wtorek, 16 lipca 2019

„Śpiew Potępionych” Agnieszka Hałas - Czarnoksiężnik spoza Archipelagu

Po kilkuletniej ciszy myślałem już, że na dobre rozstaliśmy się z Brune Keare, „Krzyczącym w Ciemności”, magiem Czerni, poszukiwanym przestępcą, szaleńcem i narkomanem. Jeśli jednak trzy poprzednie powieści czegoś nas nauczyły, to tego, że Krzyczącego trudno się pozbyć na dobre, zwłaszcza że zostało mu jeszcze parę niedokończonych spraw do załatwienia. No i właśnie – ku mojej ogromnej radości nakładem wydawnictwa Rebis ukazała się niedawno czwarta część sztandarowego cyklu Agnieszki Hałas, „Teatru Węży”. I nie tylko ta – Dom Wydawniczy Rebis podjął bowiem słuszną decyzję o wznowieniu całego cyklu, fundując mu wizualny retusz i świeżą korektę, więc jeśli ktoś z naszych drogich czytelników jeszcze nie poznał tej historii, ma ku temu okazję lepszą niż kiedykolwiek wcześniej... i jakieś półtorej zdania, by nadrobić zaległości, zanim zacznę omawiać przedmiot dzisiejszej notki. Jest nim właśnie „Śpiew Potępionych”.

Po burzliwym rozstaniu z Anavri i odzyskaniu części wspomnień ze swojego poprzedniego życia, Brune nie miał innego wyjścia, jak tylko spróbować jakoś ułożyć sobie to wszystko od początku. Nadal poszukiwany przez magów Srebra oraz demony, którym jest winien duszę, poprosił o udzielenie schronienia królową enklawy sylfów – pracując przez ostatnie kilka miesięcy jako agent wywiadu w ojczyźnie duchów powietrza. Czas, który tam spędził, odcisnął jednak na nim swoje piętno. Kiedy Krzyczącemu wreszcie zabrakło sił, przestał być potrzebny – krótko mówiąc, królowa Feanmuile rozkazała mu pakować manatki. Ktoś potężny i ważny bardzo szybko zwietrzył okazję…

Tym kimś okazała się Akhