wtorek, 9 kwietnia 2019

„Openminder” Magdalena Świerczek-Gryboś

Jak stworzyć państwo idealne i uczynić jego obywateli szczęśliwymi? Wielu już tego próbowało. Szczęście jest pojęciem tak subiektywnym, że nawet ustalenie jego definicji może odbywać się inaczej w różnych miejscach, czasach i okolicznościach. Pozostaje jednak wątpliwym, czy można kogoś do szczęścia zmusić, zapewnić mu je niejako odgórnie, bez pytania go o zgodę, ustaliwszy pewne sztywne kryteria, jakimi ogół ludzi ma się od pewnego punku kierować w swoim postępowaniu. W tym miejscu już części osób zapala się czerwona lampka i pojawiają się myśli na temat wolnej woli, możliwości wyboru, a nawet praw człowieka… W przewidywaniu konsekwencji kolejnych działań zmierzających ku radykalnej poprawie ogólnej szczęśliwości narodów prześcigają się autorzy – co ciekawe, głównie obracając się wokół mniej lub bardziej głębokiej dystopii. Nie inaczej zdaje się być w przypadku „Openmindera” Magdaleny Świerczek-Gryboś. 

Kraków, rok 2076. W kwestii podziału politycznego Europy i stosunków pomiędzy krajami zmieniło się wiele. Polska jest częścią bloku państw zachodnich  – po wyniszczającej wojnie postanowiono zbudować je od nowa na zupełnie innych zasadach, pozbawiając ludzkość wszystkiego, co mogłoby umożliwić jej krzywdzenie siebie nawzajem. Świat nadal  jednak pozostaje w konflikcie. Nikodem uczestniczy w programie Openminder – jego specjalne zdolności mają zapewnić mu nie tylko specjalne miejsce w hierarchii społecznej, ale też nadać jego życiu sens i kierunek, wiążący się z przyszłą misją swoistego nawracania „dzikiego” Wschodu. Szkolenie jest ściśle tajne, a w jego skład wchodzi wiele elementów, które powszechnie uważa się za wiedzę zakazaną, zaś zbawianie świata okazuje się zajęciem mającym więcej wspólnego z regularną walką niż spokojną dyplomacją.

W powieści wyjątkowo wyraźnie zarysowane jest tło polityczne i obyczajowe świata przedstawionego, a zwłaszcza zmiany, jakie dokonały się w nim względem czasów sprzed wojny. Wstęp operuje głównie terminologią polityczno-ideologiczną, co może stanowić twardy orzech do zgryzienia dla osób, które takich wątków nie lubią – a że sama do nich należę, trudno było mi zapanować nad początkowym sceptycznym podejściem. Później jednak okazało się, że wszelkie obawy były niepotrzebne, a „Openminder” jest szaloną mieszanką wszystkiego, co w fantastyce było dobre. I tu wspomniana polityka wraz z jej ideologicznym zarysem zaczyna działać na korzyść powieści, dając bohaterom świat, w którym powinni czuć się dobrze – ale z jakiegoś powodu wcale nie jest tak pięknie.

Idea „dobrozmysłu”, który oddziałuje na społeczeństwo, wytyczając mu określone ścieżki postępowania i karząc już nie za czyny potencjalnie zagrażające innym – bo do takich nie ma prawa dojść, gdy są one tłumione już na etapie przelotnej myśli o czymś takim – przypomina żywo film „Equilibrium” i tamtejsze Prosium obowiązkowo łykane co rano. Ono jednak tłumiło emocje w ogóle, tu mamy zaś działanie bardziej precyzyjne i specyficzne. Oczywiście i od tego są wyjątki, wcale nie dziwi też obecność w powieści jednostek, których nadrzędnym celem jest wyrwanie się spod tej tyranii ogólnej szczęśliwości. Co więcej, oczywiście, że taka sytuacja stwarza ogromne pole do nadużyć, czego nie omieszkała w pełnej krasie ukazać autorka – i co mnie przekonało najbardziej do wykreowanego przez nią świata przyszłości. I czy zdziwi czytelnika bardzo to, że osobami, które myślą w pełni wolno i samodzielnie są… czarne charaktery?

Wracając do bohaterów, czyli głównie Nikodema i Darii, z epizodycznie występującymi innymi przyszłymi openminderami – wydaje się, że do tej roli wybierane są jednostki w pewnym sensie „wybrakowane”, niepasujące do zadanego schematu, co czyni je od początku postaciami, które albo dość szybko pokażą potencjał, albo staną się sztampowymi specjalnymi płatkami śniegu. O ile więc Nikodem przekonał mnie do siebie dość szybko, głównie dzięki głębi, jaką nadało mu nakreślenie tragicznych wydarzeń z przeszłości (i kot – no dobrze, jak jest kot, to od razu jest lepiej), o tyle z Darią było trudniej. Zdecydowanie jednak warto poczekać, bo choć ujawnia ona charakter ukryty za grubym murem dystansu i odmienności bardzo późno, to jej postępowanie jest solidnie umotywowane – i jakimś przewrotnym sposobem sprawia, że to właśnie z nią zaczyna się sympatyzować najbardziej. Trzeba też dla formalności zaznaczyć, że autorka zadbała o resztę postaci, dając im trochę własnej historii i cech indywidualnych, ale jednocześnie nie pozwalając im na zawłaszczenie głównego wątku na długo.

A kiedy myśli się, że to już wszystko, co można wiedzieć o świecie przedstawionym, bohaterowie wsiadają do mechów i lecą na lekcję przetrwania do zniszczonego centrum Krakowa, przypominającego bardziej radioaktywną zonę pełną zmutowanej fauny i flory. I to właśnie Lemowisko (jakże trafna nazwa!) jest punktem w „Openminderze”, którego najchętniej nie opuszczałabym (ten – i hangar pełen mechów), jako że miejsce to opisane zostało tak barwnie, że podczas czytania płynnie przechodziłam z poczucia grozy do zachwytu i z powrotem. Wątków zaskakujących jest tu zresztą więcej, znacznie więcej, nie wszystkie zostały wyjaśnione, nie każdy jest jasny – ale być może dowiemy się więcej w kolejnym tomie. 

„Openminder” jest książką bardzo specyficzną, bo stanowi w moim odczuciu połączenie wątków znanych z „Equilibrium”, „Neon Genesis Evangelion”, klasycznych powieści postapo, kosmicznego science-fiction i wielu innych, ale jednocześnie jest w tym pomieszaniu tak spójna i przemyślana, że tworzy wyjątkowo przystępną całość. Mam jednak wrażenie, że ze względu na lekkie zabarwienie ideologiczne będzie różnie odbierania przez czytelników, pozostawiając im pewną swobodę interpretacyjną w zakresie tego, gdzie leży słuszność i co w świecie przedstawionym jest dobre, a co nie. Ja skłonię się raczej ku wnioskowi, że jednoznacznego podziału nie da się tu przeprowadzić - a obie skrajności, reprezentowane tu nie tylko przez kierunki wschód-zachód, mają swoje mroczne oblicze. W książce znajdziemy też ilustracje autorstwa Marka Grybosia, które doskonale oddają klimat powieści, a także przedmowę Michała Cetnarowskiego. Ja zaś mogę „Openmindera” tylko polecić i czekać na dalszy ciąg opowieści.

Dane ogólne:
Tytuł: Openminder. Tom 1. Koty
Autor: Magdalena Świerczek-Gryboś
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 304

czwartek, 4 kwietnia 2019

„Nemezis i inne utwory poetyckie” Howard Phillips Lovecraft


Nikomu chyba nie trzeba przedstawiać Howarda Phillipsa Lovecrafta, samotnika z Providence, literackiego geniusza, którego twórczość odkryto, niestety, dopiero na wiele lat po tym, kiedy zmarł młodo i w samotności. W dwudziestym pierwszym wieku w kulturze alternatywnej roi się od nawiązań tudzież zapożyczeń ze stworzonej przez mistrza weird fiction mitologii Cthulhu. Jego opowiadania czy krótkie powieści po dziś dzień niepokoją, zachwycają i inspirują. Pewnej części czytelników być może zdarzyło się natknąć na wzmiankę, że Lovecraft to nie tylko proza, ale też poezja – wierszowane utwory mistrza nigdy jednak nie uzyskały popularności równej opowiadaniom grozy. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Vesper szeroki odbiorca ma teraz okazję, aby nieco nadrobić zaległości – za sprawą „Nemezis i innych utworów poetyckich”, nowego zbioru dzieł autora w tłumaczeniu Mateusza Kopacza, ilustrowanego miniaturami Krzysztofa Wrońskiego. 

