Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

czwartek, 17 maja 2018

Stosik #38 Kwiecień - Maj 2018, czyli książki w deszczowy dzień

Maj przyszedł szybko, jeszcze szybciej zleciała jego połowa - a stosik dopiero dziś. Tak wyszło! Ale wszystko po kolei. Jako że w najbliższym czasie wiele się zmieni, to ten stosik jest dość znaczący - bo ostatni w warunkach obecnych. Kolejny będziemy witać już w nowym miejscu (i obyśmy mieli już wtedy internet!)  (:
Póki było ciepło (a bywało nawet i gorąco jak w lecie), to nie było kiedy zająć się tą górą książek, która nazierała się w półtorej miesiąca. Rosnąca groźba pomylenia jednych z drugimi zmotywowała mnie do nie czekania na lepszą pogodę, na światło, które pozwoli uzyskać nieco lepsze zdjęcia. No to mamy deszczowy stosik... A nawet i ulewowy, patrząc po tym, co dzieje się za oknem (;

Stos recenzencki w całości, prawie wyłącznie geniuszowy, za to wyłącznie konwentopołudniowy:
1. „Mamusiu, przecież byłam grzeczna”, Rafał Cuprjak, Genius Creations. Coś nowego, coś niefantastycznego, zobaczymy...
2. „Życie i czasy Mistrza Haxerlina”, Jacek Wróbel, Genius Creations. No wreszcie! Za Haxem tęskni się już od dawna.
3. „Świat w pudełku”, Katarzyna Rupiewicz, Genius Creations. Nie wiem, co myśleć... Poczytamy.
4. „Paradoks marionetki. Tom 2. Sprawa zegarmistrza”, Anna Karnicka, Genius Creations. Tu oczekiwanie trochę krótsze, ale też chętnie sięgnę (:
5. „Taniec marionetek”, Tomasz Niziński, Genius Creations. Wygląda łotrowo, nie wiem, które z nas pierwsze przeczyta, ale spodziewam się tu czegoś niecodziennego.
6. „Zaklęcie na wiatr”, Paulina Kuzawińska, Genius Creations. Cudo, nie okładka!
7. „Noc kota, dzień sowy. Tom 2. Gliniana pieczęć”, Marta Kładź-Kocot, Genius Creations. Hm, ostatecznie pierwszy tom był dość przyjemny, ciekawe, czy ten czymś zaskoczy...
8. „Bóg Imperator”, Graham McNeill, Copernicus Corporation. Trzeci i ostatni tom dziejów Sigmara. Czyli jeszcze więcej wzniosłości, chwały i majestatu w tonie warhammerowym (:
9. „Upadłe Anioły”, Mike Lee, Copiernicus Corporation. Łotr własnie czyta i... a, nie będę zapeszać.

Stos mieszany zakupowo-recenzencki:
10, 11. „Marzenia i koszmary, tom 1”, „Stukostrachy”, Stephen King, Prószyński i S-ka, Albatros. Kolekcji ciąg dalszy.
12. „Sztylet ślubny”, Aleksandra Ruda, Papierowy Księżyc. Patronat Konwentów Południowych. Ach, jak bym chciała już ją w łapki dorwać...
13. „Kształt wody”, Guillermo del Toro, Daniel Kraus, Zysk i S-ka. Przeczytałam, opisałam, wrażenia miałam dość pozytywne (:
Jakimś trafem zaplątały mi się tu „Wszystkie nieba” z poprzedniego stosu, pomińmy... Recenzja tej książki pojawi się niedługo na blogu. Była... hm. Dziwna.
14. „Zawsze mieszkałyśmy w zamku”, Shirley Jackson, Replika. Ta i dwie kolejne pochodzą z paczki od Czytam.pl. Skusiła opisem (:
15. „Gryfony. Znak Gryfa”, Michael Peinkofer, Adamada. Fantasy dla młodszych, już pisałam o niej - tutaj.
16. „Rycerz Siedmiu Królestw”, George R. R. Martin, Zysk i S-ka. Raju, jaka to piękna książka! Cieszę się niesamowicie, mogąc ją mieć.
17. „Trylogia”, Henryk Sienkiewicz, Olesiejuk. Kupiona z okazji Dnia Książki i Praw Autorskich, piękne wydanie...

Znów mieszany bardzo stos...
18. „Oblivion Song. Pieśń Otchłani”, Non Stop Comics. Od wydawnictwa do recenzji, tekst można juz przeczytać na stronie Konwentów Południowych.
19. Vei. Tom pierwszy”, Non Stop Comics. Jak wyżej, z tym, że jeszcze czeka... Ale nie poczeka długo.
20. „Undertaker. Pożeracz złota”, Taurus Media. Kupiony okazyjnie na allegro, bardzo ciekawy komiks. Może doczeka się recenzji, kto wie...
21. „Shadowrun. Anarchy”, Catalyst Game Labs. Podręcznik do gry RPG osadzonej w świecie Shadowruna, łotrowy nabytek.
22. „Mroczni władcy nocy”, Copernicus Corporation. Patronat Konwentów Południowych, dodatek do gry Warhammer Fantasy Roleplay, do recenzji.

Poniżej planszówki, które przybyły do nas w kwietniu, wyłącznie zakupowe tym razem:
23. „51st State”, Portal Games. Gra osadzona w uniwersum Neuroshimy. Ciekawostka, którą Łotr chciał posiadać.
24. „Doomtown. Reloaded”, AEG. Upatrzona przeze mnie, w końcu zakupiona, fantastyczna, klimatyczna gra karciana. O niej trzeba będzie napisać.
25. „Stworze”, Underworld Kingdom. To był bardzo spontaniczny i bardzo okazyjny zakup, ale nie żałuję - gra jest piękna, niełatwa i przesycona pogańskim klimatem. Na pewno będzie często grana.


Tyle! Kolejny stos z konieczności będzie niewielki, ale tego wystarczy nam na dłużej (: 

_____

Zdjęcie ilustrujące post: CC by Priscilla Du Preez on Unsplash

wtorek, 15 maja 2018

„Gryfony. Znak Gryfa” Michael Peinkofer

Kto z nas nie marzył o jakimś nagłym zdarzeniu, które przerwałoby codzienną monotonię i odmieniło nasze życie? List z Hogwartu, odkryte w szafie przejście do Narnii, wizyta starego czarodzieja, a może… odkryty w miejscowym antykwariacie tajemniczy artefakt? Wszystko to już znamy, ale czy odkrywanie tych motywów na nowo jest choćby odrobinę mniej ekscytujące niż na początku? Dla młodszych i starszych, tych, którzy zachowują gdzieś głęboko w sobie nadzieję, że kolejna napotkana specyficzna formacja skalna będzie wrotami do innego świata, w którym napotkać można magiczne istoty, elfy, czarodziejów, a nade wszystko – przygody, wciąż pisane są nowe książki, mające choć na chwilę oderwać czytelnika od szarej rzeczywistości. Z tego powodu też z chęcią sięgnęłam po „Gryfony. Znak Gryfa” Michaela Peinkofera, które przyciągnęły mnie już samą bajecznie kolorową okładką – zobaczmy więc, czy treść była tak samo dobra, jak jej oprawa.

