Barnim. Woda - zbiórka na polakpotrafi.pl

Dołącz do wspierających i przeżyj przygodę wraz z bohaterami sagi!

Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

piątek, 16 czerwca 2017

Gościnnie: Po drugiej (wydawniczej) stronie


Zirytowałem się. Tak najkrócej można określić mój stosunek do kolejnego posta, w którym blogerka nawala w wydawnictwa jak w worek treningowy. Czas zatem na odpowiedź z drugiej strony.

Na początek się przedstawię – Dawid Wiktorski, znany też jako Fenrir. Spora część czytelników (jeśli nie większość) pewnie mnie już nie pamięta lub nigdy nie poznała. Nic dziwnego, swoją przygodę z blogowaniem zakończyłem ponad dwa lata temu, a trwała ona blisko pięć lat (śmiem twierdzić, że wcale nie szło mi źle). Od ponad trzech lat jestem redaktorem, ponad rok pracowałem w wydawnictwie jako osoba odpowiedzialna między innymi za marketing. Byłem też redaktorem prowadzącym darmowej e-antologii „Geniusze fantastyki”, obecnie prowadzę większy projekt o nazwie „Fantazmaty”. Śmiem zatem twierdzić, że mogę wypowiadać się jako osoba będąca po obu stronach barykady.

1. Dajcie egzemplarz!

Istna mantra powtarzana w każdym poście pod tytułem „Dlaczego wydawnictwa są fuj i dlaczego blogerzy są pokrzywdzeni”. Nie oszukujmy się, większość blogów zakładanych jest z myślą o „darmowych” (tak, wiem, że nie są darmowe, ale nie zamierzam tu czynić analizy tematu) egzemplarzach do recenzji. 

Pragnę zaznaczyć jedną rzecz: nie jestem przeciwnikiem współpracy z blogerami, wręcz przeciwnie! W trakcie blogowania i swojej kariery poznałem spore grono ludzi, którzy naprawdę robią to, co lubią i przede wszystkim robią to z głową. Ale mówię tu o ludziach, którzy nie założyli bloga wczoraj, starają się doskonalić i piszą o tym, na czym się znają. No i oczywiście znają się na samym pisaniu, przynajmniej w jakimś stopniu.

Co zaś można zobaczyć w praktycznie każdym blogowym narzekaniu na wydawnictwa? Że wydawnictwa nie chcą dawać egzemplarzy, że wymagają oddania tekstu w konkretnym terminie, że śmią zgłaszać zastrzeżenia co do jakości (tak tak!), a także że nie odpisują. 

Pragnę teraz zapytać – dlaczego to wydawca jest sprowadzany do roli dostarczyciela książek? Dlaczego ciągle uderza się w wydawnictwa, w ogóle nie myśląc o tym, że może problem leży po waszej stronie? Czy kiedykolwiek pomyśleliście o tym, że wasz blog może nie być atrakcyjny dla wydawcy? Że piszecie o wszystkim i o niczym, że piszecie słabo, że szata graficzna bloga odstrasza na kilometr? Że macie za mały staż, że są ludzie lepsi i bardziej od was doświadczeni?
Nie sądzę.

Podczas pracy w wydawnictwie otrzymywałem całkiem sporo zgłoszeń od blogerów, którzy chcieli podjąć współpracę. Pół biedy, jeśli za entuzjazmem szły przynajmniej konkretne zainteresowania, można było sprawdzić delikwenta i zaprosić do współpracy (ale nie zawsze, wielu osobom odmówiłem). Nie ukrywam, że istniały też wiadomości typu „generalnie to nie chcę nic konkretnego, co dacie do recenzji, to wezmę z chęcią”, które pozostawiały mnie z uczuciem zażenowania – książki to „produkt” bardzo różnorodny i ciężko mi zrozumieć tak lekceważący stosunek zarówno do autorów, jak i wydawcy. Za każdym tytułem stoi sztab ludzi, który zajmował się tekstem – za każdym razem proces wydawniczy wyglądał inaczej, za każdym razem książka znajdzie innych odbiorców. Tymczasem w powyższym scenariuszu wszystko sprowadzało się do „daj książkę, byle za darmo”. Pewnie nawet książkę kucharską mógłbym mu wcisnąć, gdybym był za promocję takiej odpowiedzialny.

Nie oszukujmy się – znaczna część blogosfery nie jest atrakcyjna dla wydawców, szczególnie jako część promocji książki. Realne zasięgi są niewielkie, ogromna większość ruchu jest generowana wzajemnie przez blogerów, a z roku na rok cała ta internetowa społeczność jest wyszydzana coraz mocniej. Nie bez powodu – blogi wartościowe dosłownie są zalewane potokiem chały.

Pragnę też podkreślić, że czasami na maile nie otrzyma się odpowiedzi – w istocie. Czy ktoś  w ogóle zastanowił się, że pracownicy marketingu wcale nie czekają z herbatką w dłoni na wasze maile? Nie twierdzę, że sytuacja z nieodpisywaniem jest okej, ale zrozumcie, że obowiązków jest tona, przychodzących maili (znacznie ważniejszych niż „dajcie egzemplarz X!”) jeszcze więcej. Czasami zapomni się odpisać, czasami zostawi to na później, które już nigdy nie nastąpi, bo mail zostanie przykryty setką kolejnych. Taka specyfika branży – nie odpisali wam? Przypomnijcie się. Nie odpisali ponownie? Zostawcie, brak odpowiedzi też jest odpowiedzią, nawet jeśli niekoniecznie miłą.

2. Wyzysk, wszędzie wyzysk!

Blogerzy bardzo często narzekają na to, że nikt im nie płaci, że poświęcają swój czas i umiejętności (nawet jeśli tych ostatnich brak), a wydawnictwa to krwiopijcze szuje. 

Czy ktokolwiek zmuszał was do akceptacji warunków? Pytam, bo autorami takich komentarzy bardzo często są osoby, które same z siebie zgłaszają się do wydawnictw, a nie na odwrót.  

Zrozumcie – złą sytuacją jest, gdy wydawnictwo próbuje z blogera zrobić tubę reklamową, ale jeszcze gorszą, gdy bloger oskarża wydawnictwo, że bezpośrednie zabiegi mające na celu zdobycie odrobiny więcej klików (kanały społecznościowe, zdjęcia etc.) nie są dla blogera, a dla wydawcy.

Tak, bloga książkowego zmonetyzować w Polsce cholernie trudno, jednak weźcie pod uwagę, że to wy założyliście bloga. To wasz blog i to wy decydujecie, ile czasu chcecie mu poświęcić. Jeśli coś nie sprawia wam przyjemności i wypatrujecie tylko wymiernych zysków, to dlaczego w ogóle pojawiają się oskarżenia pod adresem wydawców, którzy na taki układ przystępują? Pamiętajcie, że zarówno bloger chce mieć coś z tego układu (książka do recenzji), jak i wydawca (tekst i reklamę). I fakt, że nikt nie płaci za recenzję nie oznacza, że macie prawo do napisania tekstu na „odwal się”. 

Fakt, gros marketingowców nierzadko nawet nie wie, jaką książkę reklamuje i nie zwracają uwagi na karygodne błędy w recenzji (pomińmy już aspekt braku wiedzy na temat samych recenzji), ale wciąż to wy jako autorzy tekstu jesteście zobowiązani do dbania o ich jakość. Reagowanie na krytyczne komentarze odpowiedziami typu „Nie podoba się? Nie czytaj” albo moim ulubionym „To Pańska opinia i ma Pan do niej prawo” tylko wbija kolejne gwoździe do sporej trumny. Olewajcie hejt, ale nauczcie się, że krytyka i wskazanie błędów w tekście (szczególnie gdy robi to ktoś z większą od was wiedzą) przyniesie plusy.

Nadmienię jednak, że nie oznacza to, że można pleść, co ślina na język przyniesie i nie konsultować np. wpisów o wydawnictwach przed publikacją – bo sporo takich zawiera wierutne bzdury, w które uwierzą osoby bez żadnej wiedzy na ten temat. Skonsultować się z osobami z branży naprawdę nie jest trudno, trzeba tylko chcieć.

3. Kontynuujcie serię!

Zdecydowanie uwielbiam ten punkt. Praktycznie nikt nigdy nie zastanowił się, dlaczego sytuacja z wieloma seriami wygląda, jak wygląda.

Wydawnictwo to firma, a zadaniem firmy jest zarabiać – jeśli sprzedaż jest niewystarczająca (a taką można tylko przewidywać, w praktyce przypomina to bardziej rosyjską ruletkę), to trudno wymagać od wydawcy, by za niewystarczające zainteresowanie czytelników dopłacał do wydania całej serii. Tym bardziej, że koszty związane z wydaniem książki to nie równowartość kieszonkowego, lecz gruba kasa – w wariancie bardzo optymistycznym i niskonakładowym? Kilkanaście tysięcy złotych. Bardziej „rynkowe” warunki to już kilkadziesiąt tysięcy. Dobrą połowę kwoty zabierze dystrybutor, zostaje połowa, z której trzeba opłacić koszty procesu wydawniczego (wspomniane wyżej kwoty), ale także funkcjonowanie wydawnictwa (bo czynsz, rachunki i pracownicy kosztują), a i jeszcze fajnie byłoby wyjść na plus, nie na zero.

Dlaczego w ogóle uważacie, że wydawca robi wam na złość decyzją o niekontynuowaniu serii? Naprawdę nikt nie będzie dopłacał ciężkiej kasy tylko po to, by co najwyżej kilkadziesiąt osób mogło przeczytać tekst po polsku (a tak najczęściej wyglądają wszystkie zmasowane akcje mające na celu wywarcie na wydawcy nacisku). 

Tak, nie lubię przesady (bo wszyscy wiemy, że jedna z czołowych polskich oficyn swego czasu zaczęła multum serii i nie skończyła prawie żadnej, ale to już typowa przesada w drugą stronę), ale, na litość, zrozumcie, że wydawnictwo nie jest instytucją charytatywną. Macie prawo być rozgoryczeni, nie macie prawa wyzywać pracowników wydawnictwa (tak, takie sytuacje mają miejsce).

4. Nie tykać!

To chyba najgorsze, co w ogóle ma miejsce w blogosferze i zjawisko narasta od dłuższego czasu – uzurpowanie sobie statusu świętych krów, których nie można w ogóle tknąć. Jakakolwiek krytyka w kierunku pojedynczej osoby/całej blogosfery? Natychmiastowe zwarcie szeregów i plucie jadem w stronę krytykującego, że nie miał prawa, że mógł kogoś urazić/obrazić/zrazić/zranić. Czy kiedykolwiek skończyło się to choć odrobiną refleksji, że może coś jest do zmiany, że może czas na zmiany? Nawet jeśli tak, to w przypadku jednostek, nie w przypadku grupy. Przykładów daleko szukać nie trzeba – wszyscy pamiętają aferę z jednym mało przyjemnym twórcą (nazwiska nie podam, coby reklamy nie robić). Miał prawo uważać recenzję za złą. Czy ktokolwiek w ogóle wziął pod uwagę taki scenariusz? Nie, na językach było tylko jego zachowanie, natomiast jakością recenzji jego ofiary nie zainteresował się zupełnie nikt. 

