że prawdziwym celem obcego przedstawiającego się jako Arcannen nie jest Chrys, a on sam…

Wpadka dziewczyny i plan jej odbicia są tylko wstępem do bardziej skomplikowanej intrygi, w której główną rolę będzie grał młody bohater – a także jego miecz. Artefakt z dawnych czasów, rodzinna pamiątka, okazuje się bowiem w pełni współpracować z Paxonem, niekoniecznie świadomym mocy, która w nim drzemie. Zaprowadzi to zarówno jego, jak i lekkomyślną siostrę w miejsce, w którym oboje zostaną wplątani w intrygi o charakterze o wiele poważniejszym niż lokalny spór z poszukiwaczem magicznych pozostałości po dawnych czasach. Owa intryga, chociaż dość przewidywalna i nie posiadająca wielkiej głębi – jej wpływ na innych poza wymienionymi w książce bohaterami jest szczątkowy – została jednak opisana w sposób spójny i ogólnie trzyma się całości. 

„Czarne Ostrze” to pierwszy tom nowego cyklu osadzonego w świecie Shannary, więc chociaż czytanie go przez osoby nie znające głównie trylogii nie będzie szczególnie trudne, to jednak dobrze jest sięgnąć najpierw po bazową serię. Powieść mocno nawiązuje do wcześniejszych wydarzeń, autor pokusił się jednak o określenie tego, jak obecne wydarzenia mają się do dawniejszych w sposób krótki i wpleciony niejako w przemyślenia głównego bohatera. To rozwiązanie dość toporne, ale potrzebne – i w takiej formie jeszcze nie najgorzej przedstawione. 

Paxon jako bohater jest dość przeciętny. Mamy tu do czynienia z klasycznym rozwojem postaci „od zera do bohatera”, z odkrywaniem swojego przeznaczenia, ukrytych zdolności i mocy. Brakuje mu pewności siebie, nie wie, co chce robić z własnym życiem, a to zwykłe, w którym pełni rolę głowy rodziny, nie odpowiada mu. Co za szczęście, że przeznaczenie postanowiło się o niego upomnieć! Jego nemezis, czyli Arcannen, też nie posiada jakichś wybitnych cech, wręcz przeciwnie – wydaje się być raczej… niezręczny. Tu autor się nie popisał – czarny charakter opisywany jest jako wyjątkowo groźny, potężny, tymczasem daje się okpić niejeden raz, nawet wtedy, gdy pozornie panuje nad sytuacją. Metody stosowane przez niego są wręcz banalnie proste do przejrzenia. Jeśli miałabym wybrać prawdziwego złoczyńcę tej powieści, postawiłabym na Miszę – starą wiedźmę, nie stroniącą od metod okrutnej manipulacji ludzkimi umysłami, co czyni zresztą w sposób skuteczny – chociaż i ona nie pozbawiona jest słabości. Nadal wypada jednak o wiele lepiej, niż jej „współpracownik”. 

„Czarne Ostrze” reprezentuje sobą obraz typowy dla gatunku young adult. Pomimo tego, że wątek miłosny został tu zepchnięty na drugi, a nawet trzeci plan, rozwiązania zastosowane w zakresie rozwoju postaci, jej przemiany i motywacji są bardzo klasyczne. Powieść podejmuje jednak tematykę już nie tyle przyjaźni, co lojalności względem rodziny, ujmując ją jako pełną poświęcenia i uczucia, ale zdecydowanie odpłacającą się z nawiązką w podobny sposób. Gdzie dalej powiedzie los Paxona, Chrysallin i innych, związanych z nimi bohaterów? Zobaczymy w kolejnym tomie.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję księgarni Czytam.pl



Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The High Druid`s Blade
Autor: Terry Brooks
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 336

niedziela, 8 października 2017

Konkurs z Sagą o Barnimie!


Hej! Były zapowiedzi, była recenzja, czas więc na konkurs. Tym razem wyjątkowy, bo patronacki (:

Jakiś czas temu rozdaliśmy kilka egzemplarzy książki „Barnim. Ogień”, dzisiaj więc, z racji ukazania się w sprzedaży drugiego tomu, mamy dla Was nowe zadanie.

O ile w „Ogniu” akcja toczyła się przez większość powieści raczej powoli, sielankowo – nie bez powodu kojarzyła mi się z odprężającym spacerem po górach – „Woda” budzi raczej skojarzenia z tym samym spacerem, ale bliżej szczytu, gdy niebo zasnuwają już ciężkie, ołowiane chmury, aby pod sam koniec przerodzić się w rozpaczliwe zbieganie w dół w strugach ulewnego deszczu, w poszukiwaniu schronienia. Wcześniej mieliśmy śledztwo z nieoczekiwanym finałem – w „Wodzie” zrobiło się ciut bardziej awanturniczo, wzrosło tempo, dramatyzm, a także różnorodność.