Melody Campbell jest uczennicą, którą trapi większość problemów mogących wystąpić w tym wieku. Odróżnia się od rówieśnic wyglądem, sposobem ubierania się, a także stanem majątkowym, który jest nie za ciekawy. Jedyną jej rodziną jest babcia Fay, właścicielka małego, pamiętającego dawne czasy pensjonatu Stone Inn. Niestety, tak jak hotelik jest solą w oku miejscowego potentata, który ma własne plany co do ziemi, na której leży, tak sama Melody wydaje się wyjątkowo przeszkadzać córce wspomnianego pana, Ashley, która prześladuje ją w szkolnych murach.  Czy jest jakaś szansa na poprawę tak trudnej sytuacji? W dzień urodzin dziewczyny, w trakcie ucieczki przed kolejnymi przejawami agresji ze strony Ashley, Melody trafia do antykwariatu pana Clue. Ten staruszek, zresztą dobrze jej już znany, pamiętając o ważnej dacie, oferuje jej dowolny przedmiot ze swojego sklepu. Dziewczyna wybiera znaleziony przypadkiem pierścionek z dziwnymi znakami. Nie wie jeszcze, jak wiele zmieni w jej życiu specyficzna moc w nim ukryta...

Książka rozpoczyna się jednak dramatyczną sceną spotkania dwóch wojowników – jednego, dosiadającego gryfa i drugiego, którego wierzchowcem jest smok. Rozmowa, która miała zakończyć waśń pomiędzy oboma Rycerzami przestworzy okazała się jednak podstępem – gryf i jego pan zginęli w pożodze smoczego oddechu. Jak to ma się do naszej młodej bohaterki? Nietrudno się domyślić, iż pierścień ma wskazać jej drogę do przeznaczenia, które nie do końca jest z tego świata. A może jednak z tego, tylko w historii nie wszystko udało się zapisać?... Opowieść antykwariusza, wydającego się posiadać pewną wiedzę o artefakcie, który otrzymała w urodzinowym prezencie Melody, sugeruje właśnie takie rozwiązanie. Co to jednak oznacza dla rzeczywistości, która w „Gryfonach” przypomina nam współczesną? O tym trzeba już przeczytać samemu.

„Znak Gryfa” i kolejne części serii, bo na jednym się nie kończy, to zdecydowanie książki dla młodszego czytelnika. Zawiera ona problematykę dotykającą dzieci w trakcie nauki szkolnej, opowiada o trudnościach spotykających osobę wyróżniająca się, nieakceptowaną, wskazuje na problem z otoczeniem, które nie reaguje, kiedy jednostka jest prześladowana, samotności, ale też bezgranicznym zaufaniu, jakim można obdarzyć nieliczne tylko osoby, wreszcie: o pokonywaniu swoich słabości w walce o lepsze jutro. Melody ma bowiem o co walczyć, nie będzie w tych zmaganiach też osamotniona, chociaż prócz problemów doczesnych i codziennych zrzuca się na jej barki także te, które przez długi czas skrywały się w mrokach dziejów. 

Pomimo tak ustalonej grupy wiekowej muszę przyznać, że przy czytaniu bawiłam się całkiem nieźle. Historia skonstruowana przez Michaela Peinkofera nie jest naiwna ani banalna, problemy przedstawione w niej są poruszające głębokie i w jakiś sposób bliskie, ani przesadnie dramatyczne, ani spłycone. Otoczka fantastyczna, zwłaszcza sceny opowiadające o Jeźdźcach Przestworzy, jest intrygująca, a całość przypomina nieco „Niekończącą się historię” Michaela Endego, choć pisaną z mniejszym rozmachem. No właśnie… jest jedna rzecz, której w „Gryfonach” zabrakło. Mowa o warstwie opisowej, która jest uboga i przedstawia się stanowczo za prosto, by możliwe było odpowiednie zbudowanie klimatu opowieści. Autor nie bawi się w stopniowanie napięcia, w ogóle nie podejmuje takiej próby, zamiast tego po prostu informując czytelnika o tym, co się zdarzyło (przykład: Melody sięgająca po pierścień w antykwariacie. W ramach wyjaśnienia takiego wyboru stwierdziła jednym, krótkim zdaniem, iż ją przyciągał, jednak w żaden inny sposób nie zostało to przyciąganie pokazane. Tak przedstawione, brzmi to niestety jak wymyślona naprędce wymówka, nie zaś zdarzenie podszyte magią). Być może jednak młodszy czytelnik nie zwróci na to uwagi.

„Gryfony” polecam rodzicom, którzy chcą wprowadzić swoje pociechy w świat fantastyki i nie stronią od klasycznych fabuł. Odpowiednio subtelne nakreślenie szkolnych problemów z zaznaczeniem wagi, jaką posiada więź z rodziną i przyjaciółmi w czasie, gdy dzieje się źle, stanowczo działa na korzyść książki, podobnie jak magiczna otoczka z nutą rywalizacji i odpowiednim przedstawieniem negatywnych efektów, jakie niesie za sobą nieuczciwość. „Gryfony” to bajka operująca utartymi schematami, jednak przedstawiona w urokliwy, choć prosty sposób. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Adamada i księgarni czytam.pl
„Gryfony” są do kupienia pod tym linkiem.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Im Bann des Greifen
Autor: Michael Peinkofer
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 216

czwartek, 10 maja 2018

„Zakuty w stal” Miroslav Żamboch


Wbrew wszelkim oczekiwaniom, naszemu światu udało się jeszcze chwilę poistnieć, zanim pochłonął go ogień trzeciej wojny światowej. Mylił się jednak ten, kto powiedział, że czwarta będzie toczona na maczugi i kamienie – kiedy opadł radioaktywny pył nadal rzucaliśmy się sobie do gardeł, walcząc o terytoria, zasoby czy resztki przedwojennej technologii. Szczególnie długa i wyniszczająca była wojna, jaką na zgliszczach dawnego świata wydaliśmy zbuntowanym sztucznym inteligencjom. Maszyny udało się w dużej mierze pokonać – jedynie na bezdrożach trafiają się jeszcze autonomiczne mechy bojowe, w szale sprzecznych dyrektyw rzucające się na wszystko, co się rusza. Poza tym jednak życie toczy się dalej – pojedyncze enklawy cywilizacji na nuklearnym pustkowiu, pełne rolników i rzemieślników mimo wszystko jakoś prosperują, czasem handlując między sobą, czasem tocząc kolejne bezsensowne konflikty. Życie trwa dalej. Z grubsza w takim świecie osadził Miroslav Żamboch swoją najnowszą wydaną w Polsce powieść – oto „Zakuty w stal”.

Głównym bohaterem powieści jest Matyas Sanders, mechanik z małej wioski, którego kłopoty zmusiły do wyruszenia w świat w towarzystwie najbardziej znanej kompanii najemniczej powojennego świata. Jej znakiem rozpoznawczym jest czołg – chluba kapitana, ogromna maszyna pamiętająca czasy sprzed zagłady, naszpikowana śmiercionośną bronią i zaawansowanymi systemami wspomagającymi walkę i zwiad. Rozsypujący się rupieć już dawno zapomniał lata świetności, a połowa fantastycznych zabawek ukrytych w jego trzewiach nie działa, wciąż jednak pozostaje zabójczą bronią i nie lada atutem w rękach nielicznej grupki żołnierzy fortuny. Nic więc dziwnego, że załoga stalowego potwora zostaje wynajęta do diabelnie niebezpiecznego zadania: eskorty kupieckiej karawany, pędzącej niemal na drugi koniec znanego świata. Karawany, którą wszyscy wokół – nawet zbuntowane maszyny – są zdecydowani dopaść za wszelką cenę... 

Powyższy skrót fabuły może sugerować, że „Zakuty w stal” jest jak „Na ostrzu noża”, tylko że zamiast magicznej katastrofy, która odmieniła świat na zawsze, były zupełnie niemagiczne atomówki. Tak naprawdę jednak, chociaż istnieją podobieństwa, „Zakutego w stal” czyta się zupełnie inaczej. To powieść science fiction o twardych najemnikach i ich wspaniałym czołgu, owszem, jednak jak na coś pasującego do tego opisu, akcja rozwija się tu dość powoli, by nie rzec – ślamazarnie. Kolejne dni w drodze mijają powoli, monotonnie, beztrosko niemal: za dnia jasne, służba, a na służbie zdarzają się wypadki i zagrożenia, ale w końcu konwój zalicza nocny postój, rozstawiane są sensory, a w obozie rozkwita życie towarzyskie. Do tego stopnia, że jeszcze na półmetku książki miałem wrażenie, że to tak naprawdę romans w post-atomowym świecie – chociaż już na samym początku dość dobitnie zostaje ukazana tajemnica, która będzie przedmiotem głównego wątku (konwój przewozi coś ważnego – ale co?), Sanders nie za bardzo się tym przejmuje, zamiast tego spędzając godziny wolne od służby na bajerowaniu córki kupca, którego obiecali ochraniać kamraci mechanika. Z czasem jednak wyjaśnia się ciut więcej, a i akcja nabiera trochę tempa, apogeum osiąga jednak dopiero na ostatnich kilkudziesięciu stronach. 

Z jednej strony to dobrze, z drugiej nie do końca. Żamboch całkiem dobrze opisał, jak mogłoby wyglądać życie w świecie dalekiej przyszłości, gdzie zdarzyła się wojna atomowa, ale ludzkości udało się niepewnie podnieść z gruzów. Przedstawia go w sposób niezwykle pełny, z dużą dbałością o szczegóły. Dzięki niej monotonna codzienność podróżującej przez pustkowia karawany zaprezentowana jest tak, że budzi mocny pozór prawdopodobieństwa, podawanie czytelnikowi informacji o świecie i jego historii poprzez prowadzone przez bohaterów rozmowy wypada naturalnie, zaś bohaterowie, nawet ci opisani szczątkowo, mają w sobie coś, co sprawia, że myśli się o nich jako o żywych ludziach. Z drugiej strony cierpi na tym tempo, a wraz z tempem – poczucie, że bohaterom coś zagraża. Postnuklearny świat jest miejscem niebezpiecznym, zwłaszcza wtedy, kiedy grasują po nim niedobitki zbuntowanych maszyn – ja jednak takiego wrażenia nie odnosiłem ani przez chwilę, nawet w finale, gdy sytuacja, w której znaleźli się protagoniści, wyglądała na kompletnie pozbawioną dobrego wyjścia. 

Nie znaczy to, że „Zakutego w stal” nie czytało mi się dobrze. Przeciwnie – to przyjemna, klimatyczna lektura dla fanów postapokalipsy, jednak nosząca znamiona typowe dla stylu Żambocha. W dowolny, nieuporządkowany sposób miesza się tutaj military science fiction, postapokalipsa, powieść drogi, obyczajówka i przygodówka, a jeśli choć na chwilę odnosisz wrażenie, że coś nie pasuje do reszty, najlepszym sposobem jest czytanie dalej – bo prędzej czy później wszystko wskoczy na właściwe miejsce. Siedemset stron mija zaskakująco szybko i pozostawia nawet pewien niedosyt – a to znaczy, ze chyba warto rzucić okiem. 

Dane ogólne: 
Tytuł: Zakuty w stal 
Autor: Miroslav Żamboch 
Wydawnictwo: Fabryka Słów 
Rok wydania: 2017 
Liczba stron: 711

sobota, 14 kwietnia 2018

Stosik #37 Marzec - Kwiecień 2018, czyli książkowa wiosna

Wiosna, wiosna... nareszcie zrobiło się ciepło (: A nawet momentami gorąco. Podczas gdy niektórzy cieszą się pierwszymi burzami, my nadal czekamy nawet na solidniejszy deszcz. Pomimo jego braku, i tak zaczęły już kwitnąć forsycje, magnolie... A jeszcze nie tak dawno padał śnieg! 

Czeka nas więc niedługo (bo z braku czasu jeszcze nie teraz) czytanie na świeżym powietrzu (: Strasznie brakuje mi kontaktu z naturą... Praca jest dobra, ale na niej życie się nie kończy, zwłaszcza, że zaniedbuje się ostatnio czytanie. A to już bardzo niedobrze! Bo przecież jest co czytać... a nowe pozycje jakoś nie chcą przestać się pojawiać (w czym aktywnie biorę udział, ale ciii...). 

Póki co zajrzyjmy więc do stosiku...


Podział oczywiście dość swobodny. Część pierwsza, recenzencka - chociaż nie w całości taka -  wygląda więc tak:

1. „Magia ukryta w kamieniu”, Katarzyna Grabowska, Videograf. Pozycja zrecenzowana już, patronat Kota w Bookach <3
2. „Marzyciel”, Laini Taylor, SQN Imaginatio. Egzemplarz otrzymany dzięki portalowi Konwenty Południowe, jestem w trakcie i bardzo mi się podoba (:
3. „Wiedźma naczelna”, Olga Gromyko, Papierowy Księżyc. Wolha Redna! Więcej Wolhy Rednej, tak, poproszę! Za tą bohaterką po prostu się tęskni. Recenzja będzie, jak w przypadku poprzedniej, na KP.
4. „Arthas. Przebudzenie Króla Lisza”, Christie Golden, Insignis. Prezent na Dzień Kobiet od Łotra, który zapamiętał, że po recenzowaniu „Fal ciemności” bardzo chciałam i tę pozycję przeczytać.

A tutaj na czysto - dalsze części kolekcji (:
5,6. „Stukostrachy” tom 2 i „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”, Stephen King, Albatros, Prószyński i S-ka. Musiały być.
7. „Finch”, Jeff Vandermeer, MAG. Swoją drogą, książka z Uczty Wyobraźni, która intryguje mnie chyba najbardziej.
8. „Dom burz”, Ian R. MacLeod, MAG. 
9. „Atlas chmur”, David Mitchell, MAG. No, to dopiero rarytas... Oglądałam film o tym tytule, był dziwny, ale zostawił po sobie ogółem dobre wrażenie, teraz przed książką mam trochę stracha... Ale przeczytam. To trzeba znać.
10. „To, co najlepsze”, tom 1, Harlan Ellison, Prószyński i S-ka. Kolejny omnibus Prószyńskiego do postawienia na półce, tym razem nieco cięższy w klimacie, ale tym bardziej ciekawy. Czyta obecnie Łotr.

No i przydarzyła nam się jeszcze gra... Efekt fascynacji uniwersum Pana Lodowego Ogrodu, czyli coś, co prędzej czy później musiało do nas trafić. No to jest i cieszy oko (:



Dzięki za odwiedziny! Dajcie znać, jak Wam się wiosna czytelnicza zaczęła (:

_________

Grafika ilustrująca wpis: CC by John Michael Thomson on Unsplash.

wtorek, 27 marca 2018

„Belgariada” David Eddings

Klasyczne fantasy zajmuje szczególną pozycję na liście gatunków, po które sięgam najchętniej. Książki te mają bowiem ten specyficzny, niemal czarno-biały, magiczny system wartości, przypominający raczej baśń niż życie realne, ale nadal posiadający cały zestaw własnych problemów, wojen, końców i początków. To doskonała ucieczka od codzienności, angażująca emocjonalnie i pozwalająca na specjalny rodzaj odpoczynku, za którym prędko zaczyna się tęsknić. Z tych względów jeszcze do niedawna wracałam regularnie do „Władcy Pierścieni” Tolkiena, czytając go niemal co roku od nowa. Obecnie z racji mniejszej ilości wolnego czasu powstała w tym zakresie pewna przepaść. Tym bardziej więc ucieszyłam się, mogąc wziąć do rąk księgę, która jawiła mi się jako całkiem niezłe zastępstwo, jednocześnie dając możliwość poznania kolejnej pozycji z listy tych klasycznych – mowa o „Belgariadzie” Davida Eddingsa, pięciu tomach wydanych jako omnibus przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. 

Garion jest prostym chłopakiem, sierotą, mieszkającym na farmie Faldora i poznającym świat jak wielu innych w jego wieku – za pomocą psot i figli. Niejednokrotnie pakuje się w ten sposób (wraz z trójką przyjaciół) w kłopoty, z których surową ręką wyciąga do ciocia Pol, by zagonić go z powrotem do pomocy w kuchni. Sielskie, choć niełatwe przecież życie na farmie urozmaica czasem wizyta Starego Wilka – bajarza, opowiadającego legendy o początkach świata, wojnach bogów i starożytnym klejnocie chronionym przez Strażnika. Garion widuje też czasem tajemniczego człowieka w czerni, który obserwuje go niemal zawsze w chwilach, w których ma wpaść w jakieś kłopoty – ale nigdy nie nawiązuje kontaktu. Kwestia ta niepokoi chłopca dopiero gdy po święcie Dnia Zarania, w którym biorą udział nieszczególnie mile widziani przybysze, na farmę przyjęty zostaje nowy parobek – jak zauważa chłopak, chętny do podsłuchiwania cudzych rozmów, zwłaszcza cioci Pol i pana Wilka. Gdy pięć lat później Wilk znów powraca na farmę, przyniesie ze sobą złe wieści – a Garion będzie musiał przygotować się do długiej drogi, w trakcie której ponownie odkryje tożsamość osób, które znał i uważał za swoich krewnych, a sam będzie musiał zmierzyć się z coraz bardziej mnożącymi się mrocznymi tajemnicami, dotyczącymi zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości.

Rzeczywistość mieszająca się z legendą, baśnie z twardą codziennością, a wszystko to w realiach ciągłej pogoni i ucieczki jednocześnie – to serwuje czytelnikom pięć tomów „Belgariady”. Początek może wydawać się nieszczególny, bo też i dzieje grupki dzieci, ich dokazywanie i połajanki starszych nie są czymś, co szczególnie wciąga. Eddings nie spieszy się z rozwijaniem akcji i wyjaśnieniami – wydarzenia będziemy poznawać tylko z perspektywy Gariona, który, chociaż wiele widzi i jeszcze więcej słyszy, niewiele rozumie. Szybko można wyciągnąć pewne wnioski dotyczące tożsamości bohaterów – w książce robi to za swoistą tajemnicę poliszynela, którą wydają się znać wszyscy poza chłopakiem, co go wyjątkowo irytuje. I on snuje pewne domysły, choć raczej skupia się na tym, w jakim miejscu wobec towarzyszy podróży go one stawiają niż na faktycznej wadze owych informacji.

