Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

środa, 19 lipca 2017

„Lis #5: Echa przeszłości” - recenzja komiksu

Na piątego – i jak się okazuje, w pewnym sensie ostatniego – „Lisa” przyszło nam czekać bardzo długo. Wydany w zeszłym roku zeszyt czwarty pozostawił bohaterów w bardzo niekomfortowej sytuacji, a nadziei na prędkie jej rozwikłanie nie dało się spełnić. U mnie moment zapoznania się z dalszymi losami Lisa i jego antagonistów musiał zostać odłożony jeszcze na chwilę, jednak dość czekania – czas zobaczyć, co przygotowało dla czytelników trio Stańczyk-Awdjenko-Oleksów.

Policjanci pod komendą Zbyszka Zgrozy ujęli pozbawionego przytomności Strażnika. Sam Zgroza pojawia się w biurze pomimo tego, że jeszcze nie do końca udało mu się wydobrzeć po ciężkim łomocie, który dostał od ściganego. Strażnik został poddany badaniom, które ujawniły znaczące anomalie w jego ciele – coś, co trudno jest pojąć twardo stąpającym po ziemi glinom. Na ekipę czeka jednak kolejna niespodzianka – komendę odwiedza grupa ludzi wraz z niejakim Algernonem Shawem, planując przejęcie uwięzionego. Sprawdzając personalia gościa wpadają jednak na inny trop: ściśle wiążący się z wypadkiem w pewnym laboratorium, w którym to zdarzeniu miał ucierpieć niejaki… Gabriel Majewski.

Piąty zeszyt „Lisa” to istne pasmo zaskoczeń. Pierwsze kadry pokazują nam Gabriela w konfrontacji ze Zgrozą, który nie ma zwyczaju cackać się z podejrzanymi, a młody zdecydowanie wpadł po uszy, choć sam jeszcze nie wie, jak bardzo. Potem otrzymamy jeszcze kilka informacji na temat obu superbohaterów, Lisa i Strażnika, chociaż tu akurat mniej dostaniemy ich samych, a więcej wglądu w to, jak ostatnie wydarzenia zostały odebrane przez społeczeństwo i związanych ze śledztwem policjantów. Nieuniknione wydają się więc rozgrywki polityczne, wykorzystywanie zarówno tragedii rozgrywających się na ulicach miasta, jak i schwytania Strażnika. Czy będą z tego jeszcze jakieś kłopoty? Nie zdziwiłabym się.

W tym zeszycie pojawia się mnóstwo wątków osobistych. Nie zdradzając zbyt wiele wspomnę tylko, że pojawi się Laura, jak i inni członkowie rodziny Gabriela, przy czym pewne powiązania zaczną wskakiwać na swoje miejsca – niektóre zaznaczone wprost, inne dopiero zasugerowane. Widać tu zaczątek jakichś mrocznych wspomnień z przeszłości kilku bohaterów. Jak się pokazuje, związków pomiędzy nimi jest znacznie więcej, niż by to się mogło wydawać.

„Lis” nie byłby „Lisem” bez sceny dobrego mordobicia, a więc, jak się domyślamy, uśpiony środkiem dla dużych zwierząt Strażnik w końcu się obudzi. To, z kim będzie walczył, stanowi jednak kolejny tajemniczy szczegół, będący jedynie wstępem do możliwych dalszych komplikacji. Walka jest jednak wyjątkowo widowiskowa, brutalna i wzbogacona o efekty specjalne. Pozycję rysownika zajęła tym razem Patrycja Awdjenko (obecna też w ekipie tworzącej „Lisa 4,5”), kreśląc bohaterów w sposób surowy, odrobinę kanciasty, lecz zdecydowanie świetnie oddający charaktery postaci i ich mimikę. Podoba mi się zwłaszcza Zgroza w tej odsłonie, ilustratorka świetnie oddała też podobieństwo dwójki innych bohaterów, które od razu rzuca się w oczy (ha!). Natomiast Strażnik pozbawiony swojego charakterystycznego wdzianka to kawał brzydala – tak, możemy go tu zobaczyć bez maski. Klimat świetnie uzupełnia surowa, bardzo mocno skontrastowana kolorystyka, do której przyzwyczaiły już czytelnika poprzednie zeszyty komiksu.

Piąty „Lis” to część, która zawiera w sobie największy ładunek treści. Tylu nowych, zaskakujących informacji nie było jeszcze w żadnej części serii. Jeśli miała być ona zakończeniem pewnego etapu, to spełniła swoje zadanie w całej rozciągłości, zostawiając po sobie więcej pytań niż udzieliła odpowiedzi. Tym lepiej – oby tylko nie było nam dane czekać zbyt długo na ciąg dalszy!


Za egzemplarz komiksu dziękuję wydawnictwu Sol Invictus.

Dane ogólne:
Tytuł: Lis #5: Echa przeszłości
Autorzy: Dariusz Stańczyk (scenariusz), Patrycja Awdjenko (rysunek), Jakub Oleksów (kolor)
Wydawnictwo: Sol Invictus
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 32

czwartek, 13 lipca 2017

„36 Forteli” Piotr Plebaniak

Trudno znaleźć kogoś, kto nie słyszał o choćby jednym z dzieł z cyklu Siedmiu Ksiąg Wojennych, uznawanego za pierwsze w historii traktaty poświęcone strategii i prowadzeniu działań zbrojnych. Mowa rzecz jasna o „Sztuce Wojny” mistrza Sun Zi, prawdopodobnie najszerzej nadinterpretowanej książce w historii, wyłączywszy wszelkiego rodzaju święte księgi. W szczególności współczesny marketing i rozwój osobisty otaczają tę publikację pewnego rodzaju czcią, sprawiając, że narosła wokół niej cała masa fałszywych przekonań. Szczęśliwie taka profanacja wcale nie umniejsza jej wartości i zbiór rad starożytnego mistrza wojny do dziś pozostaje lekturą zarówno aktualną, jak i pożyteczną. Niewiele jednak osób zdaje sobie sprawę z istnienia drugiej, kto wie, czy nie ważniejszej – a z całą pewnością znacznie bardziej praktycznej – publikacji, poświęconej trudnej sztuce robienia przeciwnika w metaforycznego konia. Prezentowana dzisiaj książka nie jest tą publikacją, jest jednak bardzo blisko z nią spokrewniona – stanowi bowiem przeniesienie zawartych w niej koncepcji na swojski, polski grunt. Oto „36 forteli” autorstwa Piotra Plebaniaka.