Nie tak dawno inny twórca w swoim felietonie wspomniał jedną z recenzji swojej powieści – nazwisko i tytuł także są nieistotne. Istotna jest reakcja blogosfery, w której rozbrzmiały ryki oburzenia, że jak to śmiano naruszyć święte prawo recenzenta do własnego zdania!

Czasami lubię przejrzeć recenzje redagowanych przeze mnie tytułów – z ciekawości, jak inni odebrali to, nad czym pracowałem i czy moje poprawki miały realny wpływ na odbiór książki. Pominę już fakt, jak wiele razy można znaleźć w recenzjach fałszywe informacje lub interpretacje dosłownie z kosmosu, bo o tym można by pisać bardzo długo. 

Jaki jest tego efekt? W wydawcę (a pośrednio w autora) mogą uderzać wszyscy. A co z blogerami? Czy można krytykować krytykującego? Reakcja blogosfery (nie pierwsza, nie druga i nawet nie trzecia) każe sądzić, że absolutnie nie. Naprawdę nie należy się zatem dziwić, że blogosfera jest odbierana w sieci niezbyt pozytywnie.

5. Bo tylko ci popularni mają dobrze!

Skąd bierze się popularność poszczególnych blogów? Jest kreowana w sporej mierze przez… innych blogerów. Wystarczy zajrzeć w komentarze pod losową recenzją – festiwal nic nieznaczących komentarzy, które mają za zadanie głównie pokazać, że ich autor w ogóle istnieje i może gdzieś tam sobie bloguje. Wydawcy – mimo wszystko – w znacznej mierze zależy na dotarciu z tytułem do jak największej grupy odbiorców. Efekt? Czasami wręcz na siłę nie wspiera się dobrych, lecz popularnych, którzy stali się popularni dzięki innym blogerom. I nakręca się spirala – bloger jest wielbiony przez grono maluczkich, którzy przyklasną największym bzdurom, jakie wyjdą spod jego pióra. Jest to bardzo dobrze widoczne we wszystkich postach krytykujących wydawnictwa – chyba nie widziałem blogera, który publicznie zastanowiłby się nad zasadnością oskarżeń, czy nie są one tylko wymysłem autora.

6. Nikt nam nie zagrozi

To już raczej forma podsumowania – w świetle tego, że bardzo wielu blogerów wciąż uważa, że to wydawcy powinni być na ich zawołanie. Otóż nie – internet jest bardzo dynamicznie zmieniającym się tworem i obecnie blogosfera książkowa zaczęła być w odwrocie. Potwierdzają to rozmowy z osobami z branży, potwierdzają to ostatnie ruchy większych oficyn w ograniczeniu liczby egzemplarzy recenzenckich dla blogerów. 

Czas sobie uświadomić, że blogosfera książkowa w obecnym kształcie nie ma przyszłości poza byciem środowiskiem dla ludzi lubiących pisać o czytaniu. Pojawia się coraz więcej innych kanałów promocji książek, a blogi tracą na znaczeniu z bardzo prostego powodu – nie są w stanie zainteresować czytelnika innego, niż tego wywodzącego się z tej samej internetowej społeczności. Innymi słowy: mamy do czynienia z wężem zjadającym własny ogon.

Dawid „Fenrir” Wiktorski
Kontakt: dawidwiktorski@gmail.com

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Jen Sincero „Jesteś Kozak! Uwierz w siebie i zacznij żyć pełnią życia”


Trudno być szczęśliwym w nowym, pięknym dwudziestym pierwszym wieku. Przynajmniej tak można sądzić, zważywszy na to, jak wiele na rynku wydawniczym pojawia się rozmaitych poradników, których autorzy próbują nauczyć nas, jak być szczęśliwymi, żyć pełnią życia, odkryć wewnętrzną harmonię, wszystko sobie poukładać. Kryje się za tym prosta logika – ktoś musi to przecież czytać, skoro gatunek cieszy się aż tak dużą popularnością, że wciąż i wciąż pojawiają się nowi nauczyciele szczęścia z kolejnym zestawem praktycznych mądrości, mających uwolnić twój (tak, twój, nie kogoś innego!) wewnętrzny potencjał do bycia pięknym, mądrym, przebojowym i bogatym. Mało optymistyczną rewelacją jest za to taka, że... Wraz z przesyceniem się rynku popyt powinien słabnąć – a nie słabnie. Przybywa poradników, a nie przybywa szczęśliwych ludzi, więc nadal przybywa poradników. Czy rozwiąże to kolejna pozycja wydawnictwa OnePress? Przekonajmy się: oto „Jesteś Kozak! Uwierz w siebie i zacznij żyć pełnią życia” autorstwa Jen Sincero.

Na samym początku jedno spostrzeżenie – polski tytuł tej pozycji być może nie do końca oddaje ideę, która stała za nim w oryginale. Słówko „Kozak” dość powszechnie i raczej przykro kojarzy się przecież z osiedlowymi wirachami, których szczytowym osiągnięciem jest naparzanie się po facjatach na sobotnich potańcówkach przy techno (ciut rzadziej natomiast – ze zbrojną formacją rozrabiaków wywodzącą się z Ukrainy od XVI do XVIII wieku, też nieszczególny powód do dumy). Użytym w oryginalnym tytule publikacji słowem jest „badass”, tyle że akurat nie ma ono polskiego odpowiednika (przynajmniej oficjalnego – spotkałem się z ciut lapidarnym tłumaczeniem „złodupiec”, ale... ech), stąd myślę, że tłumacz mimo wszystko poradził sobie całkiem nieźle. Co to więc znaczy „badass”? Słowo to spopularyzowało się mocno w ciągu ostatniej dekady, a jego pierwotne znaczenie uległo pewnemu rozwodnieniu, gdyż bywa tak nazywane wszystko, co budzi jakiekolwiek pozytywne odczucia. Tymczasem „człowiek o złej dupie” to po prostu osobnik twardy, bezkompromisowy, niedający sobą pomiatać, ktoś, kto zna swoją wartość i nie boi się jej egzekwować. Jak więc, zdaniem pani Sincero, mieć złą dupę, to znaczy oprócz nabawienia się zmian zwyrodnieniowych części lędźwiowej kręgosłupa lub stawu biodrowego, bądź hemoroidów?

Poradnik zaczyna się obiecująco – autorka opowiada o swoich doświadczeniach w poszukiwaniu szczęścia w życiu, o dziesiątkach odbytych kursów i seminariów, na których nasłuchała się różnych głupstw, a które i tak nie sprawiły, że jej życie nabrało właściwego kolorytu. Ponura, zamartwiająca się o wszystko, radząca sobie nieźle, ale uważająca gdzieś w środku, że „nieźle” to mało – życiowe, prawda? Jak z takiej sytuacji przeszła na zupełnie przeciwny biegun? Nie precyzuje, ale twierdzi, że pierwszym etapem musi być podjęcie decyzji o chęci zmiany. Trzeba przestać marzyć, a zacząć planować – przestać gdybać, zacząć działać.

Pierwszy rozdział stanowi napisany z jajem, humorem i polotem zestaw właśnie takich porad, które są oczywiste dla każdego, po prostu piekielnie trudno na nie wpaść. Sincero wskazuje na to, jak ważne są podświadome przekonania, które wpojono nam we wczesnych latach życia oraz jak mogą one w destruktywny sposób oddziaływać na nasze dążenie do szczęścia. Nie jest to podręcznikowa psychoanaliza, bardziej bycie szczerym wobec samego siebie i praktyka trudnej sztuki słyszenia własnych myśli, rozumienia własnych dążeń i pragnień. Styl autorki jest lekki i sympatyczny, różne pomysły przeplata anegdotami wyrwanymi z własnego życia, co kojarzy się nieco z przyjacielską pogawędką przy piwie. Sincero nie usiłuje mędrkować, pouczać, nie sili się na profesjonalny, pretensjonalny ton, z jakiego znani są rodzimi „kołcze”, nie próbuje podpierać się bzdurnymi teoryjkami z rodzaju „amerykańscy naukowcy” i jeszcze nazywać tego psychologią. To jest w porządku i za to ogromnie autorkę szanuję.

Niektórzy z naszych czytelników pewnie czekali na ten moment. Wykrakaliście, no to macie – po tak zachęcającym wstępie zaczyna się standardowa wyliczanka: pozytywne myślenie, afirmacja, zaklinanie rzeczywistości, jeszcze raz afirmacja, jedność z Kosmiczną Energią. Innymi słowy – wszystko to, co proponuje każdy inny życiowy doradca, chociaż napisane nieco przystępniej. Z oceanu zdegenerowanej mądrości Wschodu da się sporadycznie wyłowić jakiś wartościowy aforyzm. Autorka przynajmniej wydaje się wierzyć w to, o czym pisze, zamiast po prostu kopiować cudze pomysły celem „programowania” swojego życia na „większą mamonę”, jak to robią niektórzy, także z naszego podwórka. Ba, to prawdopodobnie pierwszy tego typu poradnik, w którym możemy uświadczyć czegoś na kształt bibliografii, zaś seminaria obowiązkowo polecane na ostatniej stronie wyjątkowo nie są prowadzone przez samą autorkę (mimo że sama takie eventy prowadzi), stanowiąc jedynie wyliczenie tych, które szczególnie się jej spodobały. W zalewie podobnych poradników takie szczere, rzeczowe podejście do tematu to rzadkość.

