Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

„Ciemny Eden” Chrisa Becketta

Eksploracja odległych globów jest jednym z pierwszych, a z całą pewnością najmocniej drążonych wątków w fantastyce naukowej od samego początku istnienia tego gatunku literackiego. Historie o ludziach sięgających gwiazd były już opowiadane na tyle sposobów, że ciężko uwierzyć, by ktoś był w stanie wymyślić coś nowego. Dlatego też po powieść – temat dzisiejszych rozważań sięgałem z pewnymi oporami, nawet mimo tego, że jej autor za swój trud nagrodzony został prestiżową nagrodą literacką, a w Polsce wydano ją jako część jednego z bardziej intrygujących cyklów fantastyki, Uczty Wyobraźni. Czy jednak były one uzasadnione? O tym już za chwilę. Panie i Panowie, oto „Ciemny Eden” Chrisa Becketta.

Powieść zaczyna się kiedy trójka astronautów, Dixon, Mehmet i Tommy, porywa statek zdolny do otwierania tuneli czasoprzestrzennych z Ziemi dalekiej przyszłości, a dwójka oficerów Policji Orbitalnej, Michael i Angela, rusza za nimi w pościg. Kiedy w czasie pościgu zostaje otwarty tunel, oficerom grozi śmierć w wehikule nieprzystosowanym do podróży z szybkością wyższą od prędkości światła, renegaci pomagają im więc w dokowaniu i w dalszą drogę cała piątka wyrusza już razem. Ich statek, Buntownik, doznaje jednak sporych uszkodzeń i podróżnicy zmuszeni są lądować na odległej, niegościnnej planecie, na której jedynym źródłem światła są osobliwe fluorescencyjne drzewa, których soki ogrzewa jądro planety. Na powierzchni jest atmosfera zdatna do oddychania i woda, zaludniają ją dziwne, obce zwierzęta – Eden, bo tak zostaje nazwany nowo odkryty glob, nadaje się więc do życia. Tommy i Angela, niechętni ryzykowaniu życia dla wyprawy, która może się nie powieść, postanawiają na nim zostać, podczas gdy Dixon, Mehmet i Michael wyruszają w niebezpieczną drogę powrotną, obarczoną sporym ryzykiem katastrofy, aby sprowadzić pomoc. Od tamtej pory mija sto sześćdziesiąt lat.

Ponad półtorej ziemskiego wieku później Eden zamieszkuje powyżej pięciu setek potomków pary rozbitków. Prócz schorzeń i obciążeń genetycznych typowych dla skutków kilku pokoleń kazirodztwa, plemię zwane Rodziną zmagać się musi z niebezpieczną florą i fauną planety, a także brakami w żywności, która zaczyna się kończyć w zamieszkiwanej przez nich Okrągłej Dolinie. Prymitywni osadnicy, stojący na równi z pierwszymi ludźmi na Ziemi jeśli chodzi o technologię i zrozumienie otaczającego ich świata, trzymają się swoistego systemu wierzeń – Prawdy – w którym rozbitkowie pełnią rolę świętych, a wedle którego ludzie z odległej o setki lat świetlnych Ziemi wrócą, by zabrać wszystkich do domu Angeli i Tommy'ego. Nośnikiem tej tradycji są Rocznice – na wiecach odgrywane są sceny z życia rodziców całej nacji, powtarza się ich opowieści o cudownościach, jakie czekają na Błękitnej Planecie na tych, którzy będą cierpliwie trwać przy Kręgu, gdzie wylądowali wędrowcy zza Gwiezdnego Wiru.

Głównym bohaterem Ciemnego Edenu jest John, niespełna piętnastoletni (dwadzieścia łonczasów, bo to ciąża okazuje się najlepszym sposobem pomiaru czasu na globie pozbawionym słońca) chłopiec z plemienia Czerwoniuchów. Gdy w pojedynkę zabija niebezpieczną bestię, jeszcze przez rozbitków nazwaną lampartem, cała wioska nazywa go bohaterem. Wkrótce jednak stanie się dla nich kimś zupełnie przeciwnym – zaczyna bowiem rozumieć, że czuwanie, którego wymaga od nich wiara w Prawdę, doprowadzi do ich rychłej śmierci głodowej, a jej zapobieżenie będzie wymagało pogwałcenia starych tradycji...

Oczywiście, on sam nie opisałby tego w taki sposób. Całą historię poznajemy z oczu kilku różnych bohaterów, członków różnych plemion, którzy opowiadają o tym tak, jak sami to widzą. Być może właśnie to stanowi najbardziej rozpoznawalną cechę Ciemnego Edenu – sposób prowadzenia narracji. Dzikusy z Edenu mają swój własny, prosty język i na wiele zjawisk dla nas oczywistych nie mają jeszcze słów, używają więc swoich, może nawet trochę infantylnych – inne nazywając jeszcze zniekształconymi odpowiednikami z Ziemi. Ich rozumienie zjawisk zachodzących dookoła jest nieskomplikowane, wręcz prostackie, ale niepozbawione celnych obserwacji i zaskakujących wniosków. Jednocześnie zdumiewa sposób, w jaki wypowiadają się o wielu rzeczach, które nas mogłyby szokować i niepokoić – jednak w Rodzinie martwe noworodki, wady wrodzone, czy nawet przygodne, pozbawione emocji płodzenie dzieci są rzeczami codziennymi, powszednimi, nudnymi. Dużą zasługę w robieniu takiego wrażenia ma bardzo dobre tłumaczenie Wojciecha Próchniewicza, które z wyjątkową starannością oddaje te drobne smaczki.

Sami bohaterowie nie mają w sobie zbyt wiele interesujących cech – definiują ich jedna, góra dwie rzeczy, którymi odróżniają się od reszty. I tak – John jest niespokojnym duchem, którego sensem życia jest pokonywanie przeciwności, a kiedy ich nie ma, znajdowanie sobie nowych, Tina jest szczera i buntownicza, Gerry to zapatrzony w Johna maluch, który chciałby być taki jak on, zaś Jeff, oprócz deformacji stóp, cechuje się niemal szamańską jednością z planetą, na której żyje. Każde z nich jest trochę egoistyczne, odrobinę zazdrosne i zwierzęce. W jakiś magiczny sposób jednak Beckettowi udało się sprawić, by czytelnik przejmował się losami tej gromady niesfornych dzikusów, nawet wtedy, kiedy robią coś obrzydliwego, nawzajem się obrażają czy rzucają sobie do gardeł.

Historia opowiedziana w „Ciemnym Edenie” rozwija się w sposób, który łatwo przewidzieć – to jednak nie ma wielkiego znaczenia, bo fabuła prowadzona jest umiejętnie, a kolejne nagłe przeciwności losu i zdarzenia zaprezentowano tak, by czytelnik nie mógł się doczekać tego, co będzie dalej. Jednocześnie stanowi bardzo interesującą próbę przedstawienia wielu wątków zaczerpniętych m. in. ze Starego Testamentu, w krzywym zwierciadle bardzo specyficznego science-fiction – oto bowiem świat ludzi wywodzących się od dwojga pierwszych rodziców, przeżywających swoje pierwsze podziały, pierwsze morderstwo czy opuszczających rajski ogród w poszukiwaniu nowej Ziemi Obiecanej – przesłanie wydaje się jednak dość mocno nacechowane krytyką religii zorganizowanej i tradycji jako wygodnego sposobu sterowania ludzkim zachowaniem oraz hamulca postępu. W ogóle tematyka, jaką podejmuje „Ciemny Eden”, jest trudna – społeczność Rodziny żyje w pokoju i względnym spokoju mimo trosk takich jak choroby czy głód, trwa jednak w stagnacji, przez którą jej sytuacja widocznie się pogarsza. By przełamać ten zastój, główni bohaterowie dopuszczą się strasznych rzeczy. Czy jedyny sposób, by świat ruszył naprzód, to destrukcja? Czy jeśli tak jest, czy czymś złym jest trwanie w miejscu?