W „Nemezis” znajdziemy trzy podzbiory. Pierwszy z nich, „Grzyby z Yuggoth i inne wiersze”, zawiera ciąg krótkich utworów powiązanych luźno jedną fabułą, opowiadających historię bezimiennego poszukiwacza ezoterycznej wiedzy, który przypadkowo natyka się na księgę-klucz do tajemnic kryjących się za zasłoną rzeczywistości (to właśnie „Grzyby z Yuggoth”), a także wiele innych tekstów – tematycznie zorientowanych wokół mitów Cthulhu bądź nie – mieszczących się w ramach gatunkowych weird fiction. Drugi, „Pozostałe wiersze niesamowite”, nieco odchodzi od tej formuły, wciąż jednak składając się z tekstów z silnym motywem nadprzyrodzonym – a wśród nich jednych z najbardziej monumentalnych poetyckich tworów autora, takich jak „Psychopompos: opowieść rymowana” czy „Astrofobos”. Część trzecia, „Inne wiersze”, gromadzi wiersze Lovecrafta o nieco bardziej „zwyczajnej” naturze – znajdziemy tu teksty okolicznościowe, jak życzenia („Wyrafinowanemu młodemu dżentelmenowi” czy „Do niemowlęcia”), utwory inspirowane klasycznymi tekstami literackimi („Poemat o Ulissesie albo Odyseja”), a nawet… żartobliwe („Do matki w Dniu Dziękczynienia”). Całość wieńczy obszerny dodatek od tłumacza, zawierający dokładną bibliografię, posłowie oraz zbiór komentarzy i objaśnień do poszczególnych utworów.

Nie jestem zwolennikiem recenzowania poezji – tutaj jak nigdzie indziej ważny jest przecież osobisty odbiór utworu, który dla każdego czytelnika może znaczyć coś zupełnie innego, z czymś innym się kojarzyć, budzić zupełnie różne odczucia. Nie mogę jednak nie skomentować jakości tłumaczenia, jakie wykonano na tekście źródłowym. Krótko mówiąc: jest ono bardzo dobre. Mateusz Kopacz nie bawi się tutaj w dosłowność, starając się przede wszystkim oddać głębię poszczególnych wersetów. Często obserwujemy tutaj, że tekst po tłumaczeniu nieco różni się pod względem szczegółowości opisu poszczególnych elementów sceny – niektóre są szerzej, inne bardziej ubogo opisane niż uczynił to autor – zdecydowanie jednak nie można tłumaczowi odmówić wyczucia, z jakim podjął ten dość ryzykowny zabieg przesunięcia ciężaru. Zachowany bowiem został nie tylko sens, ale również swoisty klimat każdego utworu, tak trudny do uchwycenia, gdy pracuje się nad zjawiskiem takim, jak twórczość HPLa. Za solidne przygotowanie merytoryczne i rozumienie kwintesencji tego fenomenu należy się tutaj piątka z plusem.

Możemy to docenić dzięki kolejnemu genialnemu zabiegowi wydawnictwa Vesper – tekstom w przekładzie towarzyszą strona w stronę te oryginalne. Czytelny układ pozwala wnikliwym odbiorcom (takim jak niżej podpisany) analizę porównawczą wers po wersie. A jeśli świetny przekład nie trafi w czyjś gust, zawsze może on salwować się tekstem w pierwotnym jego brzmieniu. To doskonałe rozwiązanie, które powinno być praktykowane znacznie szerzej.

„Nemezis” zostało wydane nie tylko solidnie pod względem praktycznym, ale i estetycznym. Czarno-białe ilustracje Krzysztofa Wrońskiego są minimalistyczne, w kapitalny sposób jednak korespondują z treścią utworów, którym towarzyszą. Dzięki zaś prostej, ale niezwykle starannej kresce świetnie potęgując wrażenie wyobcowania i niepokoju, jakie towarzyszy przy lekturze.

Tak jak poezja nie jest dla każdego, to samo można powiedzieć o „Nemezis”. Specyficzny klimat całości nie każdemu przypadnie do gustu – ba, wiele jest głosów posądzających Lovecrafta o grafomanię czy o to, że jego utwory wierszowane są mało ambitne – jednak to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto chciałby nieco staranniej zgłębić twórczość artysty czy zanurzyć się raz jeszcze w tej mgle ponadnaturalnej grozy, ale w nowy, nieznany wcześniej sposób. Warto, zdecydowanie warto doświadczyć tego na własnej skórze.