Książka podzielona jest na dwie części. Rzeczone trzydzieści sześć sprytnych zagrań znajduje się dopiero w drugiej, zatytułowanej dokładnie tak samo jak cała książka, warto jednak odłożyć nagrodę na później i z zapałem zabrać się do lektury pierwszej, „Walki z cieniami”. Dlaczego? Powodów jest kilka – przede wszystkim taki, że w bardzo poręczny sposób zapewnia ona kontekst kulturowy, w jakim osadzone będą dalsze rozważania. Piotr Plebaniak staje tu na wysokości zadania, w bardzo obrazowy sposób ukazując różnice pomiędzy tym, jak tradycyjnie postrzegał wojnę Europejczyk, a jak Azjata, demonstrując, że dla władyków Państwa Środka nie istniało rozgraniczenie pomiędzy wojną a negocjacjami oraz wywodząc, że typowy dla nich pragmatyzm znajduje swoje korzenie w filozofii taoizmu i konfucjanizmu. Kluczem do zrozumienia chińskiej myśli strategicznej jest teoria, iż w naturze każde zjawisko posiada regularne cykle wzrostu i upadku – zaś najważniejszą czynnością jest ich rozpoznanie, by móc unikać przeciwnika w momencie, kiedy jest silny, a uderzać, gdy jest słaby. Kolejny, być może ważniejszy powód to ten, że „36 forteli” stanowi rozwinięcie myśli zawartych w „Sztuce Wojny”, które z dużą pieczołowitością przybliża Plebaniak czytelnikom, którzy nie mieli okazji sięgnąć po pierwowzór – pozostałym zaś odświeża i przypomina niezbędne dla obcowania z tą pozycją informacje. „Walka z cieniami” stanowi świetne wprowadzenie do kultury ojczyzny Sun Zi, szczególnie dla osób, które posiadają na ten temat wiedzę szczątkową, pobieżną – nie jest przeładowana zbędną, wprowadzającą zamęt informacją, zamiast tego w przystępny sposób podając kwintesencję zagadnienia.

Część druga, „Trzydzieści sześć forteli”, zawiera to, po co sięga się po tę książkę – opis trzydziestu sześciu strategii wprowadzania przeciwnika (na dowolnej płaszczyźnie – w końcu dla strategów z dawnych Chin wszystko jest rodzajem wojny!) w błąd i uzyskiwania nad nim przewagi za pomocą przebiegłości. Opis każdego z forteli ukazywany jest zawsze za pomocą tego samego, czytelnego wzoru: najpierw przedstawiona zostaje sama idea danego podstępu, następnie ta ieda poparta jest przykładami z historii - zarówno starożytnej, jak i współczesnej! – a na sam koniec pojawiają się praktyczne rady dotyczące użycia danej taktyki, a także jej kontrowania i obrony przed nią. Pośród omawianych w książce strategii znajdziemy takie klasyki, jak „Zabij pożyczonym nożem” (czyli na nasze: „poszukaj kozła ofiarnego, który poniesie konsekwencje lub odwali czarną robotę za ciebie”), „Fortel pięknej kobiety” („pozbaw oponenta władzy nad własnym zachowaniem, nierzadko odwołując się do jego pragnień i żądz”) czy „Ucieczka jest najlepsza” (chyba nie wymaga wyjaśnienia). Pojawiają się też taktyki co bardziej nietypowe (mój ulubiony „Fortel pustego miasta”, czyli – oszukaj przeciwnika, mówiąc prawdę, kiedy będzie się spodziewał kłamstwa), jednak wzrok zdecydowanie najbardziej przykuwają te o enigmatycznych, absurdalnie brzmiących nazwach: „Pożycz drogę, by uderzyć na Guo”, „Wykorzystaj okazję, by zagarnąć każdą kozę”, a nawet... „Ożyw martwego”, wbrew temu, co sugeruje nazwa, wcale nie proponujący zabawy w nekromancję czy demonologię. Celowo nie wyjaśniam, o co może w nich chodzić – przeczytajcie i sami się dowiedzcie, co to znaczy „obrabować płonący dom”!

Lektura wszystkich trzydziestu sześciu propozycji forteli z początku odrobinę mnie rozczarowała – wiele z opisanych w książce technik stanowi różne iteracje jednej i tej samej myśli. Nie powinno to jednak dziwić, w końcu wszystkie trzydzieści sześć wywodzi się z czterech głównych reguł prowadzenia wojny, zdefiniowanych już przez Sun Zi. Błędem jest spodziewanie się, że każdy fortel wniesie coś zupełnie nowego – przebiegłość nie polega przecież na sileniu się na innowacje, a na zauważaniu i dekonstrukcji schematów. Warto mieć to na uwadze przystępując do lektury.

Piotr Plebaniak posiada nie lada talent gawędziarski, nie szczędząc w swoich wywodach licznych nawiązań zarówno do współczesnej historii, jak i popularnych tekstów popkultury. Solidny merytorycznie tekst bywa przeplatany żartami i anegdotami, dając w czasie lektury okazję do odprężenia się, co pomaga przyswajać zawarte w tekście informacje. Sprawia to, że jego książka jest lekka w tonie i przyjemna w odbiorze, jednocześnie niosąc z sobą niespodziewanie duży ładunek wiedzy. Jednak nawet mimo tego należy „36 forteli” czytać porcjami, dając sobie czas na „przetrawienie” – tak, aby z lektury wynieść możliwie jak najwięcej. Dociekliwych z pewnością zainteresuje obszerna bibliografia, świetny punkt wyjścia dla dalszego samokształcenia, kolejny olbrzymi atut.

Cóż dodać? „36 forteli” mogę tylko szczerze polecić – nie tylko tym z naszych czytelników, którzy planują uczestniczyć w wojennych potyczkach. Skuteczne działanie to sztuka, której arkana okazują się użyteczne w wielu dziedzinach życia codziennego, a nie ma lepszych jej nauczycieli, niż stratedzy Państwa Środka. Szczególnym atutem jest obszerny wgląd w kulturę, która wykształciła sposób pojmowania świata oparty właśnie na przebiegłości i wyrachowaniu, a także mnogość ciekawostek historycznych – podanych w sposób, który przyciągnął nawet takiego laika jak ja. A to już, moi drodzy czytelnicy, o czymś musi świadczyć.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka.

Dane ogólne:
Tytuł: 36 forteli. Chińska sztuka podstępu, układania planów i skutecznego działania
Autor: Piotr Plebaniak
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 792

niedziela, 2 lipca 2017

Stosik #28 Czerwiec - Lipiec 2017, czyli potęga skromności

Hej, kochani! Czerwiec minął jakoś tak niepostrzeżenie. Długo czekało się na cieplejsze dni, a gdy wreszcie przyszły, niewiele udało się z nich skorzystać. Ten miesiąc był dla nas kiepski jeśli chodzi o działalność recenzencką - niekończąca się praca, trochę problemów zdrowotnych, odrobina stresu z kończącymi się terminami, a przez to znacznie mniejsza od normalnej umiejętność skupienia uwagi na czymś, co nie jest pracą. Ten ciężki czas się skończył - przyszły nowe siły, więc i zaległości szybko się nadrobią, i coś nowego będzie można wreszcie zaplanować. A pomysłów nie brakuje...

Książkowo czerwiec nie przyniósł wielu nowych pozycji. Na szczęście! Z zeszłego miesiąca zostało ich nam tyle, że ta skromność jest całkowicie uzasadniona. Trochę dostaliśmy co prawda „niespodzianek” książkowych, jeszcze więcej kupiliśmy sami, niemniej jednak i z tego, co udało się uzbierać, jesteśmy całkowicie zadowoleni.