Jako się rzekło, długo będziemy prowadzeni wyboistą drogą niejasnych przesłanek, w pogoni za uciekającym nieznajomym, którego znaczenie dla całej historii będzie równie nieodkryte, uciekając przed depczącymi po piętach wrogami. Poczucie zagrożenia rośnie wraz z kolejnymi odkrywanymi elementami układanki, podobnie jak zaangażowanie w lekturę – złapanie tego wątku, tej tajemnicy i sensu dopiero nadchodzi, nieprędko, ale jak już przyjdzie, to nie odpuści, stwarzając niejaką trudność przy konieczności odłożenia książki na bok. Wszystko przesycone jest zaś tą mistyczną aurą, która może przywodzić na myśl w dość prosty sposób tolkienowy „Silmarillion” – opowieść o początkach świata, bogach, a zwłaszcza jednym z nich, innym, ale może najważniejszym – tym zbuntowanym, posiadaczu starożytnego artefaktu dającego właścicielowi moc i władzę. Taką wstawką „Belgariada” się rozpoczyna, co usposobiło mnie do lektury po części dobrze – bo też i „Silmarillion” uwielbiam całym serduchem – ale i nieco sceptycznie, bo drugim Tolkienem Eddings być nie może. Wolałabym, by pozostał jedynym i niepowtarzalnym Eddingsem.

Wydana niemal trzydzieści lat „po Tolkienie” „Belgariada”, pięcioksiąg rozpoczynany przez „Pionka proroctwa”, a kończona „Ostatnią rozgrywką czarodziejów” jest jednak dosyć do „Władcy Pierścieni” podobna. Są to jednak ogólne założenia, zaś w szczegółach obie te pozycje różnią się bardzo, na tyle, by w trakcie czytania nieczęsto pierwsza przywodziła na myśl drugą. Eddings wykreował świat podobnie szeroki, jednak mniej szczegółowy – nie uświadczy się u niego problemów z różnorodnością ras, zamiast tego stawiając na konflikty na tle narodowości. Każdy z bogów Królestw Eddingsa upodobał sobie jeden z narodów, co oczywiście odpowiednio napędza konflikty i sojusze między nimi. Jest to motyw, który został opisany i rozwinięty bardzo dobrze, wprowadzając do powieści elementy polityki, o którą trudno u Tolkiena. I choć bohaterem pozostaje dorastający chłopiec, wyrwany ze swojego stabilnego, nieco nudnego, ale właściwie całkiem satysfakcjonującego życia na farmie, nieświadom jeszcze ciężaru misji, jakiej będzie musiał się podjąć, i sił, które walczą o władzę nad nim, to „Belgariadę” czyta się jako zupełnie inną jakość – w całości jednocześnie poważniejszą i lżejszą od dzieł Mistrza, a stanowczo od nich mniej skomplikowaną.

Trudno zaś przywiązać się do Gariona jako głównego bohatera – jak przystało na dorastającego chłopaka niepewnego własnej tożsamości i przynależności, jest mocno skupiony na sobie, niechętnie wychodząc z rozmyślaniami poza własny nos. Przeżywa pierwsze fascynacje płcią przeciwną, poszukuje autorytetów i miota się pomiędzy chęcią bycia dorosłym i poważnym a pragnieniem, by swojska jeszcze do niedawna ciocia Pol po prostu przytuliła go i powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Pol zaś jest osobą mocno skonfliktowaną wewnętrznie, zewnętrznie stabilną, ale niepozbawioną pewnego surowego uroku. To jej przemianę z prostej wieśniaczki w pewną siebie panią o manierach królowej śledziłam z prawdziwą przyjemnością. I choć mogłaby być momentami nieco bardziej wyrozumiała, to jej ponury humor i cięte odpowiedzi najbardziej umilały mi czytanie. Eddings pokusił się też o stworzenie całej plejady bohaterów drugoplanowych, na których trudno narzekać – zarówno panowie, jak i panie to osoby mocno zróżnicowane pod względem charakteru, motywów postępowania i… poczucia humoru. Wiele wątków pobocznych, wiążących się z nimi, a poruszających niekiedy bardzo poważne problemy (jak duża różnica wieku w małżeństwie, niepłodność, zaburzenia psychiczne i próby radzenia sobie z silnymi konfliktami pomiędzy dwojgiem pozornie najbliższych sobie osób) stanowi bardzo interesujące urozmaicenie lektury.

„Belgariada” jako omnibus jest naprawdę piękną księgą, którą jednak trudno czytać z racji jej wagi – ode mnie wymagała zmiany zwyczajowej pozycji czytania. Nie żałuję jednak tego kroku, jako że okazało się to być prawdziwą przyjemnością. Powieści Eddingsa są angażujące, dość lekkie – pomimo nawarstwiających się w trakcie wydarzeń tajemnic – przepojone tym typem humoru, który można zawrzeć tylko przyjmując nastolatka z jego wszystkimi wewnętrznymi rozterkami i niezręcznościami za bohatera, ale też przykuwająca uwagę dobrze skonstruowanymi postaciami o skomplikowanych często charakterach. „Belgariada” jest jednak dopiero początkiem – przed nami jeszcze „Malloreon”, który, mam nadzieję, pojawi się też w podobnym wydaniu.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję księgarni Czytam.pl i wydawnictwu Prószyński i S-ka (:
„Belgariadę" można kupić tutaj.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The Belgariad
Autor: David Eddings
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 1269

niedziela, 25 marca 2018

„Dracula” Bram Stoker



Wątek wampiryzmu w świadomości masowej przeszedł na przestrzeni lat długą i burzliwą ewolucję. Pojęcie kojarzone dawniej ze złym duchem, który podtrzymywałby swoje istnienie za pomocą siły życiowej istot żywych, budziło wtedy zupełnie inne odczucia i skojarzenia niż ma to miejsce obecnie – w dobie wieloczęściowych romansów dla nastolatek, których głównymi bohaterami są właśnie wampiry. Wampir przeszedł długą drogę – w której jednym z najistotniejszych punktów zwrotnych był moment, gdy po raz pierwszy wyobraziliśmy go sobie nie jako bezmyślne wynaturzenie opętane demonicznym pragnieniem krwi, ale jako istotę cywilizowaną – inteligentną, elegancką, tajemniczą – i właśnie dlatego piekielnie niebezpieczną. Jednym z najszerzej znanych tekstów, które przyczyniły się do utrwalenia tego wyobrażenia, jest klasyczna powieść grozy autorstwa Brama Stokera – mowa, oczywiście, o „Draculi”, który niedawno ukazał się ponownie, w odświeżonej wersji, za sprawą wydawnictwa Vesper.