Dane ogólne:
Tytuł: Nemezis i inne utwory poetyckie
Autor: Howard Phillips Lovecraft
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 494

poniedziałek, 18 marca 2019

„Międzynarodowy Dzień Mafii” Marcin Brzostowski

Inspektor Franco Fog to żywa legenda Warszawskiej policji – twardy, nieustraszony i przenikliwy, a jednocześnie alkoholik i nieuleczalny kobieciarz, zasłynął już jako protagonista „Zemsty Kobiet”, ścierając się na przemian z pomylonymi faszystami i wojującymi feministkami, a wszystko po to, by dotrzeć do rozwiązania sprawy zagadkowych zaginięć. Jego wytrwałość i skrupulatność będą wkrótce poddane kolejnej próbie – oto wysoko postawieni członkowie półświatka na całym globie zaczynają masowo popełniać samobójstwa, w dodatku w przeddzień swojego wielkiego święta... Tak w skrócie przedstawia się fabuła „Międzynarodowego Dnia Mafii”, nowej powieści Marcina Brzostowskiego, dobrze znanego stałym bywalcom naszego bloga mistrza absurdu.

Tak więc mafiozi na całym świecie postanawiają ze sobą skończyć. Przeciętny łaps pewnie rozsiadłby się w fotelu ze szklanką czegoś mocnego, po prostu patrząc, jak jego największe zmartwienia rozwiązują się same – jednak nie Fog! Nieustraszony detektyw, weteran policji konnej obecnie przeniesiony do wydziału zabójstw, będzie musiał dołożyć wszelkich starań, aby dotrzeć do dna tej zagadki, jednocześnie próbując okiełznać swoje szalone życie uczuciowe i nałóg. Zwłaszcza że zostało mu niewiele czasu, zanim tajemniczy sprawcy całego zamieszania osiągną swój cel. Jaki to cel? Nie wiadomo prawie aż do samego końca, choć domyślny czytelnik, zwłaszcza ten, który ma za sobą lekturę „Zemsty Kobiet”, być może zorientuje się, co się święci...

Obcowanie z nową powieścią Marcina Brzostowskiego daje, jak przystało na produkcje pióra tego autora, zestaw niezwykle zróżnicowanych wrażeń. Autor potrafi zbudować klimat kryminału noir – w istocie do tych ram gatunkowych „Międzynarodowemu Dniu Mafii” jest najbliżej. Brzostowski co i rusz jednak przypomina czytelnikowi, że ten czyta jego książkę i przełamuje to wrażenie jakimś absurdalnym elementem niepasującym z pozoru do świata przedstawionego. Bohaterowie oddający się grze w „Jaka to melodia” w środku napiętej konwersacji, policjanci pełniący wartę przy różach Pani Generałowej (pozostających pod czujnym nadzorem od czasu nieokreślonego incydentu z przeszłości, z udziałem tychże oraz głównego bohatera), czy klub ze striptizem oferujący gościom ubogacenie kulturowe (a studentkom filologii zatrudnienie) poprzez rozbierane wieczorki poezji – to tylko kilka z nich. Skojarzenia z kinem spod znaku Lesliego Nielsena są zdecydowanie na miejscu. Zaskoczenie i dezorientacja co najmniej kilka razy sprawiły, że wybuchłem niekontrolowanym śmiechem w czasie lektury.

„Międzynarodowy Dzień Mafii” rozgrywa się po wydarzeniach z „Zemsty Kobiet” i miło zobaczyć w nim parę subtelnych nawiązań do pierwowzoru – np. losy transwestyty Kolorowego, wcześniej ofiarę porwania, aktualnie wziętego pisarza. Jednocześnie kilka motywów przepadło bez śladu, tak jakby nigdy się nie wydarzyły – Weronika Bianka, ukochana klacz (i ukochana-klacz) Foga, podobnie jak dziecko, które miał urodzić detektyw i ani o jednym, ani o drugim nie znajdziemy tu choćby wzmianki. Nie jestem pewien, czy jest to przeoczenie, czy celowy zabieg, by jeszcze bardziej zdezorientować czytelnika – ale jeśli to drugie, to udało się w stu procentach.