Zacznę więc może od egzemplarzy recenzenckich, jako że wiele ich nie ma:

1. „Koralina”, Neil Gaiman, Wydawcniwto Mag. Gaimana jakoś nie trawię - od jego książek może się nie odbijam, ale i nie potrafię dostrzec w nich nic, co spowodowałoby u mnie ten entuzjazm, z jakim witają kolejne wznowienia zagorzali fani autora. Wyjątek zrobiłam własnie dla „Koraliny”, której fabułę mniej więcej znałam, a i przeczytanie planowałam już od jakiegoś czasu. Creatio Fantastica oferowało mi zaś możliwość zapoznania się z nią - skorzystałam więc. Książka przeczytana, a recenzja czeka na publikację na stronie portalu.
2. „Skrzydła nocy”, Robert Silverberg, Wydawnictwo Mag. Kolejny tom z mojej ukochanej serii Artefakty, trafił do mnie, jak powyższa pozycja, za pośrednictwem Creatio Fantastica. Oj, mieszane uczucia mam do tej książki... Podzielę się nimi, jak tylko recenzja trafi na stronę (:
3. „House of Cards i filozofia”, J. Edward Hackett, Wydawnictwo Editio (grupa wydawnicza Helion). To niespodziewajka, której obecność w paczce od wydawnictwa spowodowała u mnie mieszane uczucia. Zmotywowała mnie za to do obejrzenia serialu - wczoraj zapoznaliśmy się z Łotrem z pierwszym odcinkiem i myślę, że będziemy kontynuować oglądanie.
4. „Jesteś kozak”, Jen Sincero, Wydawnictwo Onepress (Helion). Kolejna z tej samej paczki, tym razem spodziewana, Łotr lubi (heh), więc zrecenzował. Czy jest od tego bardziej kozakiem - nie wiem.
5. „Inteligentna sieć. Algorytmy przyszłości”, Douglas McIlwraith, Haralambos Marmanis, Dmitry Babenko, Wydawnictwo Helion. Bardzo intrygująca pozycja poruszająca tematykę sztucznej inteligencji. Tylko dla siedzących w programowaniu! Łotr w trakcie rozkminiania (i uczenia się).

A tu już nasze zakupy (:

6,7. „Cmętarz zwieżąt” i „Carrie”, Stephen King, dalszy ciąg serii. Wraz z „Carrie” zakończyła się też lista pozycji, które z tego cyklu chciałam mieć, czy więc dorobię się kolejnych, to już czas pokaże.
8. „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”, Tomasz Marchewka, Wydawnictwo SQN. Łotra bardzo kusił łotrowy klimat książki, zgarnął ją więc przy okazyjnej wizycie w księgarni i przeczytał. Z tego co widziałam, nie żałował. Może da się namówić na napisanie czegoś?...
9. „Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze”, Edgar Allan Poe, Wydawnictwo Vesper. Zgarnięta z przecenionych egzemplarzy poekspozycyjnych na stronie wydawnictwa, no cóż... musiałam. Któż by się oparł Poemu w niskiej cenie?
10. „Golem¨, Gustav Meyrink, Wydawnictwo Vesper. Z tego samego źródła, co pozycja wyżej. Trochę ucierpiała (naklejanie cenówek tak, by nie dało się ich bezstratnie oderwać powinno być... ech. Karane.), niemniej jednak pokochałam jak swoje (;
11. „Światło”, M. John Harrison, Wydawnictwo Mag. Okazyjnie zgarnięta na Fantastycznym Targu, bom ciekawa była (:
12. „Akwaforta”. K.J. Bishop, Wydawnictwo Mag. Tu już ciekaw był Łotr, a trafiła się w niskiej cenie. Poza tym, hej, to Uczta Wyobraźni :D

Tyle na dziś! Stosik skromny, ale ładny i parę dobrych tytułów zawiera (:
Widzicie coś dla siebie? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

poniedziałek, 26 czerwca 2017

„Wojna starego człowieka” John Scalzi

Ludzie są śmiertelni. Ten powszechnie znany, banalny fakt pozostaje jednym z problemów, na które wciąż próbujemy znaleźć rozwiązanie. W pomysłach naukę prześciga tylko literatura science fiction. Mieliśmy już parę pomysłów na uzyskanie nieśmiertelności, jeszcze więcej na przedłużenie życia, ale co ze starością? Realnie rzecz biorąc, dodawanie kolejnych lat do średniej długości ludzkiej egzystencji jak na razie powoduje jedynie wydłużenie okresu, w którym obserwujemy powolne umieranie naszego ciała, nieubłaganie postępującą utratę sprawności. Czy tego właśnie chcemy? A gdyby tak eksploracja kosmosu przyniosła nam jeszcze inną opcję w tym dylemacie?

John Perry decyzję o wstąpieniu do wojska podjął wraz z żoną dobrych parę lat temu. Nie obyło się bez scysji – syn, nie potrafiący zrozumieć, co podkusiło rodziców dotąd bardzo krytycznie wyrażających się na temat wojny, postanowił odciąć się od rodziny. Kathy nie udało się dożyć siedemdziesiątych piątych urodzin, będących magicznym niemal wyznacznikiem granicy między życiem ziemskim a międzyplanetarną służbą w imię obrony kolonii. John, samotny, podupadający na zdrowiu człowiek przed zgłoszeniem się na komisję rekrutacyjną odwiedził jeszcze grób żony – a potem, podpisawszy oświadczenie o tym, że zrzeka się wszelkich dóbr ziemskich i zostaje oficjalnie uznany za zmarłego, udał się windą kosmiczną w nieznane.

Jak to się dzieje, że stary człowiek zostaje żołnierzem? Sytuacja we wszechświecie, którą dość pobieżnie nakreśla czytelnikowi John Scalzi, jest dość skomplikowana. Nie jesteśmy sami w kosmosie, co więcej – planet zdatnych do zamieszkania jest o wiele za mało. Na ostrej rywalizacji o miejsce do życia cierpią kolonie, których ochroną zajmuje się właśnie SOK, czyli Siły Obronne Kolonii, prowadzące stałą akcję rekrutacyjną na Ziemi. W kosmos jako pierwsi polecieli obywatele krajów trzeciego świata, co wywołało spory sprzeciw wielu społeczności, nie można jednak powiedzieć, by byli oni grupą faktycznie uprzywilejowaną. A co z armią staruszków? Tu dopiero jest ciekawie: to żaden przymus, a jedynie możliwość. Starsi ludzie, którzy dobrze znają wartość życia i konieczność jego ochrony, posiadający ogromny bagaż ziemskiego doświadczenia, ze względów psychologicznych nadają się do tej roli idealnie. Fizycznie trochę mniej – ale i na to znajdzie się sposób. Jaki? To już trzeba przeczytać samemu.