Nic nie zapowiada nadchodzących dni grozy, kiedy pracownik kancelarii prawniczej Jonathan Harker wyrusza w słuzbową podróż do wschodniej Europy. Tam, odwiedzając niewielkie karpackie państwo – Transylwanię – ma asystować pewnemu ekscentrycznemu hrabiemu z szacownego rodu Dracula w sfinalizowaniu zakupu okazałej posiadłości na przedmieściach Londynu. Pełna cudowności podróż ma jednak tragiczny finał: coraz bardziej podejrzliwy wobec prawdziwych zamiarów hrabiego Jonathan, świadek wielu osobliwych i niepokojących wydarzeń, podejmuje desperacką próbę ucieczki. Kontakt z nim urywa się na dobre.

Coraz bardziej zmartwiona, jego narzeczona Wilhelmina umila sobie oczekiwanie na powrót ukochanego, spędzając czas ze swoją najlepszą przyjaciółką, Lucy Westenra. Po pewnym czasie – u zbiegu licznych dziwnych incydentów, takich jak przybicie do portu w Whitby pustego statku, jedynie z martwym kapitanem przywiązanym do steru – Lucy przysparza jej kolejnych powodów do niepokoju: nie tylko lunatykuje (pierwszy raz od lat dzieciństwa), ale wręcz z każdą nocą wydaje się tracić siły. Przyjaciel obu niewiast, psychiatra John Seward, prosi o pomoc ekscentrycznego doktora Abrahama van Helsinga, swojego dawnego mentora. Ten, biegły nie tylko w naukach medycznych, ale też w wiedzy ezoterycznej, dochodzi do wniosku, że wszystkie te wydarzenia zbiegają się w jednym punkcie – i ściśle łączą z osobą transylwańskiego hrabiego...

„Dracula” reprezentuje sobą gatunek będący już dawno w zaniku – powieść epistolograficzną. Losy bohaterów i wydarzenia na świecie poznajemy wyłącznie z zapisków, dzienników i listów głównych bohaterów opowieści, wycinków artykułów z gazet czy telegramów, śledząc je w ten sposób z kilku odrębnych, subiektywnych punktów widzenia. Technika jest interesująca i z całą pewnością ma olbrzymi wpływ na budowanie tak osobowości bohaterów, jak i napięcia. Bohaterowie piszą o wszystkim, nie tylko o tym, co najmocniej dotyczy fabuły utworu (przynajmniej na początku, zanim pogoń za demonicznym hrabią stanie się centralnym punktem ich działań) – z jednej strony to dobrze, bo całość wypada naturalnie, z drugiej jednak trzeba przy lekturze brać poprawkę na to, że powieść będzie się rozkręcać powoli, nabierając rumieńców dopiero wtedy, kiedy zbliżać się będzie do finału.

Powieści grozy to akurat ten gatunek, z którym czas obchodzi się najostrzej – dawne koszmarne wyobrażenia, które budziły niepokój w naszych przodkach, po stu latach niejednokrotnie są w stanie przywołać jedynie uśmieszek politowania. Czy „Dracula” oparł się próbie czasu? Tak... Ale nie do końca. Powieść Stokera nadal potrafi satysfakcjonująco niepokoić – trzeba jednak zainwestować w nią trochę dobrej woli, solidnie wczuć się w tekst. Nie jest to lekkie zadanie, dodatkowo utrudniane przez kwiecisty, niedzisiejszy język bohaterów (na szczególną uwagę zasługuje tu van Helsing, którego przydługawe monologi szczególnie często zahaczają o śmieszność – taki to bohater, który widocznie uwielbia brzmienie swojego głosu), jednak inwestycja ta potrafi się zwrócić z nawiązką: Bram Stoker zebrał w jednym miejscu imponujący zasób ludowych podań i mitów o krwiożerczych nieumarłych, tkając z nich obraz jedyny w swoim rodzaju – czego dowodzi jego obecność, aż po dzień dzisiejszy, w kulturze masowej. Naprzeciw wampirzemu pomiotowi wystawia bohaterów, których, dzięki takiej a nie innej kompozycji, jest nam dane dobrze poznać i polubić, nawet pomimo ogromnej przepaści, jaka dzieli nasze epoki. A to stanowi sprawdzoną formułę na udane straszenie.

Starzenie się tekstu jest widoczne nie tylko po bohaterach i ich sposobie pojmowania świata – od czasu napisania książki poprawił się choćby stan wiedzy medycznej. Rzecz nie bez znaczenia, kiedy jednym z istotniejszych wydarzeń fabularnych jest transfuzja, w tamtych czasach zabieg ryzykowny, zwłaszcza że istnienie różnych grup krwi odkryto i potwierdzono wiele lat później. Współczesny czytelnik pewnie złapie się za głowę, czytając o tym, jak trzech niespokrewnionych ze sobą bohaterów radośnie wspomaga ukąszoną przez wampira dziewczynę, oddając jej zawartość swoich żył – jakoś wyjątkowo trudno uwierzyć, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności akurat trafiło na uniwersalną biorczynię...

Jak wiele kultowych powieści, które później doczekały się licznych ekranizacji, również „Dracula” mocno na tym ucierpiał – na jego korzyść działa jednak fakt, że filmy o transylwańskim hrabii z piekła rodem nie były do końca wierne oryginałowi. Temat może i został wyeksploatowany, ale powieść wciąż może zaskoczyć kogoś, kto zaznajomił się z wszechobecną kliszą wampirzego arystokraty, a dopiero później sięgnął po tekst. Nie należy się więc zrażać.

Nowe wydanie, oprócz świetnego tłumaczenia Magdaleny Moltzan-Małkowskiej, zawiera też posłowie – esej „Dracula. Nieśmiertelne przekleństwo pożądania” Macieja Płazy, będący wnikliwą analizą powieści zarówno z punktu widzenia czasów zamierzchłych, z których pochodzą wierzenia i mity, na których oparto motyw wampiryzmu, czasów współczesnych autorowi wraz z tłem historycznym i obyczajowym, jak i współczesnych nam, czytelnikom. Krótki tekst okazuje się być skarbnicą interesujących faktów na temat genezy jednej z najbardziej rozpoznawalnych powieści grozy wszechczasów, a także dalszych jej losów, pozwalając na dużo szersze spojrzenie na „Draculę” i zrozumienie fenomenu, jakim była – wciąż jest! – ta powieść.

Po nowe wydanie „Draculi” każdy szanujący się miłośnik powieści grozy sięgnąć powinien. Chociaż jako powieść zestarzała się ona bardzo mocno, stanowi fascynującą wycieczkę w przeszłość, a dzięki świetnemu komentarzowi również pouczającą. Vesper w wielkim stylu kontynuuje wydawanie klasyki horroru – lepsza okazja, by powrócić do literackich korzeni gatunku może już się nie nadarzyć!