Nie przedłużając – mamy dla Was parę książek (: Konkurs przeznaczony jest zarówno dla tych, którzy z „Barnimem” nie mieli jeszcze do czynienia i tych, którym „Ogień” jest już dobrze znany.


Do wygrania są więc następujące dobra:
- Zestaw „Barnim. Ogień” + „Barnim. Woda” wraz z opowiadaniami „Kamienie” i „Srebro”;
- Dwa zestawy „Barnim. Ogień” + „Barnim. Woda”;
- Dwa komplety „Barnim. Woda” + opowiadanie „Srebro”.

Wszystkie książki będą zawierały autograf autora. Jest więc o co walczyć (:

Co trzeba zrobić, by dostać książki? Zadanie jest proste. Należy odpowiedzieć na pytanie:  

Który z żywiołów jest Ci najbliższy i dlaczego?

Odpowiedź należy zamieścić w komentarzu do tego posta, podając też adres mailowy – abyśmy mogli powiadomić zwycięzców o wygranej. Konkurs będzie trwał przez tydzień – od dziś (8.10.2017) do kolejnej niedzieli (15.10.2017 godz. 23:59).
Czytając „Wodę”, nie mogłem się od niej oderwać tak samo, jak wcześniej od „Ognia” – zdecydowanie trzyma poziom pierwowzoru, budując na solidnych podwalinach położonych przez pierwszą książkę – a po zakończeniu tak samo nie mogłem się otrząsnąć, że to już koniec.
Trochę zasad ogólnych:
1. Organizatorem konkursu jest blog Kot w Bookach.
2. Nagrody ufundowało wydawnictwo Tegono.
3. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest posiadanie adresu korespondencyjnego na terenie Polski.
4. Konkurs trwa od 8.10.2017 do 15.10.2017, do godziny 23:59. Wyniki zostaną ogłoszone następnego dnia (16.10.2017) w osobnej notce oraz na fanpage'u bloga.
5. Aby wziąć udział w konkursie, należy zgłosić się w komentarzu pod notką konkursową, podając odpowiedź na pytanie oraz adres e-mailowy. Dodatkowy punkt karmy otrzymują osoby, które (po)lubią strony Kot w Bookach i Barnim Saga na facebooku bądź udostępnią post konkursowy.
6. Nagrody zostaną wysłane bezpośrednio z siedziby wydawnictwa za pomocą wybranej przez wydawcę metody wysyłki.
7. Zwycięzca proszony jest o odpowiedź na maila z informacją o wygranej w ciągu tygodnia; w przeciwnym razie wygrana przechodzi na kolejną osobę.

sobota, 7 października 2017

„Ani chybi magia” - recenzja komiksu

Uważaj, czego sobie życzysz, bo możesz to dostać – tak mówi ludowa mądrość. Wszelkie złote rybki czy dżinny z lamp spełniające prośby Aladynów w różnych alternatywnych światach łączyła jedna cecha – dawały to, czego chciał proszący, ni mniej, ni więcej. Nagłe bogactwo nie dostaje więc z automatu ochrony przed złodziejami i poborcami podatkowymi, od wywołanego czarami uczucia nie da się uwolnić, a ciężar wymarzonego wielkiego biustu nie pozwala podnieść się z podłogi. Któż jednak w obliczu nagłego „szczęścia” zastanawia się nad jego konsekwencjami? A jeśli już takie życzenie się spełni i to zupełnie nie tak, jak sobie to człowiek wyobrażał? Kto może wówczas nieszczęśnikowi dopomóc? „Ani chybi magia”!

Połów idzie tak sobie, więc czterech młodych ludzi, Azrad, Baggir, Gorn i Deynar, umilają sobie czas opowiadaniami o najbardziej interesujących ich rzeczach – na przykład, o siostrze jednego z nich, podglądanej w kąpieli. Prowadzi to do oczywistej wymiany złośliwości, jednak tym razem do rękoczynów nie dojdzie. Złowiona tymczasem złota rybka (wyglądająca dość podejrzanie swoją drogą) obiecuje, iż spełni ich życzenia. Po krótkiej naradzie i sporze o to, jak wycisnąć z tak niewielkiej liczby życzeń jak najwięcej, panowie postanawiają zostać… bohaterami.

Z oczywistego konceptu w mniej oczywiste okoliczności, fabuła przenosi nas od czterech niezbyt rozgarniętych chłopaczków w światową przygodę. O tym, jaka będzie to przygoda przyjdzie nam się jeszcze dowiedzieć, jednak jej bohaterowie raczej nie zawiodą… a przynajmniej nie pod względem sytuacji, na które warto będzie popatrzeć. Całowanie ryby, która „obiecała” zmienić się potem w księżniczkę? Czemu nie! A że ryba ma specyficzne poczucie humoru, to już trudno! Tym lepiej dla czytelnika.