John Perry wyjątkowo przypadł mi do gustu jako bohater. Trudno pamiętać o tym, że w powieści ma już siedemdziesiąt pięć lat – jego żywy charakter i ironiczny humor sprawiają, że z miejsca budzi sympatię. Nie jest on jednak osobą naiwną, wręcz przeciwnie: wykazuje sporo zdrowego rozsądku i ostrożności, do podejrzliwości włącznie. Jego rozmowy z kompletnie pozbawionymi poczucia humoru urzędnikami rekrutacyjnymi to tylko zapowiedź klimatu, który będzie  – głównie dzięki bohaterowi – utrzymywał się przed większość powieści. Pozostałe postacie wypadają rozmaicie, chociaż w ogólnym zarysie nie da się im wiele zarzucić. Każdego potraktowano z odpowiednią dbałością o szczegóły i, chociaż przez karty powieści przewija się ich dość spora grupka, nie ma się wrażenia schematyczności w ich konstrukcji. Ich wiek działa na korzyść całości, tworząc z całkiem poważnej przecież w tematyce książki – czarną komedię science fiction z wojskowym smaczkiem. Pewnej stereotypowości nie dało się jednak uniknąć i cierpią na nią postacie będące w SOK-u starszymi stopniem ze starszym sierżantem Ruizem na czele. On to, biorąc na siebie rolę pierwszego łącznika nowych z nieciekawą rzeczywistością, która na nich czeka, wywiązuje się z tego zadania doskonale w klasycznie wojskowy sposób (to znaczy – rzucając co chwila niecenzuralnym słowem i zmuszając całą jednostkę do regularnego biegania). Już z początku próbuje odżegnywać się od wizerunku standardowego „poczciwego dowódcy”, który najpierw skopie rekrutowi tyłek, by potem uśmiechnąć się z dumą, widząc postępy swoich „dzieci”. W końcu okazuje się być dokładnie tym – a to, jak niewdzięczna była w rzeczywistości jego misja, dowiemy się znacznie później.

Mnogość ras, która w uniwersum Scalziego zamieszkuje kosmos, opisana została w sposób dość pobieżny, wystarczający jednak, by było nad czym się zastanowić. Są one, oczywiście, na rozmaitym poziomie rozwoju technologicznego (w którym to wyścigu ludzkość znajduje się gdzieś pośrodku). Zastanawia jednak stopniowe hamowanie pędu rozwoju – wydawałoby się, że nowe potrzeby spowodują raczej jego przyspieszenie, wyścig zbrojeń i boom na nowe technologie. Nic podobnego. Co prawda, trochę więcej umiemy, ale nie jest tego wiele. Większość przedstawionych nam przez literaturę science fiction tworów ludzkiego umysłu działającego w skali kosmicznej tym pozostaje – fantastyką. Więcej z tego, co ziemianie posiadają czy używają po prostu ukradli innym kosmicznym nacjom bądź zdobyli na drodze handlu – i jest to opisane jako standardowy proceder. Zaciekawił mnie natomiast fakt religijności niektórych ras, a raczej zauważalna zależność pomiędzy stopniem zaawansowania rozwoju technologicznego a przywiązaniem do wiary – im wyżej, tym większej religijności należało spodziewać się po kosmitach.

„Wojnę starego człowieka” mogę z czystym sumieniem polecić. To kosmiczna czarna komedia, klimatem trochę przypominająca filmy z Lesliem Nielsenem, ale podbarwiona lekko zagadnieniami natury moralnej. Czym jest człowieczeństwo? Czy ktoś, kto beznamiętnie morduje przedstawicieli innych nacji, nawet jeśli robi to w obronie swoich, nadal może nazywać się człowiekiem? Jak daleko możemy posunąć się w walce o przetrwanie? Książka Johna Scalziego jest pozycją dobrą, choć niepozbawioną wad, a i zdecydowanie wartą tego, by poświęcić jej chwilę i zastanowić się nad przesłaniem, jakie niesie pod płaszczem wojskowego, ironicznego humoru.

Dziękuję za książkę wydawnictwu Akurat – a recenzja napisana została dla portalu Polacy nie gęsi.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Old Man's War
Autor: John Scalzi
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 400

piątek, 16 czerwca 2017

Gościnnie: Po drugiej (wydawniczej) stronie


Zirytowałem się. Tak najkrócej można określić mój stosunek do kolejnego posta, w którym blogerka nawala w wydawnictwa jak w worek treningowy. Czas zatem na odpowiedź z drugiej strony.

Na początek się przedstawię – Dawid Wiktorski, znany też jako Fenrir. Spora część czytelników (jeśli nie większość) pewnie mnie już nie pamięta lub nigdy nie poznała. Nic dziwnego, swoją przygodę z blogowaniem zakończyłem ponad dwa lata temu, a trwała ona blisko pięć lat (śmiem twierdzić, że wcale nie szło mi źle). Od ponad trzech lat jestem redaktorem, ponad rok pracowałem w wydawnictwie jako osoba odpowiedzialna między innymi za marketing. Byłem też redaktorem prowadzącym darmowej e-antologii „Geniusze fantastyki”, obecnie prowadzę większy projekt o nazwie „Fantazmaty”. Śmiem zatem twierdzić, że mogę wypowiadać się jako osoba będąca po obu stronach barykady.

1. Dajcie egzemplarz!

Istna mantra powtarzana w każdym poście pod tytułem „Dlaczego wydawnictwa są fuj i dlaczego blogerzy są pokrzywdzeni”. Nie oszukujmy się, większość blogów zakładanych jest z myślą o „darmowych” (tak, wiem, że nie są darmowe, ale nie zamierzam tu czynić analizy tematu) egzemplarzach do recenzji. 

Pragnę zaznaczyć jedną rzecz: nie jestem przeciwnikiem współpracy z blogerami, wręcz przeciwnie! W trakcie blogowania i swojej kariery poznałem spore grono ludzi, którzy naprawdę robią to, co lubią i przede wszystkim robią to z głową. Ale mówię tu o ludziach, którzy nie założyli bloga wczoraj, starają się doskonalić i piszą o tym, na czym się znają. No i oczywiście znają się na samym pisaniu, przynajmniej w jakimś stopniu.

Co zaś można zobaczyć w praktycznie każdym blogowym narzekaniu na wydawnictwa? Że wydawnictwa nie chcą dawać egzemplarzy, że wymagają oddania tekstu w konkretnym terminie, że śmią zgłaszać zastrzeżenia co do jakości (tak tak!), a także że nie odpisują. 

Pragnę teraz zapytać – dlaczego to wydawca jest sprowadzany do roli dostarczyciela książek? Dlaczego ciągle uderza się w wydawnictwa, w ogóle nie myśląc o tym, że może problem leży po waszej stronie? Czy kiedykolwiek pomyśleliście o tym, że wasz blog może nie być atrakcyjny dla wydawcy? Że piszecie o wszystkim i o niczym, że piszecie słabo, że szata graficzna bloga odstrasza na kilometr? Że macie za mały staż, że są ludzie lepsi i bardziej od was doświadczeni?
Nie sądzę.