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękujemy wydawnictwu Vesper.

Dane ogólne:
Tytuł: Dracula
Autor: Bram Stoker
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 430

wtorek, 13 marca 2018

„Magia ukryta w kamieniu” Katarzyna Grabowska - recenzja przedpremierowa

Motyw podróży w czasie, przemieszczania się ze współczesności w realia bliższe średniowiecznym, bądź w ogóle do światów wyimaginowanych, występował w popkulturze na przestrzeni ostatnich lat bardzo często. Trudno się temu dziwić – ile razy bowiem sama, jako przeciętna czytelniczka odnajdująca się najlepiej w tematyce fantasy myślałam, że lepiej byłoby mi tam, wśród dam, rycerzy, elfów, magicznych istot i praw tyleż prostszych, co o wiele bardziej urokliwych? Rzeczywistość nie rozpieszcza, ale należałoby pewnie wspomnieć, że tamtejsza, średniowieczna czy też quasi-średniowieczna, też do najpiękniejszych nie należała. I to nie tylko dla tych najbiedniejszych… No dobrze, ale nie o tym miało być, a o nowej książce Katarzyny Grabowskiej pod tytułem „Magia ukryta w kamieniu”, która ukaże się czternastego marca nakładem wydawnictwa Videograf. I w niej zastosowano podobny motyw, co może wywołać mieszane uczucia na początku lektury. Czy jednak można przez to uznać ją za wtórną i banalną? Zdecydowanie nie.

Julia została postawiona przed faktem dokonanym. Ta nienawidząca zmian porządnisia musi bowiem zrezygnować z pieczołowicie zaplanowanych wakacji na Costa Brava, by w zamian pojechać na wieś, a tam zająć się chorującą na serce babcią. Inni pracują, są zabiegani, nie mają czasu… czas ma Julia, w końcu to tylko wakacje. Cóż, ona sama myśli nieco inaczej, a do domku starszej pani dociera w nie najlepszym nastroju… Który jednak ulatnia się po pierwszym kontakcie z dawno niewidzianą, przekonaną o swojej nieważności i kłopotliwości krewną. Kochana babcia, tak typowa w swojej babciowości, ma jednak w zanadrzu kilka sekretów i opowieści z młodszych lat, które dla zafiksowanej na chwili obecnej Julii będą jak powiew świeżości. Tym bardziej, że niedaleko pomieszkuje pewien starszy pan, będący dawnym ukochanym pani Antoniny… i powiernikiem innych jej tajemnic, które jednak chętnie, przy przypadkowym, zdawałoby się, spotkaniu, przekaże wnuczce swej młodzieńczej miłości. Korzystając z chwili nieuwagi starszej pani Julia wymyka się na opisywaną przez Mateusza polanę, by odnaleźć kamień, którego dotknięcie… przeniesie ją do zupełnie innego świata.

Nie ukrywam, że początek, pomimo tego lekkiego, swojskiego, wiosennego niemal klimatu polskiej wsi, nie jest szczególnie zachęcający. Warto jednak zachwycić się jego statycznością, bo szybko się kończy, by wrzucić czytelnika w wir wydarzeń. Julia za sprawą sił, których natury jeszcze nie zna, przenosi się do Burii – królestwa, w którym chmury na zawsze zasnuły niebo, a ludzkość żyje w strachu przed ciemnymi mocami, których działanie ściągnęło na nich nieszczęście. Nowoprzybyła zaś, zdezorientowana, przeganiania przez miejscowych, którzy się jej obawiają, nie jest tam wcale mile widziana… nawet kiedy trafia na grupę rycerzy, wyraźnie nie pierwszy raz mających do czynienia z kimś aż tak im obcym. No, tu dopiero się zacznie…

Oczywiście nie dało się uniknąć zabawy z „magicznymi” przedmiotami, które nasza międzyświatowa turystka zabrała ze sobą, w tym zapałkami i latarką. Stawia ją to z improwizowanej tożsamości „dobrej czarodziejki” na pozycji dworskiej kuglarki. Prawdziwa próba jednak dopiero przed nią… Tym, co pomoże jej wydobyć się z patowej sytuacji, jednocześnie narażając na gorącą niechęć niektórych (na przykład miejscowego medyka), będzie wiedza położnicza. Problemem pozostaje jednak to, że w Burii bywali już jej podobni, pozostawiając po sobie jedynie nieszczęścia. Czy Julia będzie w stanie sprawić, że w krainie znów zaświeci słońce, a jej mieszkańcy wyswobodzą się ze strachu przed powrotem złych sił? To zadanie wydaje się trudne, ale od czego są towarzysze…

Do czynników wzbudzających mieszane uczucia w „Magii ukrytej w kamieniu” dorzucić należy zachowanie głównej bohaterki w niektórych momentach. Naturalne jest, że zanim przywyknie do nowej sytuacji, wymknie jej się parę zdań, które narażą ją co najmniej na śmieszność… Julia zaś do wzorów opanowania nie należy. Współczesność wychodzi z niej w najbardziej nieodpowiednich momentach, zaś odmienna obyczajowość Burii, nakazująca wstrzemięźliwość i skromność zwłaszcza kobietom, mocno daje się jej we znaki. Trudno nie uśmiechnąć się z zażenowaniem, gdy przedstawia siebie jako dobrą czarownicę, jeszcze uważając zmianę warunków za żart, a później nie współczuć, gdy dociera do niej powaga sytuacji. Jedynym, co tak naprawdę nie leżało mi w jej zachowaniu, jest brak zdecydowania odnośnie mężczyzn. Całkowicie rozumiem fakt, iż w otoczeniu rycerzy jak żywcem wziętych z romansu trudno pozostać obojętnym (ja jestem całkowicie #teamweylin i nie rozumiem, co też Julia widzi w Hermanie), jednak to, jak szybko odmieniają jej się gusta (co zresztą sama komentuje, chociaż nieco bezrefleksyjnie, a szkoda), nie dodaje jej uroku. 