„Ciemny Eden” wydaje się zaskakująco podobny do innej, dużo starszej powieści, w dodatku rodzimego autora – mowa o „Zwycięzcy” Jerzego Żuławskiego (notabene recenzowanym jakiś czas temu na naszym blogu). Autorzy rozwijają te same motywy, ale na inne sposoby – tu i tam mamy do czynienia z religią powstałą na kanwie życiorysów przybyszów z Ziemi oraz całe nacje, które wyrosły z ich potomstwa, tu i tutaj znajdą się też rozważania na temat psychologii zbiorowości, manipulacji za pomocą wszelkich dostępnych środków, a także dylematy, mnóstwo dylematów, w których każdy wybór wydaje się pociągać za sobą równie paskudne konsekwencje.

Wyróżniona w 2012 roku nagrodą Arthura C. Clarke'a powieść Becketta pozostawiła mnie z mieszaniną rozmaitych uczuć, z których połowy nie potrafię nawet nazwać. Ponury, obcy i bezlitosny świat zaludniany przez istoty, które ciężko polubić, oraz realia, w jakich przyszło żyć potomkom Angeli bardzo mocno uderzają do głowy, a ich sugestywny opis mocno działa na wyobraźnię. Opowiedziana w „Ciemnym Edenie” historia, chociaż może mało zaskakująca. napisana jest zręcznie, angażuje i zachęca do dalszego jej poznawania – Beckett narzuca jednak tempo na tyle niespieszne, by pozostawić czytelnikowi nieco przestrzeni na refleksję nad tym, czego był świadkiem. Mroczny raj na drugim końcu Wszechświata nie każdemu przypadnie do gustu – z całą pewnością jest to jednak coś, co warto poznać i nad czym się zastanowić.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Dark Eden
Autor: Chris Beckett
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 336

niedziela, 9 kwietnia 2017

„Historia naturalna smoków” Marie Brennan

Spośród wszystkich istot fantastycznych największym powodzeniem cieszą się smoki. Jest to zjawisko całkowicie zrozumiałe – bestie te utrwaliły się w literaturze jako symbol wolności, odwagi, potęgi, władzy i… sprytu. Miały więc być, w zależności od koncepcji, złe, chciwe i przebiegłe bądź dobroduszne i posiadające mądrość wieków (jako że żyć miały tysiące lat). Czasem pozostawały szkodnikami, uprzykrzającymi życie ludności wiejskiej, ale nawet jako takie posiadały coś więcej niż zwierzęcy instynkt przetrwania. Wyobraźnia twórców umieściła w fantastycznych światach multum najróżniejszych gatunków smoków, mniejszych, większych, różniących się kolorem i miejscem pochodzenia. Niektóre nawet zostały towarzyszami ludzi. Nieodmiennie jednak pozostały obiektem fascynacji i… badań. Dziwnie było mi zauważyć, że książka „Historia naturalna smoków” osnuta jest na kanwie właśnie takich awanturniczych wypraw badawczych, o jakich czytywałam czasem w zupełnie innym typie książek. Czy to jednak źle?

Lady Trent, jeszcze jako mała Izabela, jedyna córka ze szlacheckiego rodu Hendemore’ów (posiadająca pięciu braci), nie była dzieckiem łatwym ani posłusznym. Jej zainteresowanie naturą, a w szczególności fizjologią owadów i ptaków, było dla rodziców bardzo niepokojące, a niepokój ten zwiększył się jeszcze, gdy panienkę znaleziono rozcinającą zwłoki ptaka w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, do czego służy kość życzeń. Jej dążenia, chociaż stosunkowo niewinne, wzmogły czujność otoczenia – tak więc dziecko mogło poszukiwać wiedzy jedynie w bibliotece ojca, do której dostęp miało zresztą bardzo niebezpośredni. Odmianę przyniosło obserwowanie iskrzyków, małych smoków uznawanych dotąd za owady – oraz książka, tytułowa „Historia naturalna smoków”. To te stworzenia zafascynowały młodą Izabelę tak, że podporządkowała im dalsze swoje życie.

Mamy więc młodą biolożkę w czasach, gdy biolożki w ogóle mile widziane nie były. Zasadniczo specyficzny odbiór powieści będzie miała osoba, która opowieści umiejscowione w realiach dziewiętnastowiecznego świata raczej omija, jako że zawierały się one zazwyczaj w zupełnie innych ramach gatunkowych. Dla mnie Izabela była jak bohaterka jednego z romansów historycznych, które namiętnie czytuję, z klimatycznym dodatkiem w postaci motywów fantastycznych. Jej postać, otoczenie, w którym żyje, to, jak się z niego wyróżnia – wszystko to bardzo wpasowuje się w ten nurt, w niewielkim tylko stopniu łamany przez smoki, występujące jednak nadal w roli szkodników polnych i egzotycznych bestii, które trzyma się w menażeriach.

Z drugiej strony jednak, jak na bohaterkę romansu lady Trent sprawuje się wcale nieźle. Jest przede wszystkim osobą bardzo rozsądną – co może dziwić tych, którzy już książkę znają – jednak jak na kobietę, która umysłem wyprzedza nieco epokę, w której przyszło jej żyć, a na pewno większość pań, zachowuje ona zadziwiającą wręcz zdolność asymilacji. Otóż Izabela nie dąży do celu po trupach – woli dopasować się i poczekać, szukać możliwych dróg, powoli, ale wytrwale - zamiast, jak to zwykle bywa, buntować się przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Zdaje sobie sprawę z obowiązujących zasad i tego, jak taki bunt może wpłynąć na jej przyszłość (po prostu przekreślając możliwość realizowania pasji). Jest pragmatyczna – pomysł, że jedyną opcją dla niej jest odpowiednie małżeństwo z kimś, kto podzieli jej zamiłowanie do smoków postanawia po prostu szybko zrealizować, nie bawiąc się w subtelności. Na szczęście trafia odpowiednio – co prowadzi ją z wyprawą badawczą wprost w dzikie ostępy. Tu więc, z wątków obyczajowych przechodzimy w awanturnicze – i zaczyna się prawdziwa zabawa, jako że dorosła już Lady miewa zwyczaj działać, zanim się nad tym poważnie zastanowi.

I tylko smoków żal. Bo o ile w powieści występuje ich dość sporo, a ilustracje, którymi okraszony jest co jakiś czas tekst, po prostu zachwycają szczegółowością (choć martwy smok mnie cokolwiek zasmucił), o tyle bestie pozostają obiektem badań wyprawy, traktowane są więc dość przedmiotowo. Lady Trent ma dar obserwacji i jest osobą błyskotliwą, poda więc w swoim pamiętniku wiele szczegółów na temat ich fizjologii oraz jeszcze więcej teorii dotyczących zachowań tych stworzeń, pozostanie jednak głównie obserwatorką i – no właśnie – teoretyczką. Wywołuje to pewien niedosyt. Najbliżej tego, co chciałoby się o smokach wiedzieć, są informacje uzyskane pod koniec, ale to przecież nie wszystko, jedynie wskazówka, że smoki są czymś więcej niż tylko dość szkodliwymi dla ludzi zwierzętami. Mało!

Książka jest pisana w formie pamiętnika, z punktu widzenia Izabeli już o wiele starszej, emerytki, kobiety czerpiącej głęboką satysfakcję z tego, jak potoczyło się jej życie. Przedstawia siebie jako badaczkę, osobę doświadczoną, prekursorkę dziedziny wiedzy, która, choć fascynowała wielu, nie była zbyt gorliwie i umiejętnie rozwijana. Jest autorką wielu książek, z których pamiętnik nie jest ani pierwszą, ani ostatnią. Sprawia to wrażenie, jakby nie była też ostatnią, jaką o jej przygodach napisała Marie Brennan, i w rzeczy samej cykl o Lady Trent obejmuje aż pięć tomów. Wszelki niedosyt, jaki stworzyło więc czytanie „Historii…” ma więc szanse zostać zaspokojony – miejmy więc nadzieję, że Zysk i S-ka nie poprzestaną na pierwszej części.