Podczas pracy w wydawnictwie otrzymywałem całkiem sporo zgłoszeń od blogerów, którzy chcieli podjąć współpracę. Pół biedy, jeśli za entuzjazmem szły przynajmniej konkretne zainteresowania, można było sprawdzić delikwenta i zaprosić do współpracy (ale nie zawsze, wielu osobom odmówiłem). Nie ukrywam, że istniały też wiadomości typu „generalnie to nie chcę nic konkretnego, co dacie do recenzji, to wezmę z chęcią”, które pozostawiały mnie z uczuciem zażenowania – książki to „produkt” bardzo różnorodny i ciężko mi zrozumieć tak lekceważący stosunek zarówno do autorów, jak i wydawcy. Za każdym tytułem stoi sztab ludzi, który zajmował się tekstem – za każdym razem proces wydawniczy wyglądał inaczej, za każdym razem książka znajdzie innych odbiorców. Tymczasem w powyższym scenariuszu wszystko sprowadzało się do „daj książkę, byle za darmo”. Pewnie nawet książkę kucharską mógłbym mu wcisnąć, gdybym był za promocję takiej odpowiedzialny.

Nie oszukujmy się – znaczna część blogosfery nie jest atrakcyjna dla wydawców, szczególnie jako część promocji książki. Realne zasięgi są niewielkie, ogromna większość ruchu jest generowana wzajemnie przez blogerów, a z roku na rok cała ta internetowa społeczność jest wyszydzana coraz mocniej. Nie bez powodu – blogi wartościowe dosłownie są zalewane potokiem chały.

Pragnę też podkreślić, że czasami na maile nie otrzyma się odpowiedzi – w istocie. Czy ktoś  w ogóle zastanowił się, że pracownicy marketingu wcale nie czekają z herbatką w dłoni na wasze maile? Nie twierdzę, że sytuacja z nieodpisywaniem jest okej, ale zrozumcie, że obowiązków jest tona, przychodzących maili (znacznie ważniejszych niż „dajcie egzemplarz X!”) jeszcze więcej. Czasami zapomni się odpisać, czasami zostawi to na później, które już nigdy nie nastąpi, bo mail zostanie przykryty setką kolejnych. Taka specyfika branży – nie odpisali wam? Przypomnijcie się. Nie odpisali ponownie? Zostawcie, brak odpowiedzi też jest odpowiedzią, nawet jeśli niekoniecznie miłą.

2. Wyzysk, wszędzie wyzysk!

Blogerzy bardzo często narzekają na to, że nikt im nie płaci, że poświęcają swój czas i umiejętności (nawet jeśli tych ostatnich brak), a wydawnictwa to krwiopijcze szuje. 

Czy ktokolwiek zmuszał was do akceptacji warunków? Pytam, bo autorami takich komentarzy bardzo często są osoby, które same z siebie zgłaszają się do wydawnictw, a nie na odwrót.  

Zrozumcie – złą sytuacją jest, gdy wydawnictwo próbuje z blogera zrobić tubę reklamową, ale jeszcze gorszą, gdy bloger oskarża wydawnictwo, że bezpośrednie zabiegi mające na celu zdobycie odrobiny więcej klików (kanały społecznościowe, zdjęcia etc.) nie są dla blogera, a dla wydawcy.

Tak, bloga książkowego zmonetyzować w Polsce cholernie trudno, jednak weźcie pod uwagę, że to wy założyliście bloga. To wasz blog i to wy decydujecie, ile czasu chcecie mu poświęcić. Jeśli coś nie sprawia wam przyjemności i wypatrujecie tylko wymiernych zysków, to dlaczego w ogóle pojawiają się oskarżenia pod adresem wydawców, którzy na taki układ przystępują? Pamiętajcie, że zarówno bloger chce mieć coś z tego układu (książka do recenzji), jak i wydawca (tekst i reklamę). I fakt, że nikt nie płaci za recenzję nie oznacza, że macie prawo do napisania tekstu na „odwal się”. 

Fakt, gros marketingowców nierzadko nawet nie wie, jaką książkę reklamuje i nie zwracają uwagi na karygodne błędy w recenzji (pomińmy już aspekt braku wiedzy na temat samych recenzji), ale wciąż to wy jako autorzy tekstu jesteście zobowiązani do dbania o ich jakość. Reagowanie na krytyczne komentarze odpowiedziami typu „Nie podoba się? Nie czytaj” albo moim ulubionym „To Pańska opinia i ma Pan do niej prawo” tylko wbija kolejne gwoździe do sporej trumny. Olewajcie hejt, ale nauczcie się, że krytyka i wskazanie błędów w tekście (szczególnie gdy robi to ktoś z większą od was wiedzą) przyniesie plusy.

Nadmienię jednak, że nie oznacza to, że można pleść, co ślina na język przyniesie i nie konsultować np. wpisów o wydawnictwach przed publikacją – bo sporo takich zawiera wierutne bzdury, w które uwierzą osoby bez żadnej wiedzy na ten temat. Skonsultować się z osobami z branży naprawdę nie jest trudno, trzeba tylko chcieć.

3. Kontynuujcie serię!

Zdecydowanie uwielbiam ten punkt. Praktycznie nikt nigdy nie zastanowił się, dlaczego sytuacja z wieloma seriami wygląda, jak wygląda.

Wydawnictwo to firma, a zadaniem firmy jest zarabiać – jeśli sprzedaż jest niewystarczająca (a taką można tylko przewidywać, w praktyce przypomina to bardziej rosyjską ruletkę), to trudno wymagać od wydawcy, by za niewystarczające zainteresowanie czytelników dopłacał do wydania całej serii. Tym bardziej, że koszty związane z wydaniem książki to nie równowartość kieszonkowego, lecz gruba kasa – w wariancie bardzo optymistycznym i niskonakładowym? Kilkanaście tysięcy złotych. Bardziej „rynkowe” warunki to już kilkadziesiąt tysięcy. Dobrą połowę kwoty zabierze dystrybutor, zostaje połowa, z której trzeba opłacić koszty procesu wydawniczego (wspomniane wyżej kwoty), ale także funkcjonowanie wydawnictwa (bo czynsz, rachunki i pracownicy kosztują), a i jeszcze fajnie byłoby wyjść na plus, nie na zero.

Dlaczego w ogóle uważacie, że wydawca robi wam na złość decyzją o niekontynuowaniu serii? Naprawdę nikt nie będzie dopłacał ciężkiej kasy tylko po to, by co najwyżej kilkadziesiąt osób mogło przeczytać tekst po polsku (a tak najczęściej wyglądają wszystkie zmasowane akcje mające na celu wywarcie na wydawcy nacisku). 

Tak, nie lubię przesady (bo wszyscy wiemy, że jedna z czołowych polskich oficyn swego czasu zaczęła multum serii i nie skończyła prawie żadnej, ale to już typowa przesada w drugą stronę), ale, na litość, zrozumcie, że wydawnictwo nie jest instytucją charytatywną. Macie prawo być rozgoryczeni, nie macie prawa wyzywać pracowników wydawnictwa (tak, takie sytuacje mają miejsce).