Ale dlaczego bohaterowie? Czy panowie nie mogli poprzestać na bogactwie, kobietach i innych dobrach doczesnych, które przyszły im do głowy w pierwszym odruchu? Ano, mają w towarzystwie jednego, który myśli… No dobrze, „myśli”, nadal jednak trochę sprawniej niż reszta. Marzeniem Baggira jest posiąść całą tajemną mądrość tego świata i zostać czarownikiem. On to, przedstawiając swój tok rozumowania na tym, iż bohaterowie z założenia mają „bardziej” (i podpierając się absurdalnie przeinaczoną opowieścią o Arce Noego) przekonuje ich… I BUM! Nie, nie tak szybko, magia działa z opóźnieniem, a panom przyjdzie jeszcze długo uczyć się, jak panować nad tym, co zostało im dane. Panom… i pani, Deynar stał się bowiem Deynarą, a jaka pokrętna logika za tym stała, dowiemy się pewnie gdzieś w kolejnych zeszytach. To głównie ze względu na niego przyjaciele decydują się na odnalezienie sposobu na odczynienie czaru. Nietrudno się domyślić, że czeka ich wiele przygód. 

Warstwa wizualna komiksu jest… bujna. Kolory żywe, nasycone, cieszące oko (w wykonaniu znanego z „Exclamat!on” Alka Wałaszewskiego zresztą), kreska estetyczna i szczegółowa. I są cycki. Duże. I trochę niezbyt wysokich lotów humoru z nimi związanego (powiększanie piersi dotykiem, och mamuniu). Oburzać się nie należy (i tak nic to nie da...). Końcówka zapowiada nawet intrygę i trochę mroczniejszych tematów – oby, bo świeżo upieczonym bohaterom stanowczo się to przyda!

No dobrze, co do „Ani chybi magii” uczucia mam trochę mieszane, bo fanką cycków i żartów o nich nie jestem, ale z niezręczności chłopięcej pośmiałam się chętnie i ciepło. Jest na co popatrzeć (w obu znaczeniach), jest o czym poczytać, zapowiada się na „coś więcej”, czego chcieć jeszcze? No tak: kolejnego zeszytu.

Dziękuję wydawnictwu Sol Invictus za udostępnienie komiksu do recenzji.

Dane ogólne:
Tytuł: Ani chybi magia
Autorzy: Łukasz Żukowski (scenariusz), Piotr Czaplarski (rysunek i tusz), Alek Wałaszewski (kolor)
Wydawnictwo: Sol Invictus
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 44

środa, 4 października 2017

Stosik #31 Wrzesień - Październik 2017, czyli zapasy na zimę

Hej! Szybko przyszedł czas na nowy stosik. Wrzesień był jednak dla nas miesiącem bardzo intensywnej pracy. Zaplanowaliśmy sobie kilka wydatków, które po prostu musiały zaistnieć, żeby poprawiła się nie tylko nasza jakość życia, ale i nawet działalność blogowa. Teraz tylko do przodu! (:

We wrześniu dostaliśmy też wiele wspaniałych informacji. Po pierwsze, rozpoczęliśmy współpracę z księgarnią Czytam.pl, na której dotąd często robiliśmy spore zakupy. Przyszła pierwsza paczka-niespodzianka i... no cóż, recenzje już zaraz, pierwsze dwie książki z niej już zostały przeczytane <3 
Druga z dobrych wiadomości to premiera „Barnim. Woda”, tomu drugiego sagi o Barnimie, tym razem pod patronatem Kota w Bookach <3 Łotr już książkę zrecenzował, ponownie wyraził swoje zachwyty, zapraszam więc do przeczytania wczorajszej notki (: A ja będę miała przyjemność zorganizować dla Was konkurs z paroma książkami do wygrania, już zaraz, już niedługo!

Co do wrześniowego, jesiennego stosiku - zasypało książkami jak liśćmi, a nawet bardziej, patrząc po tym, że większość września to była jednak słota. Nie dość więc, że recenzentek jest mnóstwo, to jeszcze dzielnie sekunduje im stosik zakupów własnych. Zobaczmy!