Jak więc treść poradnika Jen Sincero ma się do jego tytułu? Mówię to z niekłamaną przykrością, ale po lekturze „You Are A Badass”, moja dupa ma się wcale nie gorzej niż wcześniej. Nie mogę za to powiedzieć, że czytało mi się nieprzyjemnie – „Jesteś kozak!” jest książką ciepłą, pozytywną i radosną. Nie twierdzę, że zmieni twoje życie – to zarezerwowane jest dla wielkich myślicieli czasów już dawno minionych i to tam powinno się szukać odpowiedzi, a nie w kolorowych paperbackach AD 2017 – ale jeśli poradniki „jak żyć”, pozytywne myślenie, afirmacja i poczucie jedności z Kosmosem to twoja rzecz, ten wydaje się być całkiem niezły.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy wydawnictwu One Press.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: You Are A Badass: How to Stop Doubting Your Greatness and Start Living an Awesome Life
Autor: Jen Sincero
Wydawnictwo: OnePress
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 272

środa, 7 czerwca 2017

Stanisław Lem - „Planeta LEMa. Felietony ponadczasowe”

Stanisław Lem po dziś dzień pozostaje najbardziej znanym za granicą polskim fantastą. Jego powieści przetłumaczono na niemal czterdzieści różnych języków, zaś ich łączny nakład w pewnym momencie przewyższył liczbę obywateli naszego kraju. Autor “Solarisa”, “Cyberiady” czy “Dzienników Gwiazdowych” jest pierwszym twórcą science-fiction, jakiego poznają polskie dzieci w wieku szkolnym. Mimo to zaskakująco niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Lem to nie tylko fantastyka. Do dorobku literackiego autora zaliczają się także rozliczne eseje filozoficzne, futurologiczne oraz, przede wszystkim, publicystyka naukowa. To właśnie całokształtowi publicystycznej twórczości naszego rodaka poświęcona jest nowa pozycja proponowana przez Wydawnictwo Literackie – oto „Planeta Lema. Felietony ponadczasowe”.

Książka zawiera 85 tekstów największego z polskich fantastów, publikowanych w latach od 1954 do 2005. Artykuły te podzielono na pięć tematycznych części. W pierwszej z nich, zatytułowanej “Kultura”, zgromadzono teksty autora na ogół tematów związanych – przede wszystkim, choć nie tylko – z literaturą. Poznamy więc poglądy Lema na twórczość wielu współczesnych mu pisarzy dzisiaj uznawanych za klasyków – dowiemy się, jakie były jego wrażenia po lekturze “Dżumy” Camusa i co właściwie ma w sobie Sienkiewicz, czego nie mają inni twórcy. Teksty na tematy okołoliterackie zdecydowanie zasługują na uwagę przede wszystkim dzięki niewiarygodnym zdolnościom ich twórcy do rozkładania przeczytanych przez siebie pozycji na czynniki pierwsze i analizowania ich rozmaitych walorów – ta właśnie dociekliwość i analityczność będzie dawać o sobie znać w wielu innych felietonach i jest jedną z najbardziej atrakcyjnych cech Lemowego pisarstwa w ogóle. Jednak “Kultura” to nie tylko literatura – to także komentarze do zmieniającej się rzeczywistości przełomu dwóch wieków i dwóch ustrojów. Co Lem sądził o telewizji satelitarnej, amerykańskiej science-fiction albo pewnym serialu z Davidem Hasselhoffem i czarnym pontiakiem w roli głównej? Tutaj można się tego dowiedzieć.

Część drugą stanowi zbiór tekstów z kategorii publicystyki naukowej, zatytułowany po prostu “Nauka”. Jest to najdłuższa składowa “Planety Lema”, co nie powinno dziwić – zawiera bowiem teksty i najobszerniejsze, i najbardziej wnikliwe, dowodząc rozlicznych naukowych pasji ich twórcy. Różnorodność podejmowanych tu tematów jest olbrzymia – od początków “ery atomowej” i dziejów projektu Manhattan z dokładnym opisem tego, jak obie strony konfliktu w czasie drugiej wojny światowej dążyły do atomowej supremacji, poprzez cykl sześciu wykładów poświęconych możliwości (czy raczej jej braku) spotkania ludzkości z rasą pozaziemską, a kończąc nawet na artykułach z dziedziny genetyki, ewolucjonizmu czy paleontologii. Pojawi się nawet jedna lub dwie próby rozliczenia z paranaukową szarlatanerią spod szyldu Uri Gellera czy Kaszpirowskiego. Ogrom wiedzy w połączeniu ze zdolnością dogłębnego spojrzenia i pełnym humoru stylem opowiadania czyni z tych tekstów nie lada gratkę dla każdego, kto ceni sobie rozważania na tematy związane z naukami ścisłymi.

Teksty nieco bardziej przyziemne znajdziemy w dwóch z kolejnych części zbioru – będą to “Wydarzenia” oraz “O sobie”. O ile rozpiętość tematów w poprzednich rozdziałach robiła wrażenie, chociaż dało się je zamknąć we wspólnej kategorii, te dwa nie mają ścisłego wspólnego mianownika. W pierwszym z wymienionych możemy, między innymi, poznać refleksje Lema na temat zamachów z 11 września 2001 r., dowiedzieć się, co pisarz myślał o protestach przeciwko otwarciu elektrowni atomowej w czeskim Temelinie, albo co sądził o polityce zagranicznej putinowskiej Rosji. Druga traktuje o bardziej osobistych przeżyciach autora, zarówno tych ważniejszych, jak i bardziej prozaicznych – wrażenia po obejrzeniu ekranizacji swojej najważniejszej powieści (chodzi, oczywiście, o “Solaris”) czy… obserwacje z zachowań ludzi stłoczonych u wejścia na kolejkę linową na Kasprowy Wierch, usiłujących dostać się na górę na wiele rozmaitych sposobów.

Swoistą wisienką na szczycie tortu jest “Przyszłość”. Stanisław Lem był szeroko znany między innymi ze swojej działalności na polu futurologii. Zawarte tu felietony stanowią dowód jego biegłości w dziedzinie ekstrapolacji, zaś możliwość zestawienia jego przypuszczeń sprzed dwóch dekad ze stanem faktycznym świata AD 2016 budzi zarówno fascynację, jak i szczery niepokój. Starcie kultur, rozchwianie klimatyczne, masowe zidiocenie – to tylko kilka z bardziej oczywistych prognoz, które okazały się aż zbyt trafne. A jest ich jeszcze więcej. Czy rzeczywiście dane nam będzie wyruszyć na podbój gwiazd? Gdzie leży granica rozwoju technologicznego? I na te pytania autor ma swoje odpowiedzi. Czy równie trafne? Czas pokaże.

Kto w życiu przeczytał choć jedną powieść Lema, ten z grubsza wie, czego może spodziewać się po tym zestawieniu – błyskotliwych analiz, odrobiny inteligentnego humoru podlanego pewną dozą ironicznej kpiny, przytomnego spojrzenia na wiele aktualnych do dziś kwestii z perspektywy zadeklarowanego mizantropa oraz… trochę zwykłego, ludzkiego narzekania. Wszystko to okraszone jest językiem pięknym, kwiecistym i okrągłym – takim, jakiego dzisiaj się już nie spotyka. Sprawia to jednocześnie, że dla jednych „Planeta Lema” będzie źródłem niesłabnących zachwytów, zaś dla drugich, preferujących bardziej dosadne przedstawianie rzeczy, lekturą trudną, może trochę męczącą. Zapewniam jednak (trochę na własnym przykładzie), że i do tego da się przyzwyczaić, zaś trud włożony w zmierzenie się z nią z całą pewnością jest tego wart.

Oczywiście możliwość spojrzenia na różne sprawy z perspektywy Stanisława Lema nie jest najważniejszą, choć nadal istotną, zaletą tej książki. Zbiór tekstów na rozmaite tematy daje przede wszystkim niezwykły, wielopłaszczyznowy wgląd w misterną konstrukcję umysłu pisarza, pozwalając na pełniejsze zrozumienie jego twórczości i dostrzeżenie, jak ewoluowała w miarę coraz większego zrozumienia przez niego rozmaitych kwestii. Zdecydowanie polecam więc “Planetę Lema” każdemu, kto Lema czytał i chciałby wiedzieć więcej. Bo chociaż niektóre z tekstów autor napisał ponad pół wieku temu, nadal niosą one ze sobą powiew świeżej, trafnej myśli i zdrowego rozsądku – wydawałoby się, cechy zamierającej w czasach, w jakich przyszło nam żyć. To rzeczywiście „Felietony ponadczasowe”.


Dane ogólne:
Tytuł: Planeta LEMa. Felietony ponadczasowe
Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 592

niedziela, 4 czerwca 2017

Fantazmaty – nowy projekt darmowej antologii z najlepszymi tekstami fantastycznymi!


Ekipa odpowiedzialna za Geniuszy fantastyki przedstawia kolejny zbiór i… konkurs!

Fantazmaty – tak postanowiliśmy nazwać nasz nowy projekt. Pod tą nazwą kryje się konkurs literacki, który pomoże adeptom pióra zaistnieć w świadomości czytelników, a także antologia, w której stworzenie zaangażowało się już kilkadziesiąt osób.

Przyświeca nam jedna idea – promowanie polskiej fantastyki. Pokazanie, że nie mamy się czego wstydzić w porównaniu do twórców zagranicznych. W związku z tym zapraszamy do udziału w konkursie literackim. Wyłonimy w nim do pięciu twórców, których teksty opublikujemy w antologii. Chcemy dać każdemu dostęp do przygotowanych opowiadań – w związku z tym Fantazmaty, podobnie jak nasz poprzedni projekt (Geniusze fantastyki, wydani w lutym 2016) zostaną udostępnione do pobrania całkowicie za darmo.

Nie trzeba jednak się spieszyć z zasiadaniem do pióra – premierę antologii przewidujemy na wiosnę 2018. Do tego czasu pragniemy przygotować dla was najciekawsze historie, jakie wyjdą spod piór zaproszonych autorów.

W skrócie:
Fantazmaty – rusza fantastyczny konkurs literacki
Fantazmaty – darmowa antologia najlepszej polskiej fantastyki
Wiosna 2018 – przewidywana premiera
PDF, ePub, mobi – antologia będzie do pobrania w wersji elektronicznej

Po dalsze informacje zapraszamy na stronę http://fantazmaty.pl!






piątek, 2 czerwca 2017

More Books #27 Maj - Czerwiec 2017, czyli stos wszystkiego

Znacie to uczucie, kiedy obiecujecie sobie, że w przyszłym miesiącu zwolnicie z gromadzeniem dóbr, ustawiając sobie za priorytet ogarnięcie tego, co już jest na stanie? Ech, ja sądziłam, że maj będzie raczej ubogi w nowe nabytki, tymczasem dzisiaj, poskładawszy wszystko do kupy, odrobinę się przeraziłam. Zrobiło się tego... dużo. Nic nowego, powiecie, ostatnimi czasy w końcu stosiki są tu raczej stosiskami, a my z radością się przez nie przegryzamy. Teraz jednak widnieje przed nami groźba przeciągniętych do ostatecznych granic terminów, więc... przydałby się urlop! A pracy, jak na „złość”, coraz więcej. Nic to, trzeba działać!