Nową powieść Brzostowskiego czytało mi się przyjemnie, choć krótko. Solidna dawka absurdu i czarnego humoru z pewnością spodobają się komuś, kto preferuje taki rodzaj rozrywki. Fabuła, choć nieskomplikowana, intryguje i porywa, sprawiając, że wnętrze tylnej okładki ukazuje się zaskakująco szybko. Muszę się za to przyznać, że trudno mi tutaj było dojrzeć jakieś drugie dno. Czy pod warstwą dziwnego kryminału kryje się coś więcej? Najlepiej będzie, jeśli sprawdzicie to sami. W najlepszym wypadku dopatrzycie się tu czegoś, czego nie zauważyłem, a w najgorszym... Spędzicie miło godzinę lub dwie. Mogło być gorzej, prawda?

Dane ogólne:
Tytuł: Międzynarodowy Dzień Mafii
Autor: Marcin Brzostowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Internetowe E-bookowo
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 142

wtorek, 19 lutego 2019

„Międzynarodowy Dzień Mafii” Marcina Brzostowskiego – zapowiedź patronatu



Hej! Mamy przyjemność poinformować, że 1 marca ukaże się drukiem nowa książka Marcina Brzostowskiego, „Międzynarodowy Dzień Mafii”. Tą pozycję nasz blog objął patronatem medialnym (:

„Międzynarodowy Dzień Mafii” – to powieść (kryminał), której główny bohater, inspektor Franco Fog, znany z powieści „Zemsta kobiet”, ma za zadanie rozwiązać zagadkę dotyczącą tajemniczej śmierci gangstera, Szkarłatnego. W trakcie prowadzonego śledztwa wychodzi na jaw, że śmierć mafiosa to dopiero początek całej fali nieoczekiwanych zgonów spośród przedstawicieli przestępczego światka. Kiedy sprawa zostaje niemal rozwiązana, pan inspektor przekonuje się, że został wplątany w potężny spisek kobiet, głównie żon gangsterów, które zamierzają przejąć władzę od swoich mężów i nie tylko. Czym skończy się dla Franco Foga spotkanie z żądnymi władzy paniami, niech przekona się sam Czytelnik.

Być może pamiętacie jeszcze recenzowaną przez nas „Zemstę Kobiet”, jeśli nie, to serdecznie zapraszam do przeczytania recenzji. Jak potoczą się dalsze losy (biednego) Franco Foga? 
Odpowiedź na to pytanie poznać można za sprawą dostępnego już ebooka, my natomiast niedługo będziemy mieli małą niespodziankę dla tych, którzy lubią czytać książki papierowe. Do przeczytania zatem! (:

wtorek, 27 listopada 2018

„Muzeum dusz czyśćcowych. Opowieści niesamowite” Stefan Grabiński

Stefan Grabiński to twórca nieco ostatnio zapominany wśród czytelników. Przeciętny entuzjasta literatury, zapytany o klasyków grozy, wymienia jednym tchem Lovecrafta, Stokera, Mary Shelley, Poego… A co z naszym, krajowym literackim dorobkiem, czy u nas nie pisuje się grozy? Wręcz przeciwnie. Twórczość pana Grabińskiego postanowiło przypomnieć w tomie opowieści zebranych wydawnictwo Vesper, i zrobiło to w doskonałym momencie. „Muzeum dusz czyśćcowych” jest bowiem lekturą wprost idealną na długie jesienne wieczory.

Trzydzieści trzy opowiadania podzielone zostały na tematyczne rozdziały, wśród których znajdziemy wątki przewodnie, takie jak motyw kolei, podróży, ognia, dymu i kilka innych. Na wejściu zaserwowano zaś czytelnikowi tekst, który doskonale wprowadza w klimat i styl pisania Grabińskiego: bohater „Po stycznej” jest człowiekiem, który obsesyjnie doszukuje się wokoło różnego rodzaju spisków. Każde napotkane zdarzenie bądź osoba, pijak na ulicy, przypadkiem zasłyszana rozmowa – mają stanowić cześć machiny, wiodącej go w określone miejsce. I choćby się chciało, nie uśmiechniemy się z politowaniem nad dolą wariata, jako że jego domysły i obserwacje i czytelnikowi złożą się w dziwnie sensowną całość – a zakończenie nie da jasnej odpowiedzi na pytanie, czy wszystko było zwidem, czy miało w sobie ziarno prawdy.