4. Nie tykać!

To chyba najgorsze, co w ogóle ma miejsce w blogosferze i zjawisko narasta od dłuższego czasu – uzurpowanie sobie statusu świętych krów, których nie można w ogóle tknąć. Jakakolwiek krytyka w kierunku pojedynczej osoby/całej blogosfery? Natychmiastowe zwarcie szeregów i plucie jadem w stronę krytykującego, że nie miał prawa, że mógł kogoś urazić/obrazić/zrazić/zranić. Czy kiedykolwiek skończyło się to choć odrobiną refleksji, że może coś jest do zmiany, że może czas na zmiany? Nawet jeśli tak, to w przypadku jednostek, nie w przypadku grupy. Przykładów daleko szukać nie trzeba – wszyscy pamiętają aferę z jednym mało przyjemnym twórcą (nazwiska nie podam, coby reklamy nie robić). Miał prawo uważać recenzję za złą. Czy ktokolwiek w ogóle wziął pod uwagę taki scenariusz? Nie, na językach było tylko jego zachowanie, natomiast jakością recenzji jego ofiary nie zainteresował się zupełnie nikt. 

Nie tak dawno inny twórca w swoim felietonie wspomniał jedną z recenzji swojej powieści – nazwisko i tytuł także są nieistotne. Istotna jest reakcja blogosfery, w której rozbrzmiały ryki oburzenia, że jak to śmiano naruszyć święte prawo recenzenta do własnego zdania!

Czasami lubię przejrzeć recenzje redagowanych przeze mnie tytułów – z ciekawości, jak inni odebrali to, nad czym pracowałem i czy moje poprawki miały realny wpływ na odbiór książki. Pominę już fakt, jak wiele razy można znaleźć w recenzjach fałszywe informacje lub interpretacje dosłownie z kosmosu, bo o tym można by pisać bardzo długo. 

Jaki jest tego efekt? W wydawcę (a pośrednio w autora) mogą uderzać wszyscy. A co z blogerami? Czy można krytykować krytykującego? Reakcja blogosfery (nie pierwsza, nie druga i nawet nie trzecia) każe sądzić, że absolutnie nie. Naprawdę nie należy się zatem dziwić, że blogosfera jest odbierana w sieci niezbyt pozytywnie.

5. Bo tylko ci popularni mają dobrze!

Skąd bierze się popularność poszczególnych blogów? Jest kreowana w sporej mierze przez… innych blogerów. Wystarczy zajrzeć w komentarze pod losową recenzją – festiwal nic nieznaczących komentarzy, które mają za zadanie głównie pokazać, że ich autor w ogóle istnieje i może gdzieś tam sobie bloguje. Wydawcy – mimo wszystko – w znacznej mierze zależy na dotarciu z tytułem do jak największej grupy odbiorców. Efekt? Czasami wręcz na siłę nie wspiera się dobrych, lecz popularnych, którzy stali się popularni dzięki innym blogerom. I nakręca się spirala – bloger jest wielbiony przez grono maluczkich, którzy przyklasną największym bzdurom, jakie wyjdą spod jego pióra. Jest to bardzo dobrze widoczne we wszystkich postach krytykujących wydawnictwa – chyba nie widziałem blogera, który publicznie zastanowiłby się nad zasadnością oskarżeń, czy nie są one tylko wymysłem autora.

6. Nikt nam nie zagrozi

To już raczej forma podsumowania – w świetle tego, że bardzo wielu blogerów wciąż uważa, że to wydawcy powinni być na ich zawołanie. Otóż nie – internet jest bardzo dynamicznie zmieniającym się tworem i obecnie blogosfera książkowa zaczęła być w odwrocie. Potwierdzają to rozmowy z osobami z branży, potwierdzają to ostatnie ruchy większych oficyn w ograniczeniu liczby egzemplarzy recenzenckich dla blogerów. 

Czas sobie uświadomić, że blogosfera książkowa w obecnym kształcie nie ma przyszłości poza byciem środowiskiem dla ludzi lubiących pisać o czytaniu. Pojawia się coraz więcej innych kanałów promocji książek, a blogi tracą na znaczeniu z bardzo prostego powodu – nie są w stanie zainteresować czytelnika innego, niż tego wywodzącego się z tej samej internetowej społeczności. Innymi słowy: mamy do czynienia z wężem zjadającym własny ogon.

Dawid „Fenrir” Wiktorski
Kontakt: dawidwiktorski@gmail.com

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Jen Sincero „Jesteś Kozak! Uwierz w siebie i zacznij żyć pełnią życia”


Trudno być szczęśliwym w nowym, pięknym dwudziestym pierwszym wieku. Przynajmniej tak można sądzić, zważywszy na to, jak wiele na rynku wydawniczym pojawia się rozmaitych poradników, których autorzy próbują nauczyć nas, jak być szczęśliwymi, żyć pełnią życia, odkryć wewnętrzną harmonię, wszystko sobie poukładać. Kryje się za tym prosta logika – ktoś musi to przecież czytać, skoro gatunek cieszy się aż tak dużą popularnością, że wciąż i wciąż pojawiają się nowi nauczyciele szczęścia z kolejnym zestawem praktycznych mądrości, mających uwolnić twój (tak, twój, nie kogoś innego!) wewnętrzny potencjał do bycia pięknym, mądrym, przebojowym i bogatym. Mało optymistyczną rewelacją jest za to taka, że... Wraz z przesyceniem się rynku popyt powinien słabnąć – a nie słabnie. Przybywa poradników, a nie przybywa szczęśliwych ludzi, więc nadal przybywa poradników. Czy rozwiąże to kolejna pozycja wydawnictwa OnePress? Przekonajmy się: oto „Jesteś Kozak! Uwierz w siebie i zacznij żyć pełnią życia” autorstwa Jen Sincero.

Na samym początku jedno spostrzeżenie – polski tytuł tej pozycji być może nie do końca oddaje ideę, która stała za nim w oryginale. Słówko „Kozak” dość powszechnie i raczej przykro kojarzy się przecież z osiedlowymi wirachami, których szczytowym osiągnięciem jest naparzanie się po facjatach na sobotnich potańcówkach przy techno (ciut rzadziej natomiast – ze zbrojną formacją rozrabiaków wywodzącą się z Ukrainy od XVI do XVIII wieku, też nieszczególny powód do dumy). Użytym w oryginalnym tytule publikacji słowem jest „badass”, tyle że akurat nie ma ono polskiego odpowiednika (przynajmniej oficjalnego – spotkałem się z ciut lapidarnym tłumaczeniem „złodupiec”, ale... ech), stąd myślę, że tłumacz mimo wszystko poradził sobie całkiem nieźle. Co to więc znaczy „badass”? Słowo to spopularyzowało się mocno w ciągu ostatniej dekady, a jego pierwotne znaczenie uległo pewnemu rozwodnieniu, gdyż bywa tak nazywane wszystko, co budzi jakiekolwiek pozytywne odczucia. Tymczasem „człowiek o złej dupie” to po prostu osobnik twardy, bezkompromisowy, niedający sobą pomiatać, ktoś, kto zna swoją wartość i nie boi się jej egzekwować. Jak więc, zdaniem pani Sincero, mieć złą dupę, to znaczy oprócz nabawienia się zmian zwyrodnieniowych części lędźwiowej kręgosłupa lub stawu biodrowego, bądź hemoroidów?