Mam wrażenie, że odnośnie do „Historii naturalnej smoków” można mieć rozmaite odczucia. Z pewnego punktu widzenia fabuła zawarta w niej jest dość sztampowa, z innego jednak przenosi wszystko, co urokliwego było w dziewiętnastowiecznych romansach w realia fantastyczne, gdzie ten fantastyczny element jest zaznaczony w sposób bardzo subtelny. Bohaterka zaś stanowić powinna wzór do naśladowania pod względem determinacji, uporu, ale i rozwagi w dążeniu do celu. Powieść Marie Brennan jest lekka, przyjemna, wręcz sympatyczna, choć nie brak jej i powagi. Cóż dodać – liczę na to, że będzie mi dane kiedyś przeczytać jej kontynuację.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: A Natural History of Dragons
Autor: Marie Brennan
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 400

sobota, 8 kwietnia 2017

Więcej Kotów w internetach #06, czyli recenzenckie podsumowanie marca

Hej hej! Wiosna przyszła jakoś tak znienacka, wszyscy o tym wiedzą, ale do mnie chyba jeszcze to nie dotarło - ciągle jestem myślami na etapie zimy, gdy wychodzę, to ubieram się stanowczo za grubo, a potem ludzie patrzą dziwnie... Czas się przestawić, tylko jak to zrobić, skoro nagle pogorszyła się pogoda? Deszcz jest niesamowicie przyjemny za to do obserwowania zza okna - oraz gdy można pospać dłużej.

Robiłam sobie wielkie nadzieje odnośnie czytania w marcu, ale niewiele z nich wyszło - nadal mam problem ze skupieniem uwagi. Najlepiej dotąd czytało mi się w łóżku przed snem właśnie, a teraz bardzo szybko łapie mnie senność. Może to być przez to, że strasznie dużo miałam ostatnio pracy - a w połączeniu z mało skutecznym skupianiem się wychodziło mi z tego jedynie dużo stresu, że się nie wyrobię. Wyrobiłam się - ale kosztowało to trochę więcej nerwów niż zwykle. Tak więc obietnice przekładam na kwiecień - a raczej traktuję jako nadal aktualne.

Z recenzenckiej działalności przedstawię więc marzec, ale w trochę innej kolejności niż zwykle - jako że wreszcie ukazały się pierwsze moje recenzje na portalu Creatio Fantastica, to im dam pierwszeństwo.

Fred Flintstone pracuje w kamieniołomie. Każdego dnia, ubrany w jaskrawe wdzianko z krawatem, żegna się z ukochaną żoną i wędruje do firmy pana Slane’a. Któregoś dnia czeka go tam jednak nie kolejna żmudna dniówka, a polecenie służbowe, by zaopiekował się nowymi pracownikami – trójką neandertalczyków, niezbyt rozgarniętych, nierozumiejących, do czego służą pieniądze, ale chętnych do pracy.  Pomysłem szefa, pragnącego w pełni wykorzystać nie tylko nieświadomość nowych „nabytków”, ale i ambicję Freda, jest zapewnienie nowym rozrywki jako formy motywacji do przyszłej roboty. O ile jednak walki na ringu całkiem się jaskiniowcom podobają, o tyle już sama praca, jak również stosunki społeczne panujące w „ucywilizowanym” Bedrock, nie do końca. Spodziewać się można tylko jednego: sporego zamieszania.

Ameryka, rok 1985. Gdzieś w stanie Kentucky rozbija się mały obiekt przybyły z kosmosu. Jest wielkości zwyczajnej kapsuły ratunkowej, daleko mu do wahadłowca czy promu, niesie ze sobą jednak ważny ładunek – jedną, jedyną istotę. Wyglądający prawie jak człowiek Thomas Jerome Newton niszczy swój pojazd, aby udać się na samotną wędrówkę w bardzo konkretnym celu. W pierwszym napotkanym sklepie, pod pretekstem awarii samochodu w odludnej okolicy, sprzedaje złoty pierścionek z brylantem, rzekomo będący pamiątką ślubu. Jest to dopiero pierwszy krok na długiej drodze, której kierunek wyznaczyła mu jego rasa – Anteanie, garstka istot rozwiniętych daleko bardziej niż ludzie na Ziemi, a będących już u schyłku swojej cywilizacji – wysyłając go z misją zdobycia środków i skonstruowania pojazdu, którym mogliby się na zieloną planetę dostać.

Zbiór otwiera zwycięski tekst Magdaleny Kucenty – „Algorytm mniejszego zła”. W ponurym świecie przyszłości, gdzie oparta na elektronice cywilizacja runęła wskutek jednej burzy słonecznej, bezlitosna sztuczna inteligencja, Saloma, uważnie obserwuje myśli i uczucia każdego z ludzi za pośrednictwem Nimrodów – biomechanicznych implantów, w jakie wyposażony jest każdy. Agentami Salomy są nadzorcy, ludzie niezdolni do odczuwania emocji. Jeden z nich, główny bohater opowiadania, zostaje obarczony zadaniem odnalezienia Kasandry, młodej kobiety spodziewającej się dziecka – i nakłonienia jej, wszelkimi dostępnymi środkami, do usunięcia ciąży. Jednak to właśnie Kasandra stanowi klucz do rozwikłania zagadki tajemniczych urywków wspomnień, jakie kołaczą się w jego głowie.

W niezbyt grubej książce znajdziemy trzy teksty, z których żaden nie ma niczego wspólnego z głównym protagonistą serii. Opisują one wydarzenia, które nastały na długo przed wyprawą Koniasza i skupione są wokół postaci Tekuarda, drugiego syna najpotężniejszego czarodzieja na kontynencie, pana i władcy wielkich ziem. Lokalne i cokolwiek kuriozalne prawo mówi o tym, że na trzydzieści dni przed koronacją następcy tronu ogłoszone zostają wolne łowy – i jeśli w tym czasie komukolwiek spośród jedenastki najbardziej wpływowych rodów w krainie uda się zabić dziedzica, może zająć jego miejsce i założyć swoją własną dynastię. Oczywiście, Tekuard, jako drugi syn, w dodatku kompletnie pozbawiony talentu magicznego, nie ma się czego obawiać – nie dość, że sam nie przejawia ani krztyny zainteresowania magią, to przecież to jego starszy brat będzie zwierzyną. 

Publikacja obejmuje zagadnienia ekonomiczne i historyczne. Autor porównuje kapitalistyczny zachód z rozwijającymi się krajami wschodu, wskazując nie tylko różnice w sposobie kształtowania się tamtejszych gospodarek, ale i fakt, że Ameryka i Europa Zachodnia osiągnęły w ostatnim czasie szczyt dynamiki rozwoju, a wzrost gospodarczy został zahamowany. Dlaczego tak się stało? Czy kraje wysoko rozwinięte nie mają już nic więcej do osiągnięcia? A może popadły w gnuśność i stagnację, rozleniwione w swoim dobrobycie? Z drugiej strony – kraje wschodu, jak dotąd uważane za miejsca, w których wszelaki rozwój przebiega opornie i powoli, okazały się mieć wyjątkowy potencjał pod względem przemian społecznych i powstawania nowych wartości. Czy oznacza to dla świata wielkie zmiany, w których Zachód upadnie, a potęgą staną się kraje azjatyckie?

Pewnego leniwego popołudnia młode dziewczę o wdzięcznym imieniu, tytułowa bohaterka powieści, z nudów udaje się w pogoń za umykającym w pośpiechu białym zającem. Ten, nerwowo zerkając na kieszonkowy zegarek, bełkocze coś o byciu koszmarnie spóźnionym. Widok jest co najmniej niecodzienny, ale to dopiero początek – kiedy zając umyka do nory, a Alicja za nim, przenosi się w inny, obcy świat, pełen niecodziennych zjawisk i bardzo nietypowych indywiduów. Dziewczynce przyjdzie mierzyć się z całą masą osobliwych sytuacji – będzie na przemian bardzo mała i olbrzymia (to zasługa ciastek i dziwnych eliksirów), przyjdzie jej zastanawiać się, co właściwie ma piernik do wiatraka, popełni też straszliwą zbrodnię, za którą karciana arystokracja skaże ją na ścięcie...