Stos pierwszy recenzencki, czyli...
1,2. „Barnim. Woda” wraz z opowiadaniem „Srebro”, Bernard Berg, Wydawnictwo Tegono. Patronujemy <3 
3. „#Wawskie 14”, Jakub Pawełek, WarBook. Do recenzji od wydawnictwa dla portalu Konwenty Południowe.
4. „Dziennik dowódcy Rosomaka”, Jacek Dutkiewicz, WarBook, jak wyżej, chociaż myślę, że recenzja pojawi się jednak na blogu.
5. „Czarne Ostrze”, pierwszy tom nowego cyklu ze świata Shannary, Terry Brooks, Replika. Pierwsza z książek z paczki od Czytam.pl, kolejne również stamtąd. Na ukończeniu!
6. „Ostatnia chowa klucz", Ałbena Grabwska, Zwierciadło. Raju, jak mnie ta książka ciekawi! Czytałam dużo dobrego na temat tej autorki, czas sprawdzić samemu, czy pochwały były rzeczywiście uzasadnione (;
7. „Istota zła”, Luca D'Andrea, Wydawnictwo W.A.B. Coś strasznego na jesienny wieczór?
8. „Głód”, Graham Masterton, Replika. A tę książkę znam, czytałam parę lat temu, wtedy zrobiła na mnie spore wrażenie. Zobaczymy, jak będzie z powtórką!
9. „Jak wytresować Cthulhu. Tom II. Coś na dachu”, Maciej Jasiński, Jacek Frąś, Wydawnictwo TADAM. To jest... gra paragrafowa! Pozycja raczej dla młodszych czytelników, ale i tak miałam z czytania frajdę :D

Stos recenzencki numer dwa:
10. „Córki Wawelu”, Anna Brzezińska, Wydawnictwo Literackie. Spore tomiszcze, przeczytane, zachwyconam średnio. Recenzja pojawi się niedługo na portali Kulturyści - Kultura się Kłania.
11. „Pieśń o Kruku”, Paweł Lach, Fantom. Do recenzji przybyła do mnie od Creatio Fantastica. Czyta się!
12,13,14. Cyklu „Przestrzeń Zewnątrzna” trzy części, „Dreadnaught”, „Niezwyciężony” i „Strażnik”, Fabryka Słów. To Łotrowe czytadła, również od Kulturystów, z jednym tomem już zrecenzowanym, kolejnymi w trakcie czytania.
15. „Wyzwolenie”, Ian Tregillis, Wydawnictwo SQN. Tom trzeci i ostatni „Wojen Alchemicznych”, czytany przez Łotra tym razem dla portalu Konwenty Południowe. Łotr był bardzo niepocieszony tym, jak została zakończona ta trylogia


A tu już stosik zakupowy:
16. „Ręka Mistrza”, Stephen King, Albatros, Prószyński i S-ka. Jakoś nie mogę się uwolnić od myśli, że fajnie byłoby mieć całą serię... Raczej się uzbiera.
17. „Gra Geralda”, Stephen King, Albatros, Prószyński i S-ka. Hmm, znowu nie udało mi się ułożyć książek we właściwej kolejności...
18. „Buick 8”, Stephen King, Albatros, Prószyński i S-ka.
Książki z serii Uczta Wyobraźni Wydawnictwa MAG przybyły w jednej paczce z księgarni Aros, kupione okazyjnie w intencji maniakalnego uzupełniania kolekcji.
19. „Droga serca”, M. John Harrison;
20. „Modlitewnik amerykański/ Luizjański Blues/ Viator”, Lucius Shephard;
21. „Pieśń czasu/ Podróże”, Ian R. MacLeod;
22. „Pusta Przestrzeń”, M. John Harrison;
23. „Listy z Hadesu - Punktown”, Jeffrey Thomas;
24. „Trojka”, Stepan Chapman;
25. „Viriconium”, M. John Harrison.

I na koniec mały stosik planszówkowy:
26. „Strażniczki”, Wydawnictwo REBEL. Prosta gra, choć wydana w wyjątkowo przyjemny dla oka sposób. Recenzencka od Konwentów Południowych, graliśmy, Łotr zrecenzował.
27. „Drako”, Wydawnictwo REBEL. Nabyta w wymianie na jednej z grup planszówkowych, wyjątkowo przyjemna gierka w klimatach fantasy dla dwóch osób. Polecam!
28. „Spiskowcy”, starociek z Portal Games. Również z wymiany, jeszcze nie mieliśmy okazji zagrać.


Tyle! Jesienne stosy bardzo satysfakcjonujące, ale zbliża się czas białego zimna i białej zagłady i tak dalej, więc trzeba się szykować. Miłego dnia! (:

wtorek, 3 października 2017

„Barnim. Woda” Bernard Berg

Historia o Barnimie – włóczędze-optymiście, a przy tym awanturniku, traperze i najemniku – spisana przez Bernarda Berga w powieści „Barnim. Ogień” ogromnie przypadła mi do gustu jako jedno z najprzyjemniejszych czytelniczych zaskoczeń nie tylko ostatniego roku, ale też w ogóle z tych, które kiedykolwiek mnie spotkały. Miała wszystko, czego mógłbym chcieć – sympatycznego głównego bohatera, mistrzowsko skonstruowane opisy otoczenia i akcji, całą masę poukrywanych tu i ówdzie smaczków dla spostrzegawczego czytelnika, a przede wszystkim – kapitalny zwrot akcji na sam koniec, niemal jak wyjęty żywcem z pewnego znanego filmu z Bradem Pittem. Dowiedziawszy się, że na polakpotrafi.pl ruszyła zbiórka na wydanie kolejnej części, przez ostatnie parę miesięcy siedziałem jak na szpilkach. Wreszcie mogę przestać bawić się w fakira – oto „Barnim. Woda”. Nareszcie.