Postanowiłam skorzystać z pogody i wynieść inwentarz do zdjęć na podwórko. Dziwnym następstwem tego faktu była słoneczna poświata na większości zdjęć, której nie widziałam na ekranie telefonu. Dlatego też mają takie dziwne kolory - po prostu próbowałam z nich wydobyć co się da, aby wszystko było względnie widoczne.

W majowych stosach królują egzemplarze recenzenckie, tym razem jest jeszcze większy miszmasz gatunkowy. Książki, komiksy, planszówki, a nawet... mangi! Za większą część podziękować muszę portalowi Konwenty Południowe, a reszta... przekonajmy się.

Otóż i stos konwentowy pierwszy - całość jego zawartości otrzymaliśmy dzięki uprzejmości portalu.
1. „Męczeństwo Sabbat”, Dan Abnett, Copernicus Corporation. Łotr bardzo polubił się z serią Duchy Gaunta, a ten tom chyba podobał mu się bardzo, sądząc po tym, że co rusz odczytywał mi fragmenty tekstu.
2. „Zdradziecki Generał”, Dan Abnett, Copernicus Corporation. Dalszy ciąg Duchów Gaunta, jak widać różniący się wymiarem od poprzedniego tomu - tłumaczymy to tym, że to początek nowego wątku. Chyba.
3. „Bitwa o Otchłań”, Ben Counter, Copernicus Corporation. Łotr czyta, jakoś go nie zachwyca, ale i do najgorszych nie należy.
4. „Łowca Czarownic”, C.L. Werner, Copernicus Corporation. Ten z kolei czeka grzecznie na mnie (:
5. „Wyspa Mgieł”, Maria Zdybska, Genius Creations. Nowości starego dobrego GC, czekają w kolejce.
6. „Komandoria 54. Szare Płaszcze”, Marcin A. Guzek, Genius Creations. Intyrgująca pozycja... ale jeszcze chwilkę poczeka, aż się zaległości nadrobią.
7. „Kruger IV. Lis”, Marcin Ciszewski, WarBook. Skończyłam w ostatnich dniach tom 3, czas zabrać się za ostatni (:

Stos 2: ogólny.
8,9. „Misery” i „Zielona Mila”, Stephen King, Ringier Axel Springer Polska. Bo King, bo kolekcja, bo ładne, wreszcie: bo chciałam „Zieloną Milę”, a „Misery” się wzięło przy okazji.
10. „Wołyń. Bez litości”, Piotr Tymiński, Novae Res. Od autora, wzięte z ciekawości, może nie być złe.
11. „Radykalni. Terror”, Przemysław Piotrowski, Videograf. Egzemplarz recenzencki od niedziałającego już portalu Polacy nie gęsi, cóż, ostał się Kotu.
12. „Ostatni”, Andrzej Wronka, self-publishing. Recenzowani przez Łotra dla Polacy nie gęsi. Też zamierzam przeczytać tę książkę.
13. „36 forteli. Chińska sztuka podstępu, układania planów i skutecznego działania”, Piotr Plebaniak, Zysk i S-ka. To dopiero ciekawa książka! Jest kolejnym rykoszetem po Gąskach, recenzja będzie więc na blogu (:
14. „Pan Ciemnego Lasu”, Lian Hearn, Mag. Łotrowy zakup, bo spodobał mu się bardzo pierwszy tom.

Stos 3: mieszany.
15, 16. „Smokopolitan” grudzień 2016 i aktualny numer. Postanowiliśmy jednak spróbować się z prasówką (:
17,18,19,20,21. „Green Blood”, Masasumi Kakizaki, JP Fantastica. Manga! I to jaka! Przepięknie rysowana manga. Aż chce się macać. I czytać.
22. „Wstrząs”, antologia komiksowa, Fantasmagorie. Przekazana mi przez portal Creatio Fantastica, pisałam już parę słów na jej temat (:
23. „Jazda na rydwanie”, Julian Hardy, self-publighing. Od autora, zapowiada się ciekawie.
24. „Fistaszki zebrane t.3”, Charles M. Schulz, Nasza Księgarnia. Ostatnia z pozycji otrzymanych przez nas za pośrednictwem Gąsek, również będzie recenzowana na bloga.

Stos 4: gry!
25. „Rosyjska Ruletka: Mistrzostwa Świata”, wydawnictwo Black Monk. Od portalu Konwenty Południowe, zagrana, zrecenzowana.
26. „Super Munchkin”, Black Monk, również Konwenty Południowe. To jeszcze czeka na granie (:
27. „Ogródek”, Wydawnictwo Rebel, Konwenty Południowe. Polubiłam się z tą gierką - chociaż nie jest wymagająca, to jest lekka i przyjemna. I ma w sobie kociaki!
28. „Doom. The Boardgame“, Fantasy Flight Games, druga edycja. Łotr nie mógł się oprzeć i kupił. Pograliśmy trochę, trzeba przyznać, że przyjemne. I można grać złymi i bić dobrych! :D


Tyle! Ciężko było, ale jaka satysfakcja... 
Widzicie coś dla siebie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

czwartek, 1 czerwca 2017

Miroslav Žamboch „Wilk Samotnik”

Koniasz to jeden z bardziej nietuzinkowych bohaterów fantasy ostatnich lat. Z pozoru bazuje na motywie, który mocno już wyeksploatowano – ot, najemnik, który jest czymś więcej niż bezmyślnym ramieniem do trzymania miecza, zaś w chwilach wolnych od zabijania prócz picia i kobiet ceni sobie dobrą książkę. Miroslav Żamboch obdarzył jednak swojego protagonistę czymś, czego brakuje tuzinowi Drizztów, Fitzów albo Elriców – słowiańską duszą i fantazją. Uczynił go zwykłym człowiekiem, obdarzonym ludzkimi wadami i przywarami, ale jednocześnie podarował mu bycze jaja i nieco polotu. Koniasz jednak miał się ostatnimi czasy niezbyt dobrze – tom opowiadań o jego przygodach, „Krawędź żelaza”, był istnym pokazem literackiej miernoty. Czy kolejna książka opowiadająca o jego przygodach wyrówna poziom do świetnego pierwowzoru? Przekonajmy się.

„Wilk Samotnik” podejmuje akcję w nieokreślonym czasie po wydarzeniach zarówno z „Na ostrzu noża”, jak i „Krawędzi żelaza” – jak pamiętamy, Koniasz zdążył w tym czasie narobić sobie trochę dobrze sytuowanych wrogów. Sukces wyprawy na nieznane ziemie, zakończonej założeniem dobrze prosperującej osady, wywrócił na drugą stronę rynek zboża w Cesarstwie, wydarzenia na Pustyni Gutawskiej zakończyły się niemałym skandalem dyplomatycznym i prawie doprowadziły do wojny… Nic więc dziwnego, że ktoś w końcu postanowił pozbyć się najemnika-wrażliwca. Koniasz dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że jego dni są policzone – i z właściwym dla siebie stoickim spokojem żyje tak, jak żył do tej pory. Rzecz jasna, przyjmując kolejne niebezpieczne zlecenie. Jeden z klanów czarodziejów jest żywo zainteresowany odkryciem położenia sekretnej cytadeli jeszcze sprzed czasów Wojen Magów, które na zawsze odmieniły oblicze świata. Najemnik przybywa więc do Krachtiburga…

…by odkryć, że i w samym mieście dzieje się niemało. Tajemniczy morderca nocami przyozdabia ulice dziesiątkami trupów, ktoś porywa z pozoru niepowiązanych ze sobą ludzi, wszędzie kręcą się śledczy z Konwentu do spraw czarnoksięstwa, a w dodatku ktoś nasłał na Koniasza cały klan wojowników ninja – ktoś, kto też byłby zainteresowany poznaniem zaginionych sekretów magii. Z pozoru niezwiązane ze sobą sprawy bardzo szybko okazują się elementami jednej gigantycznej łamigłówki, której rozwiązanie jest jedyną szansą starego żołnierza fortuny, by opuścić miasto i pozostać przy życiu. Dookoła samotnego wilka zaciska się mordercza pętla – ale tym razem odgryzienie jednej łapy może nie wystarczyć, by wyrwać się z pułapki.

Pierwsze dwie najważniejsze różnicę pomiędzy „Wilkiem samotnikiem” a „Krawędzią żelaza” możemy zauważyć już po przeczytaniu tego skrótu fabuły. Żamboch zrezygnował z formy krótkich opowiadań na rzecz powrotu do dłuższej, powieściowej formy, pozwalając sobie na stworzenie historii dużo bardziej zawiłej, wielowątkowej i, nie ukrywajmy tego, po prostu znacznie ciekawszej. Czuć tutaj bardzo miłą ciągłość z pierwszym tomem cyklu, intryga jest bowiem satysfakcjonująco zawiła i, chociaż dobrze uzasadniona, mało przewidywalna.

Widocznie więcej wysiłku włożył autor w opisywanie wymyślonego przez siebie świata. Wysiłek ten bardzo się opłacił – uniwersum Koniasza sprawia dzięki niemu wrażenie dużo bardziej spójnego i solidnego, zaś bolączki poprzednich jego odsłon, jak choćby sprawiające wrażenie kompletnie wyrwanych ze swojej niszy klany ninja, znacznie mniej rzucają się w oczy. Chyba po raz pierwszy konwencja zostaje też dokładnie określona – dowiadujemy się dużo więcej o Wojnach Magów, które spustoszyły świat setki lat temu. Postapokaliptyczny element uzasadnia wiele smaczków, które dotychczas wydawały się w ogóle nie pasować do pierwotnych założeń – parafrazując jedną z zapowiedzi wydawniczych, „późnośredniowiecznego fantasy, ale z wolnym rynkiem”.

Ku mojemu zdziwieniu, nieźle trzymają się bohaterowie. Sam Koniasz jest tu taki, jakim go polubiłem, a jego wrogowie, choć jawni od samego początku, stosownie diaboliczni i przebiegli. Pojawia się obowiązkowa postać żeńska – ta konkretna wydaje się trochę miałka i mało konkretna, ale tym razem znakomicie wyłamuje się ze schematu „obowiązkowego wątku romansowego”. Jak w „Na ostrzu noża”, wrogowie okazują się czasem przyjaciółmi, a sojusznicy wrogami, co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Na osobną wzmiankę w moim odczuciu zasługują dwie figury. Pierwsza to Bamegi, wysoko postawiony członek klanu ninja na usługach Wielkiego Wojewody Varatchiego. Bamegi jest chłodnym, honorowym (na tyle, na ile można użyć tego słowa wobec skrytobójcy!) profesjonalistą, który, chociaż obarczono go zadaniem wyeliminowania Koniasza, darzy zabijakę dużą dozą profesjonalnego respektu. Ninja ma nieco głębi, ale stworzonej za pomocą rzuconych mimochodem wzmianek bardziej niż nachalnego epatowania – i chyba właśnie ta oszczędna, efektywna jego charakterystyka sprawiła, że tak przypadł mi do gustu. Drugim z ciekawych bohaterów drugoplanowych jest Janick, młody, uważany za głupka posługacz, najniżej w hierarchii swojego klanu – ten właśnie nieszkodliwy dureń zaczyna nagle przejawiać oznaki budzącego się talentu magicznego. Nowa moc bardzo szybko uderza mu do głowy – a jego zachowanie w kapitalny sposób obrazuje powody, które doprowadziły do powołania Konwentu i prześladowań czarnoksiężników w Cesarstwie. Bardzo ciekawy, przemyślany motyw.