Krzyżowca poznajemy w bezimiennym opactwie, miejscu modłów i kaźni tych, o których świat postanowił zapomnieć. Zamykani tam przez wzgląd na wolę kogoś wpływowego, chorzy, często zamurowani żywcem więźniowie, tracą z czasem rozum i spędzają dni na samookaleczaniu - bądź gniją za życia. W otoczeniu mnichów wytrwale poszukujących odkupienia w tym tak posępnym świecie stanowili jedyne towarzystwo dla Rycerza, który, choć śmiertelnie poparzony, to jednak nieumarły, budził się powoli z letargu. Wracająca mu świadomość celu, wiercąca się gdzieś pod czaszką, doprowadziła do w końcu do wyjścia z kryjówki i wysłała go w drogę ku Jerozolimie. Czy jednak będzie mógł tam dotrzeć, pozbawiony tożsamości, wędrując przez ziemie, które trawią choroby i rozkład?

„Powstanie” podejmuje akcję niedługo po tym, gdzie pozostawił ją „Mechaniczny” – po wybuchu Wielkiej Kuźni, który zatrząsł posadami Gildii Zegarmistrzów, a tym samym całego holenderskiego imperium. Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że to koniec wojny o tereny Nowej Francji. Wspólne wysiłki byłego Talleyranda – to jest, madame Berenice – oraz Jaxa, zbuntowanego Klakiera, spełzną teraz na niczym, jeśli mistrzyni szpiegów nie uda się zbiec z aresztu. Ma tylko jedną połowę sekretnej wiedzy niezbędnej do odwrócenia losów wojny – druga jest w posiadaniu Jaxa, który wyrusza na poszukiwanie legendarnej Nibylandii, by tam zjednoczyć się z pozostałymi mechanicznymi sługami, którzy odzyskali wolność. Tymczasem wojna trwa w najlepsze – i chyli się ku końcowi.

Pewna para, która dopiero co wprowadziła się do małego domku w Tokio położonego w cichej, spokojnej, choć niezbyt bogatej okolicy, któregoś dnia obserwuje, jak mieszkający obok chłopiec spotyka małego kotka. Przybłęda ujmuje go swoim wyglądem i przemiłym charakterem, rodzina postanawia więc go przygarnąć. Chibi, bo tak na imię dostaje zwierzak, szybko zaprzyjaźnia się ze wszystkimi w okolicy, wędrując po przylegających do siebie podwórkach i to pomimo niechęci właścicielki domków, która kategorycznie sprzeciwia się obecności w nich zwierząt. Małżeństwo jednak nie wygania kotki, gdy ta z ciekawości zagląda i do nich, wręcz przeciwnie – z czasem nawiązują znajomość, stawiają futrzakowi pudełko w kącie pokoju, miskę z jedzeniem, dają jej też możliwość wchodzenia i wychodzenia kiedy chce, w końcu nie chcieliby, by ktoś posądził ich o próby zawłaszczenia cudzego zwierzęcia. Chibi szybko zyskuje przyjaciół, nawet starsza pani przekonuje się do niej.

Rok 3326. Ludzkość sięgnęła gwiazd i rozproszyła się po licznych zdatnych do zamieszkania planetach, zabierając na nie swoje małe animozje i wojny. Niepewny porządek jest jednak zagrożony przez tajemnicze zjawisko rodem z centrum galaktyki – Pustkę. Pustka rozszerza się, zaś kontakt z pochłoniętymi przez nią statkami po prostu się urywa. Dobrze już znany protagonista serii, Sheldon, ponad tysiącdwustulatek, jeden z założycieli Wspólnoty i konstruktorów pierwszego wormholu (co to za tłumaczenie, ja się pytam?!) zostaje odwiedzony przez rasę tajemniczych obcych. To oni, Raiele, od tysiącleci stoją na straży Pustki i toczą wojnę z zamieszkującymi ją Upadłymi – Nigela zaś namawiają, by dał się posłać do środka z misją zwiadowczo-szpiegowską, której powodzenie może pozwolić na to, że raz na zawsze zażegnane będzie niebezpieczeństwo.

Uważniejsi czytelnicy naszego bloga mogą przypominać sobie moje wcześniejsze teksty poświęcone różnym poradnikom dotyczącym rozwoju osobistego i pamiętać, jak szczerą, czystą miłością darzę ten gatunek fantastyki. Siadałem więc do lektury bez szczególnych oczekiwań, spodziewając się typowego dla szeregu mówców motywacyjnych potoku wielkich słów bez treści oraz oznajmiania z wielkim hukiem tego, co zostało odkryte wiele lat temu. Wynotowałem nawet, kiedy po raz pierwszy pojawia się hasło „wyjdź ze swojej strefy komfortu”, jeden z moich ulubionych frazeologicznych wskaźników poziomu zaawansowania poradnika (dla porządku: strona trzynasta). Ku mojemu zdziwieniu... nie było jednak tak źle, jak się spodziewałem.

Tyle - jeśli znajdziecie na tej liście coś dla siebie, koniecznie dajcie znać! (:

wtorek, 4 kwietnia 2017

„Legion” Brandona Sandersona

„Jestem taki szczęśliwy, bo dzisiaj znalazłem przyjaciół – są w mojej głowie”, śpiewał Kurt Cobain. I chociaż wydaje się to być radosne, gdy ująć rzecz w ten sposób, jest poważnym problemem, kiedy zaczynasz słyszeć głosy nakłaniające cię do robienia różnych rzeczy, często takich, o które sam byś się nie podejrzewał. Jeśli głosy dodatkowo wizualizują się w formie osób, które zauważasz tylko ty sam, jesteś na najlepszej drodze do zamieszkania w przytulnym pokoju wyłożonym białą gąbką, na tyle dużym, by pomieścił wszystkich twoich przyjaciół. To jest, chyba że jesteś bajecznie bogaty. Wtedy to i wiele innych drobnych dziwactw spokojnie ujdzie ci na sucho – jak bohaterowi „Legionu”, minipowieści Brandona Sandersona, pod której tytułem kryją się tak naprawdę dwa długie opowiadania (znamienne, prawda?).

Stephen Leeds jest prywatnym detektywem, w dodatku piekielnie dobrym – do tego stopnia, że może sam wybierać sobie zlecenia, których się podejmuje. Jego kluczem do sukcesu okazała się niewiarygodna zdolność błyskawicznego uczenia się nowych rzeczy. Jak każdy geniusz jednak, także Stephen ma swoje dziwactwa – największe z nich objawia się potrzebą racjonalizowania sobie swoich niezwykłych zdolności, a robi to poprzez... wyobrażanie sobie zespołu towarzyszących mu ludzi. Ci doradcy mają swoje własne osobowości, obszary wiedzy, w których najlepiej się odnajdują, rodziny, znajomych, a nawet... własne choroby psychiczne. Leeds jest przywiązany do swoich halucynacji tak mocno, że w ogromnej wilii utrzymuje nawet osobne pokoje dla każdej z nich. Jest to rozwiązanie mocno tymczasowe – aspektów cały czas przybywa, kończy się wolne miejsce tak w domu, jak i w głowie detektywa.

Niemała sława śledczego sprawia, że pewnego dnia kontaktuje się z nim przedstawicielka korporacji Azari Laboratories. Monica, bo tak przedstawia się kobieta, twierdzi, że udało im się stworzyć aparat fotograficzny, który potrafi robić zdjęcia scen z odległej przeszłości fotografowanego miejsca. Niestety, główny inżynier odpowiedzialny za projekt uciekł z prototypem. Zadaniem Leedsa ma być odbicie go – czy może raczej odzyskanie prototypu urządzenia, którego właściwości mogą wywołać na świecie nielichą burzę...