Akcja kolejnej części cyklu zastaje Barnima wkrótce po zakończeniu „Ognia”. Nasz włóczęga jest właśnie w samym środku sceny pościgowej – jako najbardziej wysunięty naprzód zawodnik, a goni go, cóż za niespodzianka, stary znajomy Magnus wraz z bandą oprychów. Ratunek przychodzi jednak w porę, pod postacią czterech dziwaków w lnianych habitach. Jak na dziwaków w habitach przystało, okazują się należeć do czegoś w rodzaju sekty, głoszącej obraz świata oparty przede wszystkim na współodczuwaniu. Jak się okazuje, błąkające się po okolicy zbiry to nie jedyny problem, jaki ma zamieszkująca pobliską wieś, Wierszyn, pokojowo usposobiona wspólnota: ktoś zamordował ich przywódcę w wyjątkowo paskudny sposób, gdzieś zagubił się miejscowy mesjasz, a także pewien bardzo ważny dokument. Jura, drugi po świętej pamięci Iwanie, prosi Barnima o pomoc w odzyskaniu tuby z arcyważnym skrawkiem papieru. Nie będzie to łatwe, jako że znajduje się ona na dnie jeziora – w zalanej części Wierszyna, po drugiej stronie okazałej tamy, do której przylega wioska. Nie będzie to łatwe również dlatego, że Jura nie jest jedyną osobą, której zależy na dokumencie...

Chcąc opowiedzieć dłuższą historię osadzoną w tych samych realiach, siłą rzeczy trzeba w końcu powiedzieć na temat świata ciut więcej niż na początku. Dla „Barnima” przyszedł właśnie ten czas – w „Wodzie” dowiadujemy się o nim dużo więcej niż zostało powiedziane w „Ogniu”. Wielu autorów decydujących się na podobny zabieg – stopniowe ujawnianie realiów, w których osadzili swoje opowieści – popełnia istotny błąd, a jest nim zbyt szybkie odsłanianie wszystkich kart, zbytnie koncentrowanie się na tym, by zdążyć ze wszelkimi wyjaśnieniami, zanim czytelnik się zniechęci i rzuci książkę w kąt. Tak powstają piguły informacyjne, które niejednemu niecierpliwemu odbiorcy i tak stanęły w gardle. Bernard Berg jednak dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że ten, kogo zaintrygował na początku, i tak będzie czytał dalej – i ukazuje swój świat powoli, kawałek po kawałku, wplatając owe wyjaśnienia w akcję tak umiejętnie, że aż mimochodem. W ten sposób akcja nie musi zwalniać, a mimo to po lekturze „Wody” wiemy znacznie więcej o świecie Barnima niż wiedzieliśmy po lekturze „Ognia”. Świat w obecnie widocznej formie ma ogólny zarys historii (choć nie ma wiele do zdradzenia, i tak nie zdradzę – niwecząc wysiłki autora, który umiejętnie rozbudza ciekawość, podając odpowiedzi, które rodzą jeszcze więcej pytań), ma konflikt wraz ze stronami (ten może ciut mniej oryginalny, szczególnie na tle współczesnych zjawisk społecznych – ale przyznaję, że trafił w moje gusta), a i głównemu bohaterowi dostało się trochę więcej tła. Seria straciła może trochę z tej magii niedopowiedzeń, którą miała wcześniej – ale prędzej czy później tak być musiało, a w kwestii dawania czytelnikom wyjaśnień Berg swoje dzieło obronił znakomicie.