Poradnik zaczyna się obiecująco – autorka opowiada o swoich doświadczeniach w poszukiwaniu szczęścia w życiu, o dziesiątkach odbytych kursów i seminariów, na których nasłuchała się różnych głupstw, a które i tak nie sprawiły, że jej życie nabrało właściwego kolorytu. Ponura, zamartwiająca się o wszystko, radząca sobie nieźle, ale uważająca gdzieś w środku, że „nieźle” to mało – życiowe, prawda? Jak z takiej sytuacji przeszła na zupełnie przeciwny biegun? Nie precyzuje, ale twierdzi, że pierwszym etapem musi być podjęcie decyzji o chęci zmiany. Trzeba przestać marzyć, a zacząć planować – przestać gdybać, zacząć działać.

Pierwszy rozdział stanowi napisany z jajem, humorem i polotem zestaw właśnie takich porad, które są oczywiste dla każdego, po prostu piekielnie trudno na nie wpaść. Sincero wskazuje na to, jak ważne są podświadome przekonania, które wpojono nam we wczesnych latach życia oraz jak mogą one w destruktywny sposób oddziaływać na nasze dążenie do szczęścia. Nie jest to podręcznikowa psychoanaliza, bardziej bycie szczerym wobec samego siebie i praktyka trudnej sztuki słyszenia własnych myśli, rozumienia własnych dążeń i pragnień. Styl autorki jest lekki i sympatyczny, różne pomysły przeplata anegdotami wyrwanymi z własnego życia, co kojarzy się nieco z przyjacielską pogawędką przy piwie. Sincero nie usiłuje mędrkować, pouczać, nie sili się na profesjonalny, pretensjonalny ton, z jakiego znani są rodzimi „kołcze”, nie próbuje podpierać się bzdurnymi teoryjkami z rodzaju „amerykańscy naukowcy” i jeszcze nazywać tego psychologią. To jest w porządku i za to ogromnie autorkę szanuję.

Niektórzy z naszych czytelników pewnie czekali na ten moment. Wykrakaliście, no to macie – po tak zachęcającym wstępie zaczyna się standardowa wyliczanka: pozytywne myślenie, afirmacja, zaklinanie rzeczywistości, jeszcze raz afirmacja, jedność z Kosmiczną Energią. Innymi słowy – wszystko to, co proponuje każdy inny życiowy doradca, chociaż napisane nieco przystępniej. Z oceanu zdegenerowanej mądrości Wschodu da się sporadycznie wyłowić jakiś wartościowy aforyzm. Autorka przynajmniej wydaje się wierzyć w to, o czym pisze, zamiast po prostu kopiować cudze pomysły celem „programowania” swojego życia na „większą mamonę”, jak to robią niektórzy, także z naszego podwórka. Ba, to prawdopodobnie pierwszy tego typu poradnik, w którym możemy uświadczyć czegoś na kształt bibliografii, zaś seminaria obowiązkowo polecane na ostatniej stronie wyjątkowo nie są prowadzone przez samą autorkę (mimo że sama takie eventy prowadzi), stanowiąc jedynie wyliczenie tych, które szczególnie się jej spodobały. W zalewie podobnych poradników takie szczere, rzeczowe podejście do tematu to rzadkość.

Jak więc treść poradnika Jen Sincero ma się do jego tytułu? Mówię to z niekłamaną przykrością, ale po lekturze „You Are A Badass”, moja dupa ma się wcale nie gorzej niż wcześniej. Nie mogę za to powiedzieć, że czytało mi się nieprzyjemnie – „Jesteś kozak!” jest książką ciepłą, pozytywną i radosną. Nie twierdzę, że zmieni twoje życie – to zarezerwowane jest dla wielkich myślicieli czasów już dawno minionych i to tam powinno się szukać odpowiedzi, a nie w kolorowych paperbackach AD 2017 – ale jeśli poradniki „jak żyć”, pozytywne myślenie, afirmacja i poczucie jedności z Kosmosem to twoja rzecz, ten wydaje się być całkiem niezły.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy wydawnictwu One Press.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: You Are A Badass: How to Stop Doubting Your Greatness and Start Living an Awesome Life
Autor: Jen Sincero
Wydawnictwo: OnePress
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 272

środa, 7 czerwca 2017

Stanisław Lem - „Planeta LEMa. Felietony ponadczasowe”

Stanisław Lem po dziś dzień pozostaje najbardziej znanym za granicą polskim fantastą. Jego powieści przetłumaczono na niemal czterdzieści różnych języków, zaś ich łączny nakład w pewnym momencie przewyższył liczbę obywateli naszego kraju. Autor “Solarisa”, “Cyberiady” czy “Dzienników Gwiazdowych” jest pierwszym twórcą science-fiction, jakiego poznają polskie dzieci w wieku szkolnym. Mimo to zaskakująco niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Lem to nie tylko fantastyka. Do dorobku literackiego autora zaliczają się także rozliczne eseje filozoficzne, futurologiczne oraz, przede wszystkim, publicystyka naukowa. To właśnie całokształtowi publicystycznej twórczości naszego rodaka poświęcona jest nowa pozycja proponowana przez Wydawnictwo Literackie – oto „Planeta Lema. Felietony ponadczasowe”.

Książka zawiera 85 tekstów największego z polskich fantastów, publikowanych w latach od 1954 do 2005. Artykuły te podzielono na pięć tematycznych części. W pierwszej z nich, zatytułowanej “Kultura”, zgromadzono teksty autora na ogół tematów związanych – przede wszystkim, choć nie tylko – z literaturą. Poznamy więc poglądy Lema na twórczość wielu współczesnych mu pisarzy dzisiaj uznawanych za klasyków – dowiemy się, jakie były jego wrażenia po lekturze “Dżumy” Camusa i co właściwie ma w sobie Sienkiewicz, czego nie mają inni twórcy. Teksty na tematy okołoliterackie zdecydowanie zasługują na uwagę przede wszystkim dzięki niewiarygodnym zdolnościom ich twórcy do rozkładania przeczytanych przez siebie pozycji na czynniki pierwsze i analizowania ich rozmaitych walorów – ta właśnie dociekliwość i analityczność będzie dawać o sobie znać w wielu innych felietonach i jest jedną z najbardziej atrakcyjnych cech Lemowego pisarstwa w ogóle. Jednak “Kultura” to nie tylko literatura – to także komentarze do zmieniającej się rzeczywistości przełomu dwóch wieków i dwóch ustrojów. Co Lem sądził o telewizji satelitarnej, amerykańskiej science-fiction albo pewnym serialu z Davidem Hasselhoffem i czarnym pontiakiem w roli głównej? Tutaj można się tego dowiedzieć.