Opowiedziana w „Legionie” historia jest dosyć prosta – to klasyczna opowieść o prywatnym śledczym biorącym na siebie szemrane zlecenie, które bardzo szybko okazuje się być czymś zupełnie innym, niż się z początku wydaje – choć ma po drodze parę ciekawych, zaskakujących zwrotów. Jednak to nie dla fabuły powinno się „Legion” czytać – ten jest bowiem istnym popisem, jeśli chodzi o kreację interesujących postaci. To określenie mocno umowne, skoro wszystkie są tak naprawdę częściami jednej osoby, jednak tym, co naprawdę czyni lekturę świetną zabawą są właśnie ich wzajemne spory o rację i uwagę Leedsa. Mamy więc Ivy, neurotyczną (i trypofobiczną, ale twierdzi, że nad tym panuje. Brr...) panią psychiatrę o bardzo analitycznym podejściu do ludzi i ich motywacji. Na drugim biegunie jest J.C., z którym łączy ją bardzo burzliwy związek – na przemian pałają do siebie nienawiścią i pożądaniem. J.C. jest żołnierzem, byłym członkiem SEAL-sów, maniakiem wszelkiej broni, impulsywnym twardzielem o specyficznym poczuciu humoru, któremu bardzo trudno przychodzi pogodzenie się z myślą, że jest tylko halucynacją. Tobias to z kolei stary czarnoskóry profesor historii o statecznym usposobieniu i uspokajająco brzmiącym głosie – zaś jego najbardziej charakterystyczną cechą jest przekonanie, że komunikuje się z nim Stan, uwięziony na orbicie astronauta... Audrey, specjalistka od kryptografii, cierpi na dziwną odmianę nerwicy, która nakazuje jej sądzić, że nie istnieje – a to, że to prawda, jest tylko i wyłącznie zbiegiem okoliczności. Aspektów jest, rzecz jasna, więcej, a każdy z nich bardziej niezwykły od poprzedniego. Każdy z nich daje się polubić niemal natychmiast, a czytając ich przekomarzanki, po prostu trudno się nie uśmiechnąć. Co ciekawe, na tle wszystkich swoich aspektów sam Leeds wypada dosyć blado – przynajmniej do momentu, kiedy poznamy trochę więcej szczegółów z jego przeszłości.

Drugie opowiadanie, „Legion: Pod skórą”, opiera się na podobnym założeniu – ma jednak tę przewagę, że serwowane jest czytelnikowi, który już zna założenia pierwowzoru, dzięki czemu może w interesujący sposób rozwinąć temat niezwykłych zdolności Leedsa. Również fabuła jest odrobinkę mniej banalna, nawet jeśli pozostaje prosta – tym razem tematem jest niewielka firma biotechnologiczna, której członkowie być może odkryli sposób, jak użyć komórek jako nośnika danych. Ciało jednego z jej założycieli zostało skradzione z lokalnej kostnicy po przykrym wypadku, jaki mu się przydarzył – zadaniem Leedsa ma być jego odzyskanie. Sprawa się komplikuje, kiedy okazuje się, że martwy naukowiec sam zakodował w sobie pewne ważne informacje – informacje, które w niewłaściwych rękach mogą okazać się diabelnie niebezpieczne. Niebezpieczeństwo to staje się ciut bardziej namacalne, kiedy w ślad za Stephenem rusza najemna zabójczyni...

Czytając „Legion” bawiłem się świetnie. To przyjemna, odprężająca lektura, zmuszająca zarówno do uśmiechu, jak i do chwili zastanowienia, stanowiąca miłą odmianę od poważniejszych tekstów tego autora. Oprócz świetnego pomysłu i kreacji bohaterów, jest tu też nieco tego, co Sanderson robi najlepiej – czyli fabularnych zakrętów, które nie pozwalają się nudzić, a wręcz nakazują czytelnikowi siedzieć jak na szpilkach i wyczekiwać, co jeszcze stanie się dalej. Szczerze polecam - każdemu, kto ceni sobie odrobinę ciut lżejszej tematycznie fantastyki.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Legion, Legion: Skin Deep
Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2017

Liczba stron: 208

niedziela, 2 kwietnia 2017

More Books! #25 Marzec - Kwiecień 2017, czyli zasypani, ale szczęśliwi

Hej!
Znacie tu uczucie, gdy po szczególnie obfitym w zakupy i książkowe zdobycze miesiącu obiecujecie sobie, że ten kolejny będzie już tylko zbieraniem tego, co koniecznie potrzebne? Heh. Tak, właśnie znowu się to nie udało.

Tym razem jednak czuję się odrobinę zwolniona z poczucia winy, jako że zakupy własne, chociaż było ich z pozoru sporo, to jednak nie kosztowały szczególnie dużo - pobuszowałam sobie po poekspozycyjnych i używanych, a i nowe, jeśli się pojawiły, to występowały na sporej przecenie. W ten sposób udało mi się skompletować nie tylko ładny pakiecik Uczty Wyobraźni, ale i parę książek starszych, acz trudno dostępnych obecnie z racji braku wznowień. Tych ostatnich jednak na razie w stosiku nie pokażę - obiecałam sobie, że uzbieram całą serię, a póki mi się to nie uda, projekt pozostanie w tajemnicy (;

Książkowy marzec upłynął nam więc pod znakiem większych książkowych zakupów, których odbiór z punktów przesyłkowych przypadł idealnie na ósmego marca, a więc zasypani jesteśmy od początku miesiąca. Potem zaczęły przychodzić recenzentki, później przyszły jeszcze zaległe, i nagle okazało się, że... ech, miejsca nam nie brakło, jako że dawno już go nie mamy, ale że trochę wyglądamy na wariatów. Troszkę. Odgrzebywanie się z tego trochę nam zajmie. No ale - zobaczmy, co nam los przyniósł.

Zacznijmy od recenzenckiego szaleństwa.
1. „Rozmowy męsko-męskie” od wydawnictwa Helion. Łotr wziął z dużą dozą dystansu ale, jak się okazało, ta cienka książeczka ma w sobie całkiem sporo dobrego.
2. „Kot na diecie BARF", Małgorzata Olejnik, również Helion. To już dla mnie, z ciekawości, o co też chodzi w tym modnym ostatnio sposobie żywienia kota. Jeszcze czeka na czytanie.
3. „Kot, który spadł z nieba” Takashi Hiraide, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Co tu dużo mówić... wystarczy przeczytać recenzję (:
4,5,6. Trylogia „Rok Szczura”, Olga Gromyko, Papierowy Księżyc. Będzie czytane i recenzowane dla Konwentów Południowych.
7. „Echa”, Michał Cholewa, WarBook. Opowiadania z cyklu Algorytmy wojny, recenzja pojawi się również na Konwentach (:
8. „Historia naturalna smoków”, Marie Brennan, Zysk i S-ka. Przeczytana, hmm... mam mieszane uczucia. Recenzja wkrótce na blogu.
9. „Otchłań bez snów”, Peter F. Hamilton, Zysk i S-ka. Przeczytana i zrecenzowana przez Łotra.
10. „Hygge na szczeście”, Signe Johansen, Burda. Recenzencka od portalu Polacy nie gęsi, jeszcze czeka w kolejce do czytania.
11. „Wojny przestrzeni”, Paweł Majka, Genius Creations. Tom drugi po świetnym „Pokoju światów”, już by się czytało... i nawet dzisiaj się zacznie (:
12. „Dobro złem czyń”, antologia opowiadań od Genius Creations. Znana mi, jako że byłam jednym z jurorów w tym konkursie, a samą antologię zrecenzował Łotr dla portalu Konwenty Południowe.
13. „Zatopić niezatapialną”, Anna Hrycyszyn, Genius Creations. Właśnie skończyłam ją czytać, więc recenzja niedługo (:
14. „Trupojad i dziewczyna”, Ashan Ridha Hassan, Genius Creations. Intrygująca pozycja. Skończona, czeka na opisanie.
15. „Przed końcem świata”, Tommy Wallach, Bukowy Las. Przeczytana i zrecenzowana, tekst czeka na publikację na portalu Creatio Fantastica.
16. „Dzięki za tę podróż”, Tommy Wallach, Bukowy Las. Sytuacja taka sama, jak wyżej (:
17. „20 000 mil podmorskiej żeglugi”, Juliusz Verne, Bellona. Wszystkie pozycje Bellony dostaliśmy dzięki uprzejmości portalu Polacy nie gęsi, przybyły one niestety ze sporym opóźnieniem. Cóż, lepiej późno niż wcale, zwłaszcza jeśli mówimy o klasyce.
18,19. „Lalka” tom 1 i 2, Bellona. Recenzja napisana, czeka na publikację...
20. „Wielka degeneracja”, Niall Ferguson, Wydawnictwo Literackie. Nietypowa jak na nasze zainteresowania, a jednak przeczytałam i nie żałowałam spędzonego czasu. Zrecenzowana dla portalu Polacy nie gęsi.
21. „Niedobici spod Stalingradu”, Reinhold Bush, Bellona. Czeka na swoją kolej.