Fabularnie jest nieźle – kolejna część zmienia jednak trochę konwencję. O ile w „Ogniu” akcja toczyła się przez większość powieści raczej powoli, sielankowo – nie bez powodu kojarzyła mi się z odprężającym spacerem po górach – „Woda” budzi raczej skojarzenia z tym samym spacerem, ale bliżej szczytu, gdy niebo zasnuwają już ciężkie, ołowiane chmury, aby pod sam koniec przerodzić się w rozpaczliwe zbieganie w dół w strugach ulewnego deszczu, w poszukiwaniu schronienia. Wcześniej mieliśmy śledztwo z nieoczekiwanym finałem – w „Wodzie” zrobiło się ciut bardziej awanturniczo, wzrosło tempo, dramatyzm, a także różnorodność. Barnim będzie więc nurkiem głębinowym, więźniem, uciekinierem, szpiegiem, partyzantem, a nawet... śpiewakiem estradowym. Dużo więcej ruchu, znacznie więcej gwałtownych emocji – co w konsekwencji rodzi zupełnie inny klimat powieści. Nie zmieniło się natomiast nic, jeśli chodzi o prezentację bohaterów. Pewnie, dowiadujemy się nieco więcej o Ercie, Magnusie i jego świcie, ale to wszystko – pozostali bohaterowie drugoplanowi zostali ledwie nakreśleni. Ponownie taka oszczędność zdaje tu egzamin, bo te ich kontury są na tyle charakterystyczne, by resztę bez problemu wypełniła wyobraźnia czytelnika – nawet epizodyczni w „Wodzie” są dużo ciekawsi niż protagoniści wielu popularnych obecnie książek fantasy. Co natomiast z samym Barnimem? Tak jak wcześniej, choć sam z siebie jest kimś nietuzinkowym i zdecydowanie daje się lubić, pozostaje... naczyniem.

Jak można się domyślić, woda pełni w kolejnej odsłonie cyklu o Barnimie bardzo ważną rolę. Są przecież tamy, rwące rzeki, jest nurkowanie i żeglarstwo, są ulewne jesienne deszcze, przeprawy przez mokradła, a nawet powódź. Mokry, jesienny nastrój buduje się tu przez znakomite opisy, które są już chyba znakiem rozpoznawczym serii. Świat widziany oczami Barnima jest po prostu pięknym, fascynującym miejscem, na które główny bohater (a wraz z nim czytelnik) patrzy zarówno okiem zachwyconego naturą podróżnika, jak i bardziej pragmatycznym, doświadczonego survivalowca. Jednak „Woda” to nie tylko niezłe opisy przyrody – świetne, dynamiczne sekwencje starć, przemyślane dialogi, miejscami dowcipne, miejscami poważne, ale przede wszystkim brzmiące prawdopodobnie i „po ludzku” (wiecie, jak ciężko jest przekazać informacje o świecie w utworze bez jednoczesnego wrażenia, że bohaterowie, którzy już to wszystko wiedzą, mówią tak jakby do nikogo? W „Wodzie” udało się to całkiem nieźle!). Jedyne, co trochę łamało mi imersję, to okazjonalne wstawki, które już w założeniu miały być humorystyczne – akurat humor w „Barnimie” do tej pory wychodził znakomicie jako dzieło przypadku, mimochodem, nie jako cel sam w sobie. Celowy komizm wypadł już trochę gorzej – mam na myśli pewną podstarzałą artystkę, która przewija się gdzieś w tle, ale dla dobra fabuły znowu nie mogę sprecyzować, co dokładnie mam na myśli.

Wraz z „Wodą” wydało się „Srebro” – jak wcześniej „Kamienie”, krótkie opowiadanie będące uzupełnieniem akcji z właściwej powieści. Podobnie jak wcześniej z „Ogniem”, kluczowe jest tutaj zachowanie właściwej kolejności – najpierw powieść, potem jej krótki prequel – aby nie zdradzić sobie zbyt wiele zbyt wcześnie. Spotkałem w sieci parę negatywnych opinii na temat pierwszej części właśnie dlatego, że nierozważny recenzent skutecznie popsuł sobie dużą niespodziankę, sięgając najpierw po opowiadanie, a potem po powieść. Proszę, zaklinam po raz kolejny – nie róbcie sobie czegoś takiego!

Myślę, że to dobry czas, by skończyć mój przydługawy wywód. Czytając „Wodę”, nie mogłem się od niej oderwać tak samo, jak wcześniej od „Ognia” – zdecydowanie trzyma poziom pierwowzoru, budując na solidnych podwalinach położonych przez pierwszą książkę – a po zakończeniu tak samo nie mogłem się otrząsnąć, że to już koniec. Komu wcześniej spodobał się letni „Ogień”, ten nie pożałuje, sięgając po jesienną „Wodę”... A potem wraz ze mną będzie niecierpliwie czekał na nadejście zimy i na „Lód”.

Za egzemplarz książki do recenzji dziękujemy autorowi – i wydawnictwu Tegono.

Dane ogólne:
Tytuł: Barnim. Woda
Autor: Bernard Berg
Wydawnictwo: Tegono
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 350

środa, 27 września 2017

Zakładkowe rozdanie charytatywne

Hej! Na naszym fanpage'u pojawiło się jakiś czas temu pewne strategiczne pytanie. Czas więc pociągnąć myśl nieco dalej. 

O co chodziło? Wiecie już zapewne, że blog dorobił się jakiś czas temu nowych zakładek. Mamy ich, nie ukrywam, sporo, a i feedback, jaki pojawiał się to tu, to tam, był bardzo pozytywny. Nasz książkowy Wacik się podoba, i nic w tym dziwnego!