Warsztatowo to klasyczny Żamboch w szczytowej formie – świetne sceny starć, oszczędnie dawkowane, ale przemawiające do wyobraźni opisy, wszystko z rzadka okraszone błyskotliwymi dialogami, jeden zwrot fabuły goni drugi, a czytelnikowi nie zostaje ani chwila na nudę, nawet wtedy, kiedy akcja z pozoru zwalnia. Jedyne zastrzeżenia, jakie przychodzą mi do głowy to to, że raz albo dwa Koniasza z opresji ratuje bardzo nieprawdopodobny zbieg okoliczności – autor zastawia na swojego bohatera kapitalną pułapkę, ale chyba trochę brakuje mu pomysłu, jak miałby on z niej wybrnąć i to trochę, nawet jeśli nieznacznie, psuje dobre wrażenie.

Ostatecznie jednak, mimo moich wcześniejszych obaw, „Wilk samotnik” trzyma poziom pierwowzoru. Ma w sobie wszystkie te cechy, za które szczerze uwielbiałem „Na ostrzu noża”, a których brakowało mi w „Krawędzi żelaza” czy „Bez litości”. W ogólnym rozrachunku dostajemy kawał dobrego fantasy, z sympatycznym protagonistą, pomysłową intrygą i toną trzymającej w napięciu akcji. Warto zapomnieć Żambochowi literackie grzeszki poprzednich książek i sięgnąć po tę – Koniasz wrócił i ma się świetnie, a kto ruszy z nim na wyprawę, nawet jeśli nie przeżyje przygody życia, z pewnością nie uzna tego za stratę czasu.


Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Vlk samotář
Autor: Miroslav Žamboch
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 824

środa, 31 maja 2017

Doom: The Boardgame - Crash Space #5

„Doom”. Jako jedna z pierwszych gier produkcji studia ID Software szybko zyskał sobie status kultowej, zaś znawcy gatunku mówią o nim jako o kamieniu milowym, który na długie lata osadził grupę Johna Carmacka na czele stawki. Olbrzymia (jak na tamte czasy!) różnorodność broni i przeciwników, mroczny, ponury klimat, niewiarygodna wręcz dynamika rozgrywki, a także – po raz pierwszy w historii! - możliwość gry przez sieć dla nawet czterech graczy sprawiły, że i dziś, po prawie dwudziestu pięciu latach od premiery, całe rzesze wcielają się w postać bezimiennego żołnierza w zielonym pancerzu taktycznym, rzezającego demoniczne hordy. Wciąż i wciąż powstają kolejne fanowskie rozszerzenia, zaś liczni zapaleńcy prześcigają się w konwertowaniu „Dooma” na kolejne urządzenia zgoła nieprzystosowane do gier wideo – takie jak kalkulatory i lodówki. Po pomyślnym wznowieniu serii w roku 2016 nie mogło być niespodzianką, że prędzej czy później powstanie i inspirowana nowym „Doomem” gra planszowa – temat dzisiejszego tekstu. Zapraszam do lektury!

Doom: The Boardgame” stanowi właśnie to przełożenie kultowej gry komputerowej o naparzaniu do demonów z piekła za pomocą ostrej amunicji, na grunt kostek, plansz i figurek. Ponieważ jednak model zręcznościowej strzelanki kiepsko się na nim sprawdza, do tego, co właściwie dostajemy w obszernym pudle ozdobionym grafikami z komputerowego oryginału, bardziej pasuje termin „zespołowa gra taktyczna”. Gracze w liczbie od jednego do czterech wcielają się więc w role Marines, elitarnych żołnierzy ochrony Union Aerospace Corporation, starających się zażegnać kryzys w laboratoriach na Marsie, wywołany otwarciem portalu do Argent D'Nur. Rozkazywanie poczwarom, które wypełzły z międzywymiarowej bramy do piekła, jest zadaniem piątego gracza, zwanego dalej Invaderem (Najeźdźcą) (To ja – V.). Mamy więc do czynienia z dość klasycznym modelem "jeden kontra wielu", w którym czwórka graczy kontrolujących po jednej postaci staje naprzeciw jednego przeciwnika, dowodzącego całą armią różnorodnych piekielnych bestii.

Nie jest to pierwsza próba podbicia rynku gier planszowych przez Fantasy Flight Games za pomocą „Dooma” – ledwie w roku 2004, trzynaście lat temu, premierę miała pierwsza edycja gry. Ta jednak wzorowana była na trzeciej części serii, która mniejszy nacisk kładła na radosną akcję, starając się urozmaicić ją elementami horroru i nieco nachalnie próbując epatować mało ambitną historią. Wbrew tym wszystkim skazom, planszówka z 2004 była jedną z moich ulubionych produkcji – niepozbawioną wad, posiadającą kilka zbędnych, mało pasujących do całości mechanik, ale emocjonującą i ciekawą. Edycja gry z 2016 roku stanowi jej nowe, odświeżone wcielenie, nie tylko dzięki nowej szacie graficznej, ale przede wszystkim przebudowanemu na wskroś zestawowi reguł, w zamierzeniu kładącemu nacisk na dużo większą dynamikę rozgrywki.

Trzon zabawy pozostał taki sam – osią „Dooma” jest scenariusz, którego cele próbują wykonać Marines, podczas gdy piekielne hordy pod komendą Invadera usiłują ich od tego odwieść (za pomocą rakiet, kul ognia, ostrej amunicji, szponów, zębów, rogów i pazurów w wielkiej ilości i dowolnej kombinacji). Już tutaj jednak dają się zauważyć pierwsze istotne zmiany. Na przykład kompletnie zrezygnowano z warstwy fabularnej scenariusza, ograniczając ją całą do dwuzdaniowych opisów zamiast obszernych tekstów do odczytania przy odkrywaniu nowej lokacji. No i nareszcie! Nareszcie ktoś zrozumiał, że a) w „Doomie” chodzi przede wszystkim o beztroską rozwałkę, której obciążanie wymyśloną naprędce naiwną fabułką tylko zaszkodzi oraz b) że i tak wszyscy wiedzą, o co w tym chodzi, a historia pozbawiona nagłych zwrotów nie jest warta opowiadania. Jednak w przyrodzie nic nie ginie – to, co utraciła warstwa fabularna, zyskała mechanika. Podczas gdy w prototypie każdy scenariusz – niezależnie od tego, co głosił jego opis - dało się streścić słowami „uciekaj przez czerwone drzwi”, tutaj różnorodność zadań do wykonania jest trochę większa: od klasycznego polowania na demony, poprzez zbieranie próbek do badań (pobranych, a jakże, ze zglebionych wcześniej bestii), obronę kluczowych lokacji, a nawet... ewakuację personelu bazy. Nie jest to może porażająca różnorodność – tak czy inaczej gra sprowadza się do łojenia demonów w hurtowych ilościach – ale z całą pewnością miły smaczek i zmiana na lepsze.


Gra podzielona jest na tury, w czasie których Najeźdźca i Marines na przemian wykonują swoje akcje. I tutaj znowu ciekawa zmiana – o ile planszowy pierwowzór zakładał, że kolejność każdej tury będzie taka sama, w nowej edycji to, kto będzie się ruszać następny określane jest losowo. Mamy do dyspozycji talię kart, w której umieszczamy po karcie każdego z graczy-Marines oraz jedną kartę Najeźdźcy za każdy typ demona obecny w danej chwili na planszy, przy czym kiedy nadchodzi jego kolej, ten ostatni na jednej karcie inicjatywy może uruchomić tylko jeden, wybrany przez siebie typ poczwar. Niby drobny element nieprzewidywalności, ale zmienia wiele i sprawia, że rozgrywka staje się dużo bardziej emocjonująca – ale też przyczynia się do sytuacji, w których figiel losu może doprowadzić do twojej śmierci, zanim zdążysz zareagować. Dlatego też dużo ważniejsza niż w edycji z 2004 roku jest ostrożność i wzajemne ubezpieczanie się przed atakami!

Inną ważną rzeczą jest nie podchodzić do Cyberdemona, by się przywitać. (Źródło: ign.com)

Akcje, jakie możesz podjąć jako żołnierz UAC, determinowane są przez karty, jakie dociągasz ze swojej talii – natomiast to, co się w niej znajduje, określają posiadane przez ciebie bronie. Z początkiem gry wybierasz dwie pukawki, z których każda przynosi ci trzy karty (zazwyczaj dwie kopie jednej i jedną kopię innej, potężniejszej), do tego cztery podstawowe posiadane przez każdego z Marines (pancerz, pozycjonowanie i dwa szybkie strzały z pistoletu, które można wykonać oprócz ataku inną bronią). Zdobywane w czasie rozgrywki bronie działają dokładnie w ten sam sposób – dorzucając nowe karty na wierzch stosu. Uzupełnia to rozgrywkę o dodatkowy, niezbyt natarczywy element budowania talii, pozwalając na wiele sposobów modyfikować swoją taktykę w oparciu o różne kombinacje dostępnych spychaczy i koparek – drobnych zależności niewidocznych na pierwszy rzut oka jest bardzo dużo, a ich odkrywanie i późniejsze dopasowywanie do sytuacji samo w sobie stanowi olbrzymią frajdę. Jeśli zaś w danej chwili nie masz odpowiedniego zagrania, nic straconego – możesz, zamiast zagrywać cokolwiek, odrzucić jedną z nich, by po prostu odbiec kawałek, przeładować i wdrożyć plan B.

Również Najeźdźca buduje swoją talię przed bitwą. Zasada działania jest podobna – do jego dyspozycji oddano sześć tematycznych zestawów po sześć kart każdy (zwykle po trzy, dwie i jedną kopię, ale są wyjątki), z których każdy wzmacnia jakiś rodzaj zagrania czy taktyki (przykładowo, „Piekielna magia” pozwala krzyżować szyki innych graczy poprzez utrudnianie pewnych zagrywek, „Opancerzona ofensywa” czyni demony trudniejszymi do zabicia, a „Bestialska siła” pozwala w decydujących momentach wyprowadzać bardzo silne uderzenia). Budowa talii polega na wybraniu trzech z nich i połączeniu ich ze sobą. Efekty większości kart są znacznie subtelniejsze niż w poprzedniej odsłonie gry, choć trafiają się także dużo bardziej drastyczne, gwałtownie zmieniające układ sił na stole – i właściwie każdy zestaw ma pod tym względem coś ciekawego do zaoferowania, od dorzucania całej masy dodatkowych kostek do ataku, poprzez pozbawianie przeciwników kart z ręki, kończąc nawet na możliwości automatycznego dobicia ciężko rannego adwersarza.