Przyjemności, czyli stosik zakupowy...
22. „Śpiący giganci”, Sylvain Neuvel, Akurat. Dostałam tę książkę jako gratis do zamówienia z Czytam.pl, w którym, jak się okazało, kilka pozycji było lekko uszkodzonych. Doszliśmy jednak z obsługą do porozumienia i zdecydowałam, że nie zrezygnuję z żadnej, w zamian za to dostając właśnie „Gigantów”. Łotr się ucieszył bardzo, jak się okazało, miał tę książkę bardzo na oku.
23, 24. „Legion” i „Idealny stan”, Brandon Sanderson, Mag. Zgarnięte jako pakiet z empiku. Nie dało się nie wziąć.
Całość Uczty Wyobraźni pochodzi z jednej paczki, więc tylko je wymienię, jako że niewiele wiem póki co o samych pozycjach poza tym, że są przepięknie wydane.
25. „Luna: Nów” Ian McDonald.
26. „Czasomierze”, David Mitchell.
27. „Rozłąka”, Christopher Priest.
28. „Shriek: Posłowie”, Jeff Vandermeer.
29. „Ciemny Eden”, Chris Beckett.
30. „ Portret pani Charbuque / Asystentka pisarza fantasy”, Jeffrey Ford.
31. „Echopraksja” Peter Watts.

No i nie sposób zapomnieć o pierwszej naszej mandze od kochanego wydawnictwa Okami<3


Tylko tyle i aż tyle. Co więcej, na przyszły miesiąc planujemy podobne ilości zdobyczy.
No, to idę zakopać się z powrotem w stos książek nieprzeczytanych. Miłego dnia! (:

niedziela, 26 marca 2017

„Rozmowy męsko-męskie, czyli jak odnaleźć w sobie prawdziwego mężczyznę” Bogusława Stępnia i Alberta Szymańskiego

W dziwnych czasach przyszło nam żyć. Różne niepokoje raz po raz naruszają społeczny porządek, kiedy wciąż na nowo definiuje się, co to znaczy – być kobietą, być mężczyzną. Podczas gdy pewne środowiska uparcie dążą do tego, by zrównać jedne i drugich ze sobą w każdym możliwym aspekcie, łatwo przeoczyć, że to, co nas różni, także jest ważne i potrzebne. Uwaga mediów od dłuższego czasu skupiona jest na ruchach emancypacji kobiet, w dużej mierze ignorując problematykę męskości w dwudziestym pierwszym wieku. A to temat rzeka – z jednej strony promowany jest wizerunek zadbanego, eleganckiego, wygolonego i wydepilowanego indywiduum, które czas pomiędzy czalendżowaniem tasków wypełnia jedzeniem jarmużu i uprawianiem crossfitu, z drugiej pojawiają się głosy, że facet ma być twardy, obdarzony przez naturę zarostem godnym wikinga albo chociaż drwala, a do tego groźnym, posępnym skurczybykiem o gębie pociętej bliznami zarobionymi w walkach ulicznych. Musisz być, chłopie, niezależny i silny, wojownikiem, zdobywcą i myśliwym, ale jeśli nie pytasz swojej kobiety o zdanie, to jesteś szowinistyczną świnią i pod-istotą niegodną bycia powiernikiem chromosomu Y. Z kolei jeśli pytasz, jesteś zniewieściałym pantoflem, a nie mężczyzną.

Recenzowana dzisiaj książka jest adresowana do wszystkich, którym powyższy zestaw prostych instrukcji z jakiegoś powodu wydał się trudny do zrozumienia albo wykonania. „Rozmowy męsko-męskie, czyi jak odnaleźć w sobie prawdziwego mężczyznę” panów Bogusława Stępnia i Alberta Szymańskiego to, jak sugeruje tytuł, krótki poradnik, jak wśród tego całego informacyjnego szumu poradzić sobie z trudnym zadaniem, jakim jest bycie prawdziwym, stuprocentowo poukładanym facetem.

Uważniejsi czytelnicy naszego bloga mogą przypominać sobie moje wcześniejsze teksty poświęcone różnym poradnikom dotyczącym rozwoju osobistego i pamiętać, jak szczerą, czystą miłością darzę ten gatunek fantastyki. Siadałem więc do lektury bez szczególnych oczekiwań, spodziewając się typowego dla szeregu mówców motywacyjnych potoku wielkich słów bez treści oraz oznajmiania z wielkim hukiem tego, co zostało odkryte wiele lat temu. Wynotowałem nawet, kiedy po raz pierwszy pojawia się hasło „wyjdź ze swojej strefy komfortu”, jeden z moich ulubionych frazeologicznych wskaźników poziomu zaawansowania poradnika (dla porządku: strona trzynasta). Ku mojemu zdziwieniu... nie było jednak tak źle, jak się spodziewałem.

Ale po kolei. Na stu sześćdziesięciu stronach podzielonych na dwadzieścia jeden krótkich, tematycznych rozdziałów znajdziemy podane w luźnej, felietonowej formie przemyślenia autorów na szereg rozmaitych tematów związanych z byciem mężczyzną w dwudziestym pierwszym wieku. Hasłem z okładki i wątkiem głównym całości jest „kto trzyma cię za jaja?” (cóż, tak, o tym jeszcze za chwilę...), a głównymi aksjomatami męskości – niezależność, zdolność decydowania o samym sobie, autentyczność w sensie bycia szczerym i wiernym własnym uczuciom. Rozpiętość tematyczna jest dość spora: począwszy od pasji i hobby, nałogów, poprzez funkcjonowanie w środowisku pracy, kończąc, oczywiście, na układaniu sobie relacji tak z kobietami, jak i... z innymi mężczyznami. Parę słów powiedziano o seksie i szybkich samochodach, o odczuwaniu strachu i stresie, a także o samodyscyplinie. Język jest lekki, przystępny, miejscami dosadny i wulgarny, brak tu owijania w bawełnę i czarowania się typowego dla tego typu literatury, co, chociaż czasami powodowało, że uśmiechałem się cynicznie, mogę uznać wyłącznie za olbrzymi plus.

Promowana przez autorów postawa nie ma absolutnie niczego wspólnego ze zbiorem wytycznych zaprezentowanych we wstępie do tej recenzji. Wywodzi się raczej z nieco staroświeckiego spojrzenia na świat, rodem z końca dwudziestego wieku, gdy rola mężczyzny w społeczeństwie i rodzinie była dużo bardziej czytelna. Najważniejszą cechą, jaką powinien on w sobie wykształcić, jest samoakceptacja i zdolność życia w zgodzie z własnym „ja”, a przede wszystkim zrozumienie, że tylko on sam, nie stan posiadania, nie ilość łóżkowych partnerek może sprawić, że będzie się czuć facetem. Odpowiedzialność za swoje zachowanie, zwyczajna słowność i konsekwencja we własnym postępowaniu, a przede wszystkim trzymanie własnego życia w ręku bez przyzwolenia, by kierował nim ktoś inny – do właśnie czegoś takiego jesteśmy tu zachęcani. Wszelkie mity, na jakich próbuje się opierać współczesny wizerunek faceta, ulegają tutaj bezlitosnej dekonstrukcji, ustępując miejsca rozumnemu, życiowemu i praktycznemu podejściu. Przesłanie „Rozmów męsko-męskich” jest więc jak najbardziej pozytywne.