Czas więc puścić trochę kociej energii czytelniczej w świat. Dlatego zdecydowaliśmy się na rozdanie, ale nie takie zwykłe! Ponieważ kocie tematy są nam szczególnie bliskie, a sami angażujemy się często w pomoc schroniskom, fundacjom czy domom tymczasowym, tematem przewodnim rozdania będzie właśnie tego typu wsparcie.

Nie przedłużając: co trzeba zrobić, aby otrzymać od nas pakiet (5 sztuk) zakładek?

Trzeba wpłacić datek na cel charytatywny. Właściwie dowolny, choć, nie ukrywamy, kocie tematy są tutaj wskazane. Jeśli jednak wolisz wesprzeć psiaki, świnki morskie czy jakiegoś chorego człowieka - to też się będzie liczyć. Do rozdania liczą się wpłaty od 5 zł w górę. Nie ma losowania, zakładki otrzymuje każdy zgłaszający się darczyńca!
Jeśli będą wyższe, pomyślimy o jakimś miłym dodatku do zakładek (;

Można też zadziałać inaczej, na przykład zakupić fundacji czy schronisku karmę, żwirek, inne potrzebne rzeczy (różne instytucje zazwyczaj informują o tym, co jest im najbardziej potrzebne) - również wliczamy to do rozdania.



Potrzebny będzie jednak jakiś dowód wpłaty - tu zostawiam Wam dowolność, może to być potwierdzenie, screenshot, link do zbiórki, gdzie widnieć będzie datek zatytułowany w charakterystyczny sposób... Byleby dało się rozpoznać, że to własnie od Was!

Dowód wpłaty i adres do wysyłki zakładek należy przesłać na adres mailowy: kotwbookach@gmail.com 
Zakładki wysyłamy po 1 października!

Uwaga - zbiórka musi być oficjalna i legalna, to samo dotyczy fundacji i schronisk!

Czas trwania? Od dzisiaj (27.09.2017 r. - od tego dnia wpłaty się liczą, wcześniejsze nie) do wyczerpania zapasów.

Nie wiesz, jaką instytucję wesprzeć? Możemy coś zaproponować:

Nie możesz pomóc? Udostępnij, zaproś znajomych, puść link dalej w świat <3


poniedziałek, 18 września 2017

Pierce Brown „Red Rising #2: Złoty Syn”

 „Red Rising: Złota Krew” Pierce'a Browna budzi we mnie pewne poczucie winy. Skądinąd niezła powieść science fiction, którą przeczytałem z przyjemnością, może i nie była wolna od wad – żadna książka, a szczególnie debiut, nie jest – nie zasłużyła sobie jednak na surową recenzję, którą jej zafundowałem jakiś czas temu. Stało się to tym widoczniejsze, kiedy przy okazji nowego wydania postanowiłem ją sobie odświeżyć. „Złota Krew” była jednak dopiero pierwszą częścią zapowiadanej trylogii – jej drugi tom, „Złoty Syn”, jest za to tematem dzisiejszego tekstu. Czy utrzymała poziom pierwowzoru?

W „Złotym Synu” spotykamy Darrowa au Andromedusa niedługo po tym, gdzie pozostawiła go „Złota Krew” – to założony przez niego klan podbił Olimp i wygrał wielką grę w Instytucie Marsa, rezerwując mu zaszczytne miejsce w jednym z największych rodów Dominium. Ze wszystkich Złotych złożył hołd właśnie Nero au Augustusowi, temu samemu człowiekowi, który tak dawno temu skazał jego żonę na śmierć przez powieszenie. Instytut Marsa był jednak dopiero pierwszą próbą, jaką udający Złotego Czerwony z Lykos będzie musiał przejść na swojej drodze do zemsty. Kolejna próba – Akademia, a wraz z nią prowadzone na pół serio starcia flot kosmicznych – okazuje się jednak być tą, w której niezrównany Darrow poznaje gorycz porażki. Od tej pory wydarzenia nabierają tempa: synowie znienawidzonego rodu Bellona upokarzają go przed kamerami, wrogowie dużo potężniejsi niż on depczą go i mieszają z błotem, zmieniając go z ukochanego wychowanka Augustusa w zhańbionego, wydziedziczonego wyrzutka. Czując, jak sen o rewolucji wymyka mu się spomiędzy palców, Darrow zawiera desperacki sojusz z Szakalem – odrzuconym biologicznym synem Nero, psychopatycznym intrygantem z licznymi kontaktami w półświatku. Jego cel to odzyskać łaskę Augustusa i znowu znaleźć się na szczycie... A potem rzucić cały Układ Słoneczny do stóp Aresa.