Całkiem niezła, choć mocno podstawowa ręka - jedna główna akcja, dwie natychmiastowe, jedna reakcja. W sam raz, by strzelić, odbiec i jeszcze się obronić. Źródło: fantasyflightgames.com

Weterani „Dooma” z 2004 roku mogą pamiętać alternatywną talię Invadera wprowadzoną przez dodatek, której ciekawym elementem były karty możliwe do wykorzystania tylko w połączeniu z konkretnym gatunkiem demona – jak choćby Hell Knight miotający kule ognia, skaczące na gigantyczne dystanse Impy, te głowy na pajęczych nogach możliwe do przekształcenia w samobieżne bomby. Sporą wadą było to, że taka karta pozbawiona odpowiedniej figurki na stole stawała się kompletnie bezużyteczna. Dlatego w „Doomie” 2016 AD kompletnie z nich zrezygnowano, zamiast tego przenosząc specjalne zdolności demonów na karty, które Najeźdźca trzyma odsłonięte przed sobą tak długo, jak długo posiada choć jedną figurkę danego typu na planszy. Niektóre z tych zdolności zawsze są aktywne (jak choćby zdolność Impa do wycofania się po wykonaniu ataku), inne wymagają opłacenia specjalnymi żetonami. Te Invader może pozyskać na początku tury, po dobraniu kart dobrowolnie odrzucając do trzech z nich, których nie uzna za przydatne – i przydzielając po jednym żetonie za każdą odrzuconą kartę do wybranego przez siebie typu demona. Sprawia to, że praktycznie w każdej chwili każda jednostka może być wykorzystana do maksimum swojego potencjału. Ich role są różnorodne – Pinkies świetnie sprawdzają się jako pierwsza linia dzięki solidnemu atakowi w zwarciu oraz zdolności do ignorowania sporej części otrzymywanych ran, podczas gdy piekielne pomioty, takie jak Revenant czy Cacodemon, doskonale nadają się na jednostki wsparcia, na różne sposoby uniemożliwiając celom bronienie się przed atakami. Wisienką na szczycie tortu jest, rzecz jasna, ikoniczny dla serii Cyberdemon, w tej edycji gry dopakowany taką ilością bajerów (ignoruje przeszkody terenowe! Rozpycha mniejsze figurki na boki! Może wywalić z siebie serię rakiet! Albo strzał z gigantycznego działa o zasięgu na pół planszy!), że samo wystawienie go na stół przyprawia o dreszczyk okrutnej frajdy.

No cześć. (Źródło: ign.com)
Marines nie pozostają jednak dłużni. Jedną z największych zmian w komputerowym wznowieniu „Dooma” z ubiegłego roku było wprowadzenie systemu brutalnych egzekucji (tzw. „Glory Kills”), jakich główny bohater mógł dokonywać na ciężko zranionych przeciwnikach. Gra planszowa, oczywiście, idzie w ślady swojego starszego brata – każda z piekielnych poczwar ma pewną progową wartość obrażeń, które może przyjąć, zanim zacznie się chwiać. Kiedy to nastąpi, gracz-żołnierz może bez oporów wtargnąć na zajmowane przez demona pole, by natychmiast zdjąć go z planszy. Oprócz oczywistej korzyści (w postaci jednego zagrożenia mniej), egzekucja pozwala Marines odzyskać trochę utraconego zdrowia, a także zapewnia niewielkie profity w stylu jednorazowej zdolności do przerzucenia kostek podczas ataku, wykonania ruchu na niewielką odległość albo dobrania kilku dodatkowych kart do ręki. Wpływ tej drobnej zmiany na grę okazuje się być ogromny – do tego stopnia, że skuteczne korzystanie z egzekucji staje się niekiedy warunkiem przetrwania!

W stosunku do poprzedniej odsłony zmianie – uproszczeniu – uległ sam sposób prowadzenia walki. Dawniej rzucało się kostkami, które wypluwały z siebie po dwie wartości, obrażenia i zasięg. Żeby w ogóle trafić, trzeba było wyturlać łącznie co najmniej tyle zasięgu, ile pól odległości miało się do celu, potem łączne obrażenia podzielić przez pancerz atakowanej poczwary i wtedy dopiero dowiadywaliśmy się, ile znaczników obrażeń położyć przy figurce. Teraz jest łatwiej – turla się tylko na obrażenia, cel zostaje trafiony, o ile jest w zasięgu podanym na zagranej karcie, zamiast czterech rodzajów kostek są dwa (czarne i czerwone, przy czym czarne to te lepsze, a czerwone zapewniają jedynie niewielkie premie), zaś zamiast bawić się w zaawansowaną matematykę, atakowany po prostu odsłania i odrzuca górną kartę ze swojej talii, obniżając otrzymane bęcki o liczbę tarcz widocznych w jej prawym górnym rogu. Proste, eleganckie, otwiera też ciekawe możliwości taktyczne. Przykład? A proszę bardzo. Jeśli widzisz, że w stosie przeciwnika pozostało niewiele kart i podejrzewasz, że gdzieś tam kryje się ta wredna salwa z wyrzutni rakiet, być może warto skupić ogień właśnie na nim – będzie musiał poświęcić ją dla obrony i na kolejną okazję do strzału z grubej rury poczeka kolejne klika tur...

Stary „Doom” cierpiał z powodu zarzutów o niezbyt dopracowany balans rozgrywki – najczęściej na korzyść demonów, tak, że twardym orzechem było ukończenie scenariusza przez Marines nawet w pełnym, trzyosobowym składzie. Wobec nowej edycji odniosłem wrażenie zdecydowanie przeciwne – oczywiście, każdy z dwunastu scenariuszy jest trochę inny i niektóre wydają się łatwiejsze dla wojaków z UAC, a niektóre dla przybyszów z piekła, ale ogólna tendencja wypada raczej na korzyść Marines. Szczególnie zgrzytałem zębami na możliwości oferowane przez piłę spalinową – oprócz systemu egzekucji, w grze praktycznie nie ma jakiejś znaczącej możliwości walki wręcz oddanej do dyspozycji najemników, zaś działanie piły polega zazwyczaj na obniżaniu progu, od którego można przystąpić do wyrywania przeciwnikom rozmaitych kończyn w czasie wykonywanej przez jej operatora akcji – nawet do takiego stopnia, że automatycznie zglebić można cel, który w ogóle nie został nawet draśnięty. W połączeniu z premiami za wykonywane egzekucje pozwalającymi na dodatkowe ruchy może dojść do sytuacji, w której jeden żołnierz w czasie jednego ruchu czyści całe pomieszczenie pełne demonów. Nie jest to, oczywiście, coś, czemu nie da się przeciwdziałać – wystarczy skupić ogień na facecie z piłą, bo kiedy zginie, straci swoje zabaweczki – jednak takie smaczki jak ten, a także mnogość różnorodnych narzędzi o mocno kontekstowym zastosowaniu sprawiają, że prowadzenie armii demonów stało się dużo trudniejsze niż bywało to wcześniej. To niekoniecznie źle. Przeciwnie, myślę, że jest czymś zdecydowanie korzystnym, kiedy gra mocniej opiera się na umiejętnościach niż na czynniku losowym, a fakt, że pokonanie Marines jest teraz trudniejsze (Oj tam… – V.) sprawia, że i wygrana jako Invader przynosi teraz dużo więcej satysfakcji. Tylko nie pozwól im dorwać się do piły. Proszę.

Otoczyli gościa z piłą. Biedactwa jeszcze nie wiedzą, co je czeka. (Źródło: gameup24.blogspot.com)

Problemem jest za to balans w kontekście liczby graczy przy stole. Zasady gry były konstruowane z myślą o pełnym składzie: czterech Marines oraz Najeźdźca – i to widać. Gdy jest ich mniej, dla wyrównania szans otrzymują premie: dodatkowe punkty zdrowia, możliwość wykonania więcej niż jednej akcji na turę, a nawet – przy jednym graczu po stronie UAC – możliwość wykonania dodatkowej tury. O ile warianty czteroosobowe i trzyosobowe sprawdzają się względnie nieźle, o tyle pokonanie samotnego pogromcy piekieł stanowi olbrzymie wyzwanie – wykonuje dwa razy po dwie akcje, więc nierzadko jest w stanie wyczyścić pomieszczenie, zanim demony w ogóle będą miały szansę zareagować. Graczom-najeźdźcom przyzwyczajonym do gry w większej grupie ta zmiana rozkładu sił może się wydać mocno irytująca, jednak wciąż jest to grywalny wariant – wymaga po prostu większej troski o poszczególne jednostki, stosowania forteli, wciągania opętanego żądzą krwi pogromcy w pułapki zamiast stosowania brutalnej siły i przewagi większości.