A forma? Cóż, nie ustrzeżono się tutaj przed ekstrawagancjami, jakich w tego typu literaturze jest pełno. Przykładowo, słowo „jaja” w kontekście genitalnym pada tutaj bardzo często – autorzy zachęcają nas do zastanowienia, kto w ciągu życia posiadł nasze scrotum na własność, albo do stosowania różnych dziwnych technik medytacji, w czasie których mamy wizualizować mosznę jako „źródło męskiej siły”. Za jaja będziemy się łapać, będziemy nawet nimi oddychać. Absurd jak cholera – na szczęście partycypowanie w tego typu zabawach nie jest niezbędne, aby zrozumieć skrytą za nimi ideę. Nie jest to koniecznie coś złego – przejaskrawienie niektórych zjawisk sprawia, że łatwiej dociec ich sedna, lepiej też zapadają w pamięć. Przynajmniej mam nadzieję, że o to chodziło. Zresztą, kurde, dorośli jesteście, róbcie ze swoim kroczem na co tylko macie ochotę. Byle nie publicznie, dziękuję bardzo. Pojawia się trochę lania wody, trochę mocno wytartych, klasycznych frazesów, ale w przeciwieństwie do wielu innych poradników, tutaj pod ich warstewką skrywa się coś wartościowego.


Po odsianiu całej otoczki trącącej nieco ruchami new age to, co zostaje nam w ręku, okazuje się bardzo rzeczowym, pomocnym i pożytecznym tekstem. Nie jest to poradnik o tym, jak zostać najlepszym maczo w okolicy albo największym twardzielem na osiedlu. Nie dowiesz się z niego, jak stać się prawdziwym dżentelmenem albo jak sprawić, by panny mdlały na twój widok. Nic z tych rzeczy – i całe szczęście. To raczej odpowiednik poważnej rozmowy z ojcem dla tych z nas, którzy mogli nie mieć nigdy okazji, by o paru sprawach coś szczerze usłyszeć, a zarazem zbiór prostych reguł, które warto mieć w pamięci. Polecam – nawet tym z was, którzy uważają, że mają wszystko w życiu ogarnięte. To dobra, krzepiąca lektura i chociaż jak każdy poradnik rozwoju osobistego trzeba ją poddać pewnej selekcji informacji, może okazać się krokiem we właściwym kierunku dla tych z was, którzy z jakiegoś nienazwanego powodu nie czują się w życiu szczęśliwi.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękujemy wydawnictwu Helion.

Dane ogólne:
Tytuł: Rozmowy męsko-męskie, czyli jak odnaleźć w sobie prawdziwego mężczyznę
Autorzy: Bogusław Stępień, Albert Szymański
Wydawnictwo: Helion - Sensus
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 160

czwartek, 23 marca 2017

„Otchłań bez snów” Petera F. Hamiltona

Wszechświat może nie być nieskończony, ale na pewno jest olbrzymi – a w swoich wielkich niż cokolwiek innego trzewiach bez wątpienia skrywa tajemnice, cuda i dziwy, o których nie mogło się nam nawet przyśnić. Niektóre z tych dziwów bez wątpienia mogą stanowić dla nas zagrożenie, w dodatku takie, które trudno pojąć, a z którym walczyć byłoby jeszcze trudniej. Tym gorzej, jeśli czoła mu trzeba będzie stawić bez pomocy czadowych zabawek futurystycznej techniki. Przed właśnie takim zadaniem stanąć musi Vuko Drakka... Wróć, stanąć musi Nigel Sheldon, bohater nowej powieści Petera Hamiltona – oto „Otchłań bez snów”, książka, którą autor wznawia swoją rozpoczętą przed wieloma laty serię science-fiction.

Rok 3326. Ludzkość sięgnęła gwiazd i rozproszyła się po licznych zdatnych do zamieszkania planetach, zabierając na nie swoje małe animozje i wojny. Niepewny porządek jest jednak zagrożony przez tajemnicze zjawisko rodem z centrum galaktyki – Pustkę. Pustka rozszerza się, zaś kontakt z pochłoniętymi przez nią statkami po prostu się urywa. Dobrze już znany protagonista serii, Sheldon, ponad tysiącdwustulatek, jeden z założycieli Wspólnoty i konstruktorów pierwszego wormholu (co to za tłumaczenie, ja się pytam?!) zostaje odwiedzony przez rasę tajemniczych obcych. To oni, Raiele, od tysiącleci stoją na straży Pustki i toczą wojnę z zamieszkującymi ją Upadłymi – Nigela zaś namawiają, by dał się posłać do środka z misją zwiadowczo-szpiegowską, której powodzenie może pozwolić na to, że raz na zawsze zażegnane będzie niebezpieczeństwo. Znużony zbyt długą egzystencją Sheldon odkrywa, że Pustka rządzi się zupełnie innymi prawami niż reszta znanego mu Wszechświata – na przykład... działają tam telepatia i psychokineza.

Pomysł – mariaż fantasy i science-fiction polegający na osadzeniu akcji w specyficznym miejscu, które rządzi się niezwykłymi, niezrozumiałymi prawami – jest może i nietuzinkowy, ale nie odkrywczy. Na tym samym motywie opiera się jedna z moich ulubionych powieści polskiej fantastyki, czyli „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Podobieństwa są, ale niezbyt daleko idące. Przede wszystkim...

...w innym tonie utrzymana jest narracja. Ta od samego początku uderza niczym cegła w twarz ilością niezrozumiałego technobełkotu, który skutecznie przesłania wszelką akcję. Prolog pokazuje nam losy ludzkiej misji badawczej, która setki lat wcześniej w stosunku do akcji w utworze udaje się w Pustkę, by tam zaginąć, wcześniej odkrywszy część z dziwnych praw, jakimi rządzi się lokalny fenomen. Jej członkowie zaprezentowani są szczątkowo i trudno choćby przejąć się nagłą śmiercią choć jednego z nich, zaś topornie – i błędnie! - używany pseudonaukowy żargon znacznie spowalnia akcję i burzy wszelki klimat. Trochę jak u Herberta pojawia się mnóstwo obcych, niezrozumiałych pojęć odwołujących się do stanu wiedzy technologicznej w znanym Wszechświecie – te zrozumiałe będą od razu prawdopodobnie wyłącznie dla stałych czytelników serii Hamiltona. Nowy czytelnik natomiast zgubi się w nich całkowicie, zastanawiając się przez długi czas, czym właściwie są ZANdroidy, albo co to znaczy, że bohaterka przeszła swoje pierwsze sekwencjonowanie sto lat temu – to właśnie miałem na myśli, mówiąc o błędnej terminologii: nie chodzi bowiem o sam żmudny proces poznania jej struktury genetycznej, ale o... jej modyfikację. Po co silić się na używanie fachowej terminologii, jeśli robi się to źle? Co więcej, bohaterowie-naukowcy prześcigają się widocznie w tym, kto w swoich wypowiedziach zawrze jej więcej. W efekcie nie dowiadujemy się z nich kompletnie niczego ani na temat komentowanej przez nich sytuacji, ani na temat ich samych. Poza tym wychodzi to strasznie nienaturalnie - ludzie przecież tak nie mówią, do cholery!

Pierwsze sto dwadzieścia stron opisujące tragiczny koniec wyprawy czyta się dokładnie tak – tragicznie. Później jednak akcja przenosi się wiele lat później i do Nigela, a wtedy powieść rozpoczyna długi i trudny proces rehabilitacji po kiepskim pierwszym wrażeniu. Chociaż Nigel jako bohater wydał mi się tragicznie wręcz bezpłciowy (to samo powiedziałbym o rasie obcych-strażników galaktyki – ci wydali mi się trącić sztampą), myślę, że może to być klasyczna skaza powieści osadzonej w znanym już czytelnikom uniwersum – postać zaprezentowały szczegółowo poprzednie pozycje z serii, a kierując nową odsłonę do starych czytelników zapewne pominięto to, co mogło się wydawać zbędną ekspozycją. Pod względem języka robi się nieco lepiej, akcja jest ciut ciekawsza, wokół wydarzeń osnuto też nawet całkiem niezłą intrygę, choć jej przebieg okazuje się dość łatwy do przewidzenia. Pustka, zamieszkana przez potomków różnych ekspedycji naukowych, którzy musieli się dopasować do dziwnych realiów, też ma swój ciekawy, specyficzny klimacik, który mimo operowania raczej trudnym w odbiorze językiem udało się autorowi wytworzyć i utrzymać. Zamieszkujący ją ludzie żyją inaczej niż „na zewnątrz”, także mają swoje dążenia i plany, śmiesznie małe w porównaniu z ludźmi Wspólnoty – przyznaję jednak, że ta część Hamiltonowskiego Wszechświata przekonała mnie do siebie bardziej niż cała reszta razem wzięta, z jej wypełniającą nieśmiertelność rozbuchaną technologią o długich i dziwnych nazwach, i archetypicznymi ufokami.