Grabiński buduje swoje fabuły na wątpliwościach i niejasnych przesłankach. Motyw szaleńca, wariata, który być może wcale wariatem nie jest, lecz znalazł się w centrum uwagi sił nieczystych czy złych intencji, przewija się w różnych odsłonach przez całą książkę. Grabiński za bohaterów swoich historii obiera ludzi prostych, konkretnych, posiadających wieloletnie doświadczenie w swoim zawodzie – maszynistów, dróżników, strażaków, kominiarzy… Wśród nich spotkamy jednak zarówno ulegających ułudom i majakom poważanych specjalistów, jak i starców, których przestróg nikt nie będzie słuchał. I chociaż widoczny jest pewien kierunek, w jakim zmierza dana opowieść, zakończenie niejednokrotnie zaskakuje – i nie pozwala na jednoznacznie określenie przyczyny opisanych wydarzeń. Intrygujące jest, jak swobodnie porusza się autor pomiędzy różnymi gatunkami literackimi – „Muzeum dusz czyśćcowych” to nie tylko groza, to przede wszystkim mieszanka, w której znajdziemy zarówno fantastykę, jak i romans, powieść psychologiczną, filozoficzną, a nawet elementy science-fiction.

Siłą opowiadań Grabińskiego jest ich wieloznaczność. O tym, czy katastrofę kolejową spowodował demon, duch jakiś złośliwy, czy też sam człowiek, nadto ulegający złudzeniom i zbyt wierzący – a może właśnie zbyt powątpiewający – swoim zmysłom, przyjdzie czytelnikowi zdecydować samemu. Przykładowo, w „Fałszywym alarmie” bohater jest świadomy tego, że wokół niego zachodzą zjawiska niewytłumaczalne, ale zamiast rozważać ich możliwe przyczyny skupia się na desperackich próbach ostrzegania innych i zapobiegania nieszczęściom. Niestety dostrzegana przez niego prawidłowość nie jest na tyle jasna dla jego otoczenia i ludzi zawiadujących innymi stacjami, przez co staje się obiektem żartów i podejrzeń o nadużywanie alkoholu. Katastrofa nadchodzi… Z drugiej strony, w „Smoluchu” wyraźnie pojawia się widmo, wieszczące nadchodzące problemy. Tu jednak, pomimo wskazania na nadprzyrodzony motyw i niejako zrzucenie na niego całej odpowiedzialności, jednocześnie poddaje się w wątpliwość nie tylko zdrowe zmysły głównego bohatera, ale nawet… jego intencje. Utrata zaufania do postaci grającej w opowieści pierwsze skrzypce to doskonały zabieg, nadający treści unikalnego charakteru. Ale narrator, a z nim główny bohater, nie kłamie… on po prostu może inaczej niż otoczenie postrzegać rzeczywistość. I silnie swojemu postrzeganiu ufać.

Zbiorcze wydanie „Opowieści niesamowitych” stoi na wysokim poziomie pod względem wizualnym i jakościowym. Twarda oprawa utrzymana jest w tonacji sepii, urozmaicona drukiem selektywnym, ukazującym szczegóły jedynie pod uważnym spojrzeniem. W środku znajdziemy klimatyczne rysunki autorstwa Macieja Kamudy i posłowie, pisanie przez Macieja Płazę, w którym rzuca on szersze światło zarówno na autora, jak i dodaje nieco historycznego i obyczajowego kontekstu jego twórczości. Miłym dodatkiem do książki jest, oczywiście, tematyczna zakładka.

Prozy Grabińskiego może nie czyta się „jednym tchem” – jestem tu, podobnie jak w przypadku opowiadań Lovecrafta, zdania, że najlepszy efekt osiąga się dawkując je sobie zamiast ciągłego czytania – jednak zdecydowanie wywiera ona wrażenie. Trudno powiedzieć, co bardziej przekonało mnie do twórczości autora: budowanie nastroju za pomocą sugerowania zagrożenia, nie zaś mówienia o nim wprost, tematyka kolejowa i inna bliska życiu („Demon ruchu” i „Księga ognia” to zdecydowanie moje ulubione części tomu), czy może nieoczywiste zakończenia, podważanie czytelniczego zaufania nie tylko do bohatera, ale i do własnego osądu? Bez względu na ostateczną przyczynę, „Muzeum dusz czyśćcowych” po prostu trzeba znać. 


Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Muzeum dusz czyśćcowych. Opowieści niesamowite
Autor: Stefan Grabiński
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 576