Mówiąc o nowym „Doomie”, nie mogę nie wspomnieć o jakości wydania. W ciągu tej dekady Fantasy Flight Games dokonało olbrzymiego postępu, jeśli chodzi o jakość modeli. Figurki są niewiarygodnie wręcz szczegółowe – być może najbardziej ze wszystkich wydanych dotąd gier tego wydawnictwa – i do złudzenia przypominając postaci z komputerowego pierwowzoru. Wyglądają po prostu znakomicie – stopień szczegółowości jest tak wysoki, że będą stanowić nie lada wyzwanie dla zapaleńców, którzy postanowią je pomalować. Jednak nawet bez nanoszenia na nie farby robią iście piorunujące wrażenie. Nieco gorzej ma się sprawa z elementami modułowej planszy – dobrze wyglądają i wreszcie są dwustronne, dzięki czemu pojawia się więcej możliwości ich układania (no, nie aż tyle, ile może się wydawać – elementy na rewersie nie pasują do tych na awersie, więc odwracasz albo wszystkie, albo żadnego), ale jednocześnie trudno się je łączy; albo trzymają się zbyt luźno, przez co plansza rozpada się przy najdrobniejszym przesunięciu, albo wręcz zbyt mocno, do tego stopnia, że łatwo uszkodzić je przy rozłączaniu (tektura dość łatwo się rozwarstwia, dlatego ostrożność zdecydowanie jest wskazana). Szata graficzna kart jest za to miła dla oka, jednocześnie czytelna i odpowiednio nastrojowa. Większość grafik wyda się znajoma fanom gier komputerowych z tej serii, ale tego raczej należało się spodziewać, podobnie jak w przypadku wszystkich planszówek na licencji czegoś innego. Ogółem, nie licząc wpadki z elementami planszy, jest to prawdopodobnie jedna z najlepiej wydanych gier FFG.
Swoją drogą, wreszcie pozbyliśmy się głupiej zasady z mgłą wojny - kompletna mapka jest widoczna od razu i w całej krasie. Żebyście wiedzieli, jak bardzo macie przewalone. (Źródło: fantasyflightgames.com)

Pora odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: czy polecam nowego „Dooma”? Widać ogromny postęp, jaki poczyniono przez dwanaście lat, które upłynęły pomiędzy obiema edycjami – model rozgrywki został zdefiniowany dużo odważniej, bardziej zdecydowanie, usunięto z niej elementy, które nie współgrały z resztą i dorzucono sporo nowych, które jeszcze umacniają wizję brutalnego, dynamicznego i bezlitosnego starcia. W moim odczuciu – same zmiany na lepsze. To gra, którą uwielbiałem jeszcze jako nastolatek, tylko że dopiero teraz wydaje się być tym, czym miała być od samego początku. Barierą może być cena – „Doom” z 2016 kosztuje niemal dwa razy tyle, ile podstawowa edycja wersji z 2004 roku, jednak ci, którzy się na niego zdecydują, nie powinni żałować tej decyzji. Gra genialnie oddaje klimat i wrażenia z komputerowego pierwowzoru, jednak nawet bez względu na to jest po prostu solidnie wymyśloną i opracowaną grą, z masą ciekawych rozwiązań, sporą różnorodnością możliwości taktycznych i, przede wszystkim, świetnie stwarzaną iluzją bycia istnym rzeźnikiem piekielnych hord.

Dane ogólne:
Tytuł: Doom The Board Game
Autor: Jonathan Ying
Wydawnictwo: Fantasy Flight Games
Rok wydania: 2016
Czas rozgrywki: 2-3 godziny
Liczba graczy: 2-5, optymalnie 4-5
Wiek: 14+

poniedziałek, 22 maja 2017

Więcej Kotów w internetach #07, czyli bardzo spóźnione podsumowanie kwietnia

Dzień dobry! Tak późno zabieram się za podsumowanie zeszłego miesiąca, że aż trudno mi zebrać wszystkie niezbędne linki. Nie zapomniałam o tym - po prostu było tyle do zrobienia, że odkładało się wciąż na później, aż było już za późno. I chociaż niedługo wypadnie myśleć o poście opisującym maj, to jeszcze chwilę sobie uszczknę na wspomnienie jednak o kwietniu - bo to był całkiem dobry kwiecień. 

Przede wszystkim czytamy coraz więcej. Czytelniczy dołek minął i coraz chętniej po prostu siada się do książki, zwłaszcza przed snem. Staliśmy się wręcz nocnymi czytaczami, tylko zmrok zapada, a już ciągnie do książki... oczywiście cierpi się rano, a raczej Łotr cierpi, kiedy praca każe mu wstawać o nieludzkich porach. Niemniej jednak cieszy to, jak wiele książek przechodzi teraz przez nasze ręce. Poza tekstami, które wymienione zostaną tutaj jako podsumowanie kwietnia będzie jeszcze sporo recenzji w maju, jako że z pisaniem jesteśmy już trochę w tyle - czyta się chętniej niż zasiada przed ekranem do napisania czegoś.

Póki co zobaczmy jednak, co udało nam się w kwietniu zmajstrować i Wam przedstawić:

Kolorowanka „Rywalki” przedstawia sceny z wszystkich pięciu tomów serii (oryginalny tytuł pozycji brzmi też właśnie „The Selection”, czyli tak, jak nazwa całego cyklu). Podzielona jest na pięć części, z których każda zawiera kilka line artów, w których większość to postacie umiejscowione na tle krajobrazu lub pomieszczenia. Perspektywa jest specyficzna, bo chociaż wzrok najpierw napotyka bohaterkę (lub grupę osób), to umieszczone są one nie w centrum obrazka, a w jego dolnej części, tak, że możliwe było wyeksponowanie sceny, w jakiej rozgrywa się dane wydarzenie. Fani cyklu Cass od razu rozpoznają motyw, z którym mają do czynienia, podobnie cytaty z książek, które zostały umieszczone na co drugiej stronie i ozdobione ornamentami. Te ostatnie są też najsłabszymi grafikami w kolorowance, jako że składają się głównie z linii, a mniej z elementów – niewiele w nich więc do kolorowania.

„Lalka”, być może najbardziej znana powieść Bolesława Prusa, opowiada losy Stanisława Wokulskiego, kupca z Warszawy, w jego staraniach o rękę zubożałej arystokratki, Izabeli Łęckiej. Łęcka jest niechętna wiązaniu się z osobą, w której żyłach nie ma ani kropli szlacheckiej krwi, ale ostatecznie, dzięki sprytnym machinacjom Stanisława, uznaje, że nie ma innego wyjścia. To jednak tylko jeden z licznych wątków zawartych na kartach tej powieści – losy dziesiątek bohaterów drugoplanowych przeplatają się wzajemnie w tym kompletnym, szczegółowym obrazie społeczeństwa Warszawy u schyłku XIX wieku. „Lalka” omawia także problematykę różnic klasowych i pokoleniowych, konfliktu między ideałami epoki romantycznej i pozytywistycznej, pojawiają się w niej także nieśmiałe echa nadchodzących przemian społecznych wczesnego dwudziestego wieku, których proroczy wydźwięk daje się zauważyć dopiero współczesnemu czytelnikowi.

Piotr Aronnax jest człowiekiem czynu i nauki, ichtiobiologiem i pełnym zapału badaczem podmorskich głębin – przynajmniej w teorii. W świecie dziewiętnastego wieku morskie i oceaniczne dna wciąż pozostają raczej obiektem rozważań teoretycznych i domysłów niż faktycznie osiągalnym celem. Kiedy więc cały glob obiega wieść o straszliwym potworze z głębin, który pływa po oceanach całego świata i stwarza zagrożenie dla statków handlowych, doktor Aronnax nie tylko nie kwituje ich śmiechem i machnięciem ręki, a z radością bierze udział w zaproponowanej mu wyprawie. Celem rejsu na pokładzie fregaty „Abraham Lincoln” ma być pościg za tajemniczą kreaturą i położenie kresu jej tyranii raz na zawsze. 

Hygge to niezależność od gotowych rozwiązań, a więc aby w pełni móc cieszyć się tą filozofią, należy nauczyć się i regularnie korzystać w umiejętności samodzielnego przyrządzania posiłków. Oczywiście zwraca się tu uwagę na osobiste gusta, jednak autorka poleca w tym zakresie wspólną, rodzinną pracę, zwłaszcza w kwestii deserów. Skupia się najbardziej na fice, czyli tradycyjnej skandynawskiej porze na kawę i coś słodkiego. W tej części znajdziemy też kilka ciekawych, acz specyficznych z polskiego punktu widzenia przepisów: na bułeczki z kardamonem, coś o tajemniczej nazwie „ciemność i światło”, co okazało się być maślanym biszkoptem polanym gorzką czekoladą, ale też i inne, mniej deserowe potrawy, na śniadanie, obiad i kolację.

Selina, a właściwe Sabina Hanaj, jest konserwatorką. Pracuje ze starodrukami, książki to jej pasja i praca. Dla Maksa jest osobą wyjątkową – inna od otaczających go odważnych, wyzywających, ale właściwie przeciętnych kobiet, szybko staje się dla niego wyzwaniem – i „tą jedyną”. Ona zaś nie potrafi odnaleźć się w związku z kimś tak różnym od niej z charakteru – Max nie zwykł zastanawiać się nad przyszłością, żyje chwilą, wszystko chce mieć „na już” i trudno mu zrozumieć dystans Seliny. To właśnie i jej strach przez rozmowami o sprawach ważnych ich poróżni – odkryty przez Maksa pozytywny test ciążowy i kłamstwo o wyjeździe na warsztaty zdecydują o nagłym zakończeniu relacji, nawet bez szansy na wyjaśnienie.

W liceum im. Hamiltona z pozoru nie dzieje się nic wyjątkowego. Jeden z uczniów, Peter, przeżywa frustrację z powodu rozterki, w jaką wprawia go uwaga nauczyciela na temat jego planów życiowych. Jest świetnym koszykarzem, pragnie związać z tą dziedziną sportu dalsze losy, jednak chwila, w której uświadamia sobie, że mógłby kiedyś z perspektywy czasu określić swój wybór jako nietrafiony, zmienia jego pogląd na dotychczasowe zamiary. Jednocześnie ma wątpliwości odnośnie do swojego związku ze Stacy, dziewczyną z dobrego domu, piękną, ale niezbyt wrażliwą. Jego zainteresowanie kieruje się w stronę samotniczki Elizy, która raczej niechętnie udziela się w szkolnym towarzystwie: jej nieokreślone stosunki z matką i chory na raka ojciec to tylko początek problemów. 

Parker jest nastolatkiem, który sporo już w życiu przeszedł. Mieszka z matką, która nie potrafi podnieść się po tragicznej śmierci męża, tworząc z domu mauzoleum poświęcone jego pamięci. Chłopak nie mówi, nie ma planów na przyszłość, wszystko, co go zajmuje, nosi przy sobie, zapisane w notatniku. Spędza też czas, odwiedzając miejskie hotele – lubi ich klimat, zdarza mu się też próbować kradzieży kieszonkowej. W ten sposób któregoś dnia bierze na cel srebrnowłosą dziewczynę, która nieostrożnie pokazuje, że nosi w torebce spory plik banknotów. Dłuższe oczekiwanie przynosi efekty, młoda kobieta odchodzi, zostawiając bagaż przy stole… Parker jednak nie może się zdobyć na to, by uciec z pieniędzmi. Wstrzymują go wyrzuty sumienia – albo notatnik, który przypadkiem zostawił na miejscu zdarzenia.

Życie Ady kończy się w gwałtowny sposób. Jeszcze szybsza niż zwykle jazda gokartem po torze – w końcu trzeba pobić rekord! – czarny cień, który okazał się kotem siedzącym na jej drodze, gwałtowny skręt, wypadnięcie z barierek, potem błyskawiczna droga do szpitala i pobudka w białej sali, z bólem i brakiem czucia w nogach. Zrozpaczeni bliscy niedługo pocieszyli się jej przebudzeniem – po paru dniach, podczas których dziewczynie zdawało się, że widuje czarnego kota w sali, jej stan gwałtownie się pogarsza. Chwila ciemności i... Ada budzi się w zupełnie innym świecie jako Pani Klątwa, a towarzyszy jej ten sam czarny kocur, teraz twierdzący, że zbyt długo na nią czekał. Nie wiedząc, kim jest, ale powoli tracąc wspomnienia z „prawdziwego” życia, rzucona zostaje w wir wydarzeń - rozpoczynających się poszukiwaniem zaginionej Lilki, córki Patrycjusza.