W drugiej części trylogii „Red Rising” Pierce Brown wydaje się wykorzystywać sprawdzoną formułę na dobrą kontynuację: serwując jeszcze raz to samo, ale więcej i mocniej. Ponownie zostajemy wrzuceni w skomplikowany, brutalny świat zawiłych intryg i bezlitosnej walki o przetrwanie. O ile jednak Instytut stanowił w miarę zamknięte środowisko o ograniczonej liczbie potencjalnych wrogów i rzeczy, które jeszcze mogą pójść nie tak, o tyle daje się odczuć, że przed Darrowem stoi teraz o wiele większe wyzwanie: ma przeciwko sobie cały znany Wszechświat. Z pozoru prosta na początku sytuacja komplikuje się coraz bardziej i bardziej, sojusznicy sprzed dwóch rozdziałów okazują się nowymi wrogami, a starzy wrogowie sojusznikami. W „Złotym Synu” akcja nie ustaje ani na chwilę, ciągle pojawia się jakiś nowy zwrot, nowe zdarzenie, które pochłania uwagę czytelnika i nie pozwala się oderwać od lektury. Najważniejsze jest jednak to, że w trakcie czytania ani razu nie miałem wrażenia, że jest to w jakiś sposób nienaturalne, że dany zwrot akcji następuje nie dlatego, że takie jest logiczne następstwo, ale właśnie po to, żeby coś się działo. Nie – chociaż zdarzają się drobne nieścisłości i zgrzyty, tutaj mamy do czynienia z historią od początku do końca spójną.

Z bohaterami bywa różnie. Sam Darrow, na co narzekałem już w recenzji poprzedniej części, nadal wydaje się mało charakterny, ale z tendencją nieśmiało wzrostową – a to już lepiej, niż miało to miejsce w „Złotej Krwi”. Powracają starzy znajomi: Mustang, Sevro, Roque, Victra czy Cassius, by wymienić tylko paru, a i oni są dokładnie tacy, jakimi dali się polubić (lub znienawidzić) w „Złotej Krwi” – miło zauważyć, że pozostają spójni z tym, co wcześniej zaprezentowano na ich temat. Sięgając po powieść rzeczywiście ma się wrażenie ponownego spotkania ze starymi znajomymi, a niektóre z ich działań dają się nawet przewidzieć, bo „to przecież tak bardzo w jego stylu!”. Pierwsze skrzypce grają tu jednak nowi bohaterowie – na przykład z miejsca polubiłem Ragnara, wojownika kasty Obsydianu pochodzącego ze świata imitującego ten ze skandynawskiej mitologii, gdzie jego lud utrzymywany był w kłamstwie na podobieństwo Czerwonych, po upadku wznieconej przez siebie rebelii. To interesujący kontrast: kosmiczny wiking wpuszczony na rzymsko-greckie salony imperium Złotych. W podobnej sprzeczności stoją spojrzenia na świat jego i otaczających go Złotych – honor na ustach kontra honor w sercu – co jeszcze bardziej uwypukla, jak podłą grupką jest Elita.

Literacko jest nieźle – tempo narracji odpowiednie, opisy są dokładne i rozbudowane, działają na wyobraźnię. Brown kapitalnie radzi sobie zarówno z kreowaniem ciekawych, żywych dialogów, scen debat, sporów i negocjacji, jak i kosmicznych bitew na ogromną skalę. Tak jest! „Złoty Syn” nieco bardziej zbliża się do ram gatunkowych space opery, jednak wciąż nie pozwala, aby te dwa słowa w całości oddały ideę zagadnienia. I całe szczęście. Skoro jednak o space operze mowa, nieco słabiej wypadają tutaj rozterki Darrowa – o ile jego introspekcje nadają wydarzeniom ciągłość, o tyle miałem wrażenie, że bywają przegadane, kreując Andromedusa na strasznie łzawego gościa. Wątpię, że miałbym podobne rozterki na jego miejscu – wątpię, że miałbym na nie czas i ochotę ze świadomością, że tłum bezlitosnych Złotych może w każdej chwili odkryć, że nie jestem jednym z nich i rozszarpać mnie na strzępy. Jak na nową nadzieję buntowników, Darrow poświęca w moim odczuciu trochę za dużo czasu na czczą gadaninę i dumania.

Podsumowując, „Złoty Syn” bierze pełnymi garściami ze swojego poprzednika, a to, co zaczerpnął, twórczo rozwija. To bardzo dobra kontynuacja jednej z ciekawszych powieści science fiction ostatnich lat, osadzona w interesującym uniwersum, o kapitalnie złożonej intrydze i zapadających w pamięć bohaterach. Fani nie będą zawiedzeni z całą pewnością – pozostali, którzy dadzą jej szansę, pewnie też nie.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękujemy wydawnictwu Drageus.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Red Rising #2: Golden Son
Autor: Pierce Brown
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 512