Część drugą stanowi zbiór tekstów z kategorii publicystyki naukowej, zatytułowany po prostu “Nauka”. Jest to najdłuższa składowa “Planety Lema”, co nie powinno dziwić – zawiera bowiem teksty i najobszerniejsze, i najbardziej wnikliwe, dowodząc rozlicznych naukowych pasji ich twórcy. Różnorodność podejmowanych tu tematów jest olbrzymia – od początków “ery atomowej” i dziejów projektu Manhattan z dokładnym opisem tego, jak obie strony konfliktu w czasie drugiej wojny światowej dążyły do atomowej supremacji, poprzez cykl sześciu wykładów poświęconych możliwości (czy raczej jej braku) spotkania ludzkości z rasą pozaziemską, a kończąc nawet na artykułach z dziedziny genetyki, ewolucjonizmu czy paleontologii. Pojawi się nawet jedna lub dwie próby rozliczenia z paranaukową szarlatanerią spod szyldu Uri Gellera czy Kaszpirowskiego. Ogrom wiedzy w połączeniu ze zdolnością dogłębnego spojrzenia i pełnym humoru stylem opowiadania czyni z tych tekstów nie lada gratkę dla każdego, kto ceni sobie rozważania na tematy związane z naukami ścisłymi.

Teksty nieco bardziej przyziemne znajdziemy w dwóch z kolejnych części zbioru – będą to “Wydarzenia” oraz “O sobie”. O ile rozpiętość tematów w poprzednich rozdziałach robiła wrażenie, chociaż dało się je zamknąć we wspólnej kategorii, te dwa nie mają ścisłego wspólnego mianownika. W pierwszym z wymienionych możemy, między innymi, poznać refleksje Lema na temat zamachów z 11 września 2001 r., dowiedzieć się, co pisarz myślał o protestach przeciwko otwarciu elektrowni atomowej w czeskim Temelinie, albo co sądził o polityce zagranicznej putinowskiej Rosji. Druga traktuje o bardziej osobistych przeżyciach autora, zarówno tych ważniejszych, jak i bardziej prozaicznych – wrażenia po obejrzeniu ekranizacji swojej najważniejszej powieści (chodzi, oczywiście, o “Solaris”) czy… obserwacje z zachowań ludzi stłoczonych u wejścia na kolejkę linową na Kasprowy Wierch, usiłujących dostać się na górę na wiele rozmaitych sposobów.

Swoistą wisienką na szczycie tortu jest “Przyszłość”. Stanisław Lem był szeroko znany między innymi ze swojej działalności na polu futurologii. Zawarte tu felietony stanowią dowód jego biegłości w dziedzinie ekstrapolacji, zaś możliwość zestawienia jego przypuszczeń sprzed dwóch dekad ze stanem faktycznym świata AD 2016 budzi zarówno fascynację, jak i szczery niepokój. Starcie kultur, rozchwianie klimatyczne, masowe zidiocenie – to tylko kilka z bardziej oczywistych prognoz, które okazały się aż zbyt trafne. A jest ich jeszcze więcej. Czy rzeczywiście dane nam będzie wyruszyć na podbój gwiazd? Gdzie leży granica rozwoju technologicznego? I na te pytania autor ma swoje odpowiedzi. Czy równie trafne? Czas pokaże.

Kto w życiu przeczytał choć jedną powieść Lema, ten z grubsza wie, czego może spodziewać się po tym zestawieniu – błyskotliwych analiz, odrobiny inteligentnego humoru podlanego pewną dozą ironicznej kpiny, przytomnego spojrzenia na wiele aktualnych do dziś kwestii z perspektywy zadeklarowanego mizantropa oraz… trochę zwykłego, ludzkiego narzekania. Wszystko to okraszone jest językiem pięknym, kwiecistym i okrągłym – takim, jakiego dzisiaj się już nie spotyka. Sprawia to jednocześnie, że dla jednych „Planeta Lema” będzie źródłem niesłabnących zachwytów, zaś dla drugich, preferujących bardziej dosadne przedstawianie rzeczy, lekturą trudną, może trochę męczącą. Zapewniam jednak (trochę na własnym przykładzie), że i do tego da się przyzwyczaić, zaś trud włożony w zmierzenie się z nią z całą pewnością jest tego wart.

Oczywiście możliwość spojrzenia na różne sprawy z perspektywy Stanisława Lema nie jest najważniejszą, choć nadal istotną, zaletą tej książki. Zbiór tekstów na rozmaite tematy daje przede wszystkim niezwykły, wielopłaszczyznowy wgląd w misterną konstrukcję umysłu pisarza, pozwalając na pełniejsze zrozumienie jego twórczości i dostrzeżenie, jak ewoluowała w miarę coraz większego zrozumienia przez niego rozmaitych kwestii. Zdecydowanie polecam więc “Planetę Lema” każdemu, kto Lema czytał i chciałby wiedzieć więcej. Bo chociaż niektóre z tekstów autor napisał ponad pół wieku temu, nadal niosą one ze sobą powiew świeżej, trafnej myśli i zdrowego rozsądku – wydawałoby się, cechy zamierającej w czasach, w jakich przyszło nam żyć. To rzeczywiście „Felietony ponadczasowe”.


Dane ogólne:
Tytuł: Planeta LEMa. Felietony ponadczasowe
Autor: Stanisław Lem
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 592

niedziela, 4 czerwca 2017

Fantazmaty – nowy projekt darmowej antologii z najlepszymi tekstami fantastycznymi!


Ekipa odpowiedzialna za Geniuszy fantastyki przedstawia kolejny zbiór i… konkurs!

Fantazmaty – tak postanowiliśmy nazwać nasz nowy projekt. Pod tą nazwą kryje się konkurs literacki, który pomoże adeptom pióra zaistnieć w świadomości czytelników, a także antologia, w której stworzenie zaangażowało się już kilkadziesiąt osób.

Przyświeca nam jedna idea – promowanie polskiej fantastyki. Pokazanie, że nie mamy się czego wstydzić w porównaniu do twórców zagranicznych. W związku z tym zapraszamy do udziału w konkursie literackim. Wyłonimy w nim do pięciu twórców, których teksty opublikujemy w antologii. Chcemy dać każdemu dostęp do przygotowanych opowiadań – w związku z tym Fantazmaty, podobnie jak nasz poprzedni projekt (Geniusze fantastyki, wydani w lutym 2016) zostaną udostępnione do pobrania całkowicie za darmo.

Nie trzeba jednak się spieszyć z zasiadaniem do pióra – premierę antologii przewidujemy na wiosnę 2018. Do tego czasu pragniemy przygotować dla was najciekawsze historie, jakie wyjdą spod piór zaproszonych autorów.

W skrócie:
Fantazmaty – rusza fantastyczny konkurs literacki
Fantazmaty – darmowa antologia najlepszej polskiej fantastyki
Wiosna 2018 – przewidywana premiera
PDF, ePub, mobi – antologia będzie do pobrania w wersji elektronicznej

Po dalsze informacje zapraszamy na stronę http://fantazmaty.pl!