„Niezatapialna” pływa po wodach Krainy Jezior i Rzek jako jeden z bardziej uprzykrzonych jej elementów. Jest bowiem statkiem pirackim z nietypową jednakowoż załogą: złożoną w całości (no, prawie!) z kobiet. Poznajemy ją w chwili, gdy ucieka przez ścigającym ją okrętem Straży. Kapitan Jollienesse Rożnowski ma jednak wiele asów w rękawie – parowiec pod jej komendą potrafi czynić sztuczki, o jakich się miejscowej władzy nie śniło, więc łatwo znikają z oczu ścigającym, bezpiecznie i w ukryciu zawijając do portu w Prato. Odpoczynek w karczmie przynosi jednak złe wieści – wielcy tego świata postanowili przestać się cackać z piracką plagą, pozbawiającą ich sporej części zysków z handlu. Pirackich załóg w okolicy jest wiele, jednak „Niezatapialna” wyróżnia się na ich tle i składem, i zajadłością w działaniu, to ona zostaje więc wybrana na pierwszy cel.

Statek patrolowy OTG „Dorka”, na którego pokładzie chorąży Adam Drygieł ma zaszczyt przeżywać swoje pierwsze rozterki miłosne, próbując przekonać niedostępną, choć piękną jak malowanie (dosłownie) Marikę do zauważenia jego obecności w sposób inny niż oficjalny, trafia w nie najszczęśliwsze okoliczności. Któż jednak mógłby się spodziewać, że planowany postój na orbicie Kallisto, na stacji wybudowanej na szczątkach bogini Tiamat, niegdyś wskrzeszonej i z powrotem uśmierconej, okażą się dla statku i misji zgubne? Oto bowiem smoczyca za sprawą nieznanych jeszcze osób budzi się ponownie, sprawiając, że załoga „Dorki” musi się ewakuować – w wyniku czego Drygieł, wraz z wiernym, choć dość ironicznie nastawionym do życia towarzyszem Petyrem Hoygrenem, pakują się do kapsuły ratunkowej i dryfują przez kosmos prosto w ręce... piratów?

Matthias Holt i Hans Gruber są stalkerami – w świecie po wojnie atomowej rozumianymi jako straceńcy, którzy wyruszają na spustoszoną powierzchnię, by pośród ruin szukać skarbów minionej epoki. Ich domem jest Berlin, a właściwie tunele podmiejskiego metra zamieszkiwane przez ledwie trzydzieści tysięcy osób, wiecznie cierpiących głód i niedostatek, toczących ze sobą małe ideologiczne wojenki w ciasnym podziemiu. Kiedy podczas rutynowej wyprawy pracodawca dwójki awanturników ginie, a w ich ręce dostaje się dziwny rysunek techniczny, dowiadują się o istnieniu – gdzieś na południu Niemiec – przedwojennych bunkrów przygotowanych właśnie z myślą o nadchodzącej wojnie. 

Zasady gry są w miarę nieskomplikowane. Każdemu z grupy od dwojga do sześciorga graczy powierzona zostaje czteroosobowa drużyna zawodników, których zadaniem będzie jak najszybsze zdobycie piętnastu punktów – albo bycie ostatnimi żywymi przy mistrzowskim stole. Punkty zdobyć można przez... strzelanie sobie w głowę. A właściwie obstawianie, ile strzałów – od zera do pięciu – uda się przeżyć w danej turze. Każdy strzał to jeden punkt, plus jeden punkt premii za dotrwanie do końca tury. Oczywiście, jeśli przykrym zbiegiem okoliczności trafisz na pełną komorę, nie dostajesz ich wcale. Bębenek rewolweru reprezentowany jest przez talię sześciu (właściwie, siedmiu, ale o tym za chwilę) kart – na wszystkich oprócz jednej napisane jest „klik” i oznaczają one pustą komorę – a na jednej „bang!”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, „skocz ktoś po mopa i wiaderko”.

Stephen Leeds jest prywatnym detektywem, w dodatku piekielnie dobrym – do tego stopnia, że może sam wybierać sobie zlecenia, których się podejmuje. Jego kluczem do sukcesu okazała się niewiarygodna zdolność błyskawicznego uczenia się nowych rzeczy. Jak każdy geniusz jednak, także Stephen ma swoje dziwactwa – największe z nich objawia się potrzebą racjonalizowania sobie swoich niezwykłych zdolności, a robi to poprzez... wyobrażanie sobie zespołu towarzyszących mu ludzi. Ci doradcy mają swoje własne osobowości, obszary wiedzy, w których najlepiej się odnajdują, rodziny, znajomych, a nawet... własne choroby psychiczne. Leeds jest przywiązany do swoich halucynacji tak mocno, że w ogromnej wilii utrzymuje nawet osobne pokoje dla każdej z nich. Jest to rozwiązanie mocno tymczasowe – aspektów cały czas przybywa, kończy się wolne miejsce tak w domu, jak i w głowie detektywa.

Lady Trent, jeszcze jako mała Izabela, jedyna córka ze szlacheckiego rodu Hendemore’ów (posiadająca pięciu braci), nie była dzieckiem łatwym ani posłusznym. Jej zainteresowanie naturą, a w szczególności fizjologią owadów i ptaków, było dla rodziców bardzo niepokojące, a niepokój ten zwiększył się jeszcze, gdy panienkę znaleziono rozcinającą zwłoki ptaka w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, do czego służy kość życzeń. Jej dążenia, chociaż stosunkowo niewinne, wzmogły czujność otoczenia – tak więc dziecko mogło poszukiwać wiedzy jedynie w bibliotece ojca, do której dostęp miało zresztą bardzo niebezpośredni. Odmianę przyniosło obserwowanie iskrzyków, małych smoków uznawanych dotąd za owady – oraz książka, tytułowa „Historia naturalna smoków”. To te stworzenia zafascynowały młodą Izabelę tak, że podporządkowała im dalsze swoje życie.

Powieść zaczyna się kiedy trójka astronautów, Dixon, Mehmet i Tommy, porywa statek zdolny do otwierania tuneli czasoprzestrzennych z Ziemi dalekiej przyszłości, a dwójka oficerów Policji Orbitalnej, Michael i Angela, rusza za nimi w pościg. Kiedy w czasie pościgu zostaje otwarty tunel, oficerom grozi śmierć w wehikule nieprzystosowanym do podróży z szybkością wyższą od prędkości światła, renegaci pomagają im więc w dokowaniu i w dalszą drogę cała piątka wyrusza już razem. Ich statek, Buntownik, doznaje jednak sporych uszkodzeń i podróżnicy zmuszeni są lądować na odległej, niegościnnej planecie, na której jedynym źródłem światła są osobliwe fluorescencyjne drzewa, których soki ogrzewa jądro planety. Na powierzchni jest atmosfera zdatna do oddychania i woda, zaludniają ją dziwne, obce zwierzęta – Eden, bo tak zostaje nazwany nowo odkryty glob, nadaje się więc do życia. 

Chris McNeil jest aktorką filmową, właśnie kończącą zdjęcia do kolejnej produkcji, mającej stanowić krok milowy jej kariery – oraz samotną matką wychowującą Regan, dwunastoletnią córkę, z którą zazwyczaj nie rozstaje się ani na krok. Nic nie zapowiada dramatu, kiedy po powrocie z pracy Chris zastaje swoją pociechę bawiącą się jej starą tablicą do wywoływania duchów. Ta twierdzi, że rozmawia za jej pomocą z przyjacielem o wdzięcznym imieniu Kapitan Howdy. Dopiero po pewnym czasie staje się jasne, że dziwne, coraz bardziej niepokojące zachowanie dziewczynki pogłębiające się z dnia na dzień ma swoją głęboko zakorzenioną przyczynę. 


Zamiast historii superbohaterskiej mamy więc klasyczny kryminał w wydaniu komiksowym - i to kryminał dość krwawy. Zanim sięgnie się jednak po „Zgrozę” warto przypomnieć sobie „Lisa”, zwłaszcza zeszyt trzeci, gdzie pojawił się Zbyszek wraz z partnerem, Bogdanem Czerwińskim. Zauważa się wtedy wiele rzuconych mimochodem informacji, niezbyt jasnych w kontekście „Lisa”, a rozwiniętych w „Zgrozie”. Zdać sobie też trzeba sprawę z tego, że Zbyszek mimo wszystko nie należy do bohaterów, których można lubić – tak zwyczajnie, jak człowieka – jest bowiem postacią posiadającą niewiele pozytywnych cech. Wypowiedziane w „Lisie” słowa dotyczące rodziny („nie chcą cię znać”), Bogdana („Tobie został tylko ten zaćpany panczur!”) czy innych sytuacji miały zbudować obraz człowieka „z przeszłością”, tutaj ta przeszłość zostaje pokazana w pełni – a raczej jej fragment, bo „Lód” to pierwsza część serii. Widać jednak, że coś w tym jest, przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach, budujących nie tylko napięcie (jak słowa z baśni „Królowa śniegu”), ale i głębię głównego bohatera.

Paweł jest superbohaterem specyficznym, bo doskonale świadomym swoich ograniczeń. Posiadając właściwości peleryny-niewidki nie bardzo potrafi cokolwiek więcej, nie ma większej niż zwykły człowiek siły, nie jest szybszy, nie walczy jak karateka. Korzysta więc z różnego typu gadżetów – nabijanych ćwiekami rękawic czy gazu pieprzowego. Trochę inaczej jest w przypadku Alicji, której supermoc (psychokineza?) jest o wiele bardziej niebezpieczna. U obojga ujawniła się ona w sytuacji mocno stresowej. Wspólnymi siłami mogą osiągnąć wiele, jednak czy uda im się nawiązać współpracę? Nie będzie to łatwe – żadne z nich nie jest „łatwe w obejściu” ani szczególnie pozytywnie nastawione do świata. Komunikacja będzie więc trudna, ale efekt wydaje się wart świeczki.

Jak widać było tego trochę, szkoda więc, by się zmarnowało przez brak czasu na wspominki i podsumowania (: Jeśli widzicie coś dla siebie, nie wahajcie się klikać w linki - całe teksty umieszczone są na odpowiednich stronach! Dajcie też znać w komentarzu, czy coś z tego Was zainteresowało!