Co do innych bohaterów – jest dobrze. Zwracają uwagę oczywiście panowie, trzej dokładnie, z których każdy otrzymał od autorki odpowiednią porcję cech, zarówno tych wspólnych z resztą, jak i wyróżniających ich na jej tle. Nie są jednoznaczni, nawet medyk, który, chociaż zapiekły w swej niechęci do Julii, pokazuje czasami ludzkie oblicze, pozwalając się zrozumieć. To bardzo dobrze, bo wielokrotnie stawiane przed czytelnikiem sytuacje, w których musi on na nowo rozważyć, czy na pewno bohater uznany za dobrego takim jest, są czymś, co decyduje o pewnej trudno nazywalnej cesze książki – tym, czy utrzyma ona uwagę i zaciekawi na tyle, by po jej skończeniu chciał on od razu sięgnąć po kolejną część. Ale mamy też oczywiście postacie kobiece – starszą ochmistrzynię, bojaźliwą służkę i skromną, szlachetną Lavenę, które nawet na moment nie wychodzą z zadanych im ról, prowadzone konsekwentną i pewną ręką autorki. Och, jak chciałabym już wiedzieć, co dokładnie kryje się za milczeniem innej z pań…

„Magia ukryta w kamieniu” jest powieścią lekką, z nieco niepokojącą nutą przewijającą się gdzieś w tle. Z prostej opowieści przeradza się dość szybko w historię o poznawaniu na nowo własnej natury, przetrwaniu wśród pogłębiających się wciąż tajemnic, ludzkich pomyłkach wynikających z niewiedzy i strachu, które prowadzą do krzywd wyrządzanych niewinnym, a wreszcie – wychodzeniu z egoizmu i uczeniu się tej prawdziwej, głębokiej empatii. Wierzę, że przed Julią jeszcze wiele nie tylko w zakresie odnalezienia się w nowym nieznanym świecie, ale i w tym bardziej intymnym, wewnętrznym rozwoju, który musi się odbyć, gdy człowiek zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia. I wreszcie – czy po tym wszystkim, co przeżyła i widziała, będzie jeszcze zdolna do powrotu do szarej, współczesnej codzienności? A czy ja bym wróciła? 

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Videograf. Książka ukaże się pod patronatem medialnym bloga Kot w Bookach. 

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Magia ukryta w kamieniu
Autor: Katarzyna Grabowska
Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 544

niedziela, 11 marca 2018

Stosik #36 Luty - Marzec 2018, czyli czas przejść do konkretów

Miesiąc minął, zdążył zacząć się marzec, a chociaż do wiosny niedaleko, to trzaskające mrozy dopiero co zdążyły zejść, pozostawiając po sobie niezbyt miłe wspomnienie. No więc mamy sezon grypowy, możemy solidaryzować się ze wszystkimi, którzy, jak my, najchętniej zawinęliby się w koc z czymś ciepłym do picia i przeczekali najgorszy czas. Ale każda grypa kiedyś musi się skończyć, tym zaś, czemu daleko do końca, jest zasób książek (:

Luty minął szybko, nie przyniósł też rewelacji jeśli chodzi o postępy czytelnicze. Było żmudnie, trudno, mozolnie, ciągle brakowało czasu... Spokojnie można ten miesiąc określić najgorszym, i niech nim pozostanie, nie dając się wyprzedzić żadnemu innemu w tym roku.

Zwłaszcza że rzeczy wartych przeczytania jest tylko coraz więcej(:

Stosy mamy tym razem dwa, mniejsze niż poprzednio - ale wcale nie jest to nic złego. Zajrzyjmy...

Tym razem zaczniemy od stosu zakupowego.
1,2. „Rose Madder” i „Stokostrachy” część pierwsza, Stephen King, Albatros, Prószyński i S-ka. Szał kolekcjonowania w pełni.
3. „Czerwony śnieg”, Ian R. Macleod, Wydawnictwo Mag. Nowa pozycja z Uczty Wyobraźni, zakupiona, jak poniższa, w przedsprzedaży na stronie wydawnictwa.
4. „Matka Edenu”, Chris Beckett, Wydawnictwo Mag. Łotr pisał o pierwszym tomie - może napisze i o drugim? (;
5.„Endymion”, Dan Simmons, Wydawnictwo Mag. Moje ukochane Artefakty i trzeci tom cyklu Simmonsa.
6. „Wypalić chrom”, William Gibson, Wydawnictwo Mag. Na tą pozycję bardzo czekał Łotr - i, z tego co widziałam, nie zawiódł się.
7. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-południe”, Robert M. Wegner, Powergraph. Książka nagrodzona Zajdlem, zakupiona w ramach Dnia Średniego Człowieka*, trzeba wiedzieć, o co tyle hałasu było (;

A tu w sumie też trochę zakupowego jest, ale nie tylko (:
8. „Czas żyć, czas zabijać”, Miroslav Zamboch, Fabryka Słów. Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa, recenzję pisał Łotr dla portalu Konwenty Południowe.
9. „Zakuty w stal”, Miroslav Zamboch, Fabryka Słów. Dokupiona do kolekcji, z ciekawości, z okazji DŚC (;
10. „Zwycięstwo albo śmierć”, Robert Szmidt, Rebis. Zgarnięcie z okazji występowania w parze z kalendarzem, a także dlatego, że tom poprzedni podobał mi się mocno - chciałam więc dowiedzieć się, jak to będzie dalej.
11. „Fale ciemności”, Aaron Rosenberg, Insignis. Egzemplarz recenzencki od portalu Creatio Fantastica, tam też ukazała się recenzja (: Przez tą książkę między innymi wróciłam do grania w World of Warcraft!
12. „Wszystkie nieba”, Wojciech Bauer, Videograf. Pamiętacie „Porę chudych myszy”? To nowa pozycja tegoż autora, jednak wydaje się być zupełnie od niej inna. Przekazana do recenzji dzięki uprzejmości autora, niedługo będzie czytana (:

No i - klasycznie - gry:
12. „Dawno, dawno temu”, wydawnictwo Galakta. Wypatrzona przeze mnie w sklepie Mgla.pl, dość szybko przekonała mnie, że powinnam ją posiadać. Chociaż nie udało nam się jeszcze zagrać, to mam nadzieję, że trafi się okazja.
13. „Horror w Arkham. Dziedzictwo Dunwich”, ponownie Galakta. Rozszerzenie do gry karcianej, o której mówiliśmy ostatnio. Trochę zagrane (w ramach planszowego wyzwania 10x10 zresztą), hmmm... daje w kość, trzeba przyznać (;

Chwilowo to tyle... No, trafił się jeszcze jeden ebook, ale tym pochwalimy się przy lepszej okazji (:
Miłych chwil przy czytaniu!

__________
* Dzień Średniego Człowieka - istnieje w internetowym kalendarzu wiele świąt w stylu "Dzień wysokiego człowieka", "Dzień niskiego człowieka" itd, więc my, jako osoby średniego wzrostu, czujemy się strasznie dyskryminowani - musimy więc co najmniej dwa razy do roku przy takich okazjach kupić sobie po książce. Żeby mieć własne święto (:

Grafika ilustrująca post: CC by Alice Hampson on Unsplash.