Sam nie wiem, jaki werdykt wydać na „Otchłań bez snów”. Z jednej strony początkowe wrażenie robione przez powieść jest słabe i nie jest wykluczone, że wielu czytelników odbije się od niej właśnie w tym momencie. Zaprezentowana w serii wizja przyszłości też nie ma w sobie zbyt wielu rzeczy, które byłyby wyjątkowe, interesujące i w stanie przyciągnąć czytelnika. Po przebrnięciu przez pierwsze dwieście stron nabiera rozpędu, nie mogę jednak powiedzieć, że – choć niezła – i ta jej część przekonała mnie całkowicie na swoją korzyść. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z typowym amerykańskim science-fiction z gatunku space opery, ale z niewielkim urozmaiceniem w postaci świata, w którym nie działa zaawansowana technika. Akcja jest wartka i rozwija się ciekawie, ale radość z niej trochę psują pozbawieni ikry bohaterowie. Przeczytać można, ale raczej nie będzie to powieść, do której za parę lat wrócę z radością, jak to miało miejsce w przypadku innej książki wspomnianej w tym tekście.


Za udostępnienie egzemplarza książki do recenzji - dziękujemy wydawnictwu Zysk i S-ka.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The Abyss Beyond Dreams
Autor: Peter F. Hamilton
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 764

środa, 22 marca 2017

„Kot, który spadł z nieba" Takashi Hiraide

Mówi się, że ten, kto nie lubi kotów, po prostu nie miał nigdy szans spędzić z nimi choć odrobiny czasu. Świat dzieli się na kociarzy i psiarzy (z odskocznią w kierunku fanów świnek morskich czy szczurów), którzy potrafią prowadzić ze sobą zażarte boje dotyczące tego, które ze zwierząt jest lepsze. Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi – osobisty odbiór charakteru danego pieszczocha jest tym, co decyduje o relacji, więc nie raz zdarzy się, że zatwardziały psiarz pokocha kociaka pomimo początkowego dystansu. I chyba w tym tkwi cała tajemnica – by dać sobie i zwierzęciu czas na nawiązanie kontaktu, wyjście ze skorupy, w którą pakuje nas ostrożność i dotarcie do siebie nawzajem. Potem pozostaje już tylko bezgraniczne oddanie i przyjaźń, którą kończy śmierć jednego z partnerów. W uczuciach, jakie budzi w nas kot, tym związku, dostrzeganiu indywidualnych cech charakteru i przywiązywaniu się jest coś pięknego, coś, co czyni człowieka lepszym – dla siebie i dla innych. Tematy te porusza też książka, którą mam przyjemność przedstawić – „Kot, który spadł z nieba” Takashiego Hiraide.

Pewna para, która dopiero co wprowadziła się do małego domku w Tokio położonego w cichej, spokojnej, choć niezbyt bogatej okolicy, któregoś dnia obserwuje, jak mieszkający obok chłopiec spotyka małego kotka. Przybłęda ujmuje go swoim wyglądem i przemiłym charakterem, rodzina postanawia więc go przygarnąć. Chibi, bo tak na imię dostaje zwierzak, szybko zaprzyjaźnia się ze wszystkimi w okolicy, wędrując po przylegających do siebie podwórkach i to pomimo niechęci właścicielki domków, która kategorycznie sprzeciwia się obecności w nich zwierząt. Małżeństwo jednak nie wygania kotki, gdy ta z ciekawości zagląda i do nich, wręcz przeciwnie – z czasem nawiązują znajomość, stawiają futrzakowi pudełko w kącie pokoju, miskę z jedzeniem, dają jej też możliwość wchodzenia i wychodzenia kiedy chce, w końcu nie chcieliby, by ktoś posądził ich o próby zawłaszczenia cudzego zwierzęcia. Chibi szybko zyskuje przyjaciół, nawet starsza pani przekonuje się do niej. Obserwowanie kocich zachowań, wnioskowanie na ich podstawie o nastrojach i potrzebach kotki dadzą im wszystkim sporo okazji do rozmaitych przemyśleń.

Książka jest bardzo krótka, ale pełna emocji. Akcja, chociaż obraca się wokół kota, nie obejmuje tylko i wyłącznie jego – narrator, którym jest bohater, mówi wiele na temat ich obecnego życia, niedoli i radości, planów, które niekoniecznie udało się zrealizować, braku dziecka, którym mogliby się zająć i pracy redaktora, którą wykonują oboje. Życie w Tokio jest drogie, sytuacja finansowa pary pogarsza się w trakcie opowiadania, z powodu problemów zdrowotnych muszą zrezygnować z regularnej pracy i przejść na zdalną, co nie pomaga w podniesieniu się z kryzysu. W tym czasie umiera cesarz, podupada na zdrowiu też mąż właścicielki domków, a wraz z jego śmiercią starsza pani zmuszona zostaje do sprzedania posiadłości. Powoduje to stopniowo pogłębiające się wrażenie smutku i bezsilności, któremu nie sposób się oprzeć w trakcie czytania, potęgowane przez filozoficzne niemal rozważania narratora na temat sensu, celu i dróg, jakie wybiera się w życiu, by przetrwać. Mężczyzna rozważania swoje odnosi do wielu wybitnych umysłów (jak na przykład Machiavelli), łagodząc jednak ich przemyślenia i porównując je do własnej codzienności. Śmierci w książce jest dużo, każda potraktowana w sposób wskazujący na wielki szacunek do tej chwili i człowieka, który umiera – jego sylwetka zostaje nakreślona bardzo dokładnie, autor, ustami bohatera, wspomina ważne chwile z życia każdego zmarłego i mówi o tym, co doprowadziło go do punktu, w którym znalazł się pod koniec życia.

Przedmiotem głównych obserwacji pozostają jednak dwie postacie: żona mężczyzny i Chibi. Na temat relacji ze zwierzętami zarówno swojej, jak i małżonki opowie wiele już na początku, wspominając też, że nigdy nie należał do osób, które darzyłyby wielkim uczuciem koty. To jednak on będzie osobą, która jako pierwsza nawiąże głębszą więź ze zwierzakiem, lubując się jednak nadal w odgadywaniu uczuć, jakie mają wobec siebie obie „panie” – a te bywają różne. Jest on wyjątkowym obserwatorem, zauważającym wiele szczegółów, które zwykle umykają ludzkiemu oku. Potrafi zachwycić się chwilą i delektować się nią przez dłuższy czas – nawet czymś drobnym, jak odbicie obrazu w szybie czy zmienne nastroje otaczających go istot. Powstrzymuje się za to od wyciągania wniosków, nie ocenia – po prostu przedstawia zaobserwowane sceny takimi, jakie je widzi. Jest człowiekiem wrażliwym, martwią go nieporozumienia i niechęć innych, która powstają np. między nim a rodziną, która przygarnęła kotkę, stara się je rozwiązać, mówiąc całą prawdę na temat ich znajomości. Gdy to nie działa, jest bardzo zasmucony.

„Kot, który spadł z nieba” jest opowieścią głęboką, statyczną, ale nie nudną, piękną, ale bardzo smutną. Mówi wiele o przywiązaniu do innych ludzi i zwierząt, relacji, która przynosi wiele dobra i radości w życiu, ale która zawsze kiedyś ma swój koniec. Pozwala dostrzec to, jak wiele rzeczy umyka nam w ciągu dnia, uzmysławia jak niewiele czasu mamy na nacieszenie się bliskimi, którzy są wrażliwi na krzywdy tak samo jak i my, a których doceniamy często dopiero wtedy, gdy odejdą na zawsze. Jest to powieść warta przeczytania, warta każdej uronionej nad nią łzy i choć kończy się szybko, ma w sobie wiele ważnych myśli, nad którymi po prostu nie można przejść do porządku dziennego nie zastanowiwszy się poważnie i nie wyciągnąwszy wniosków.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Neko no kyaku
Autor: Takashi Hiraide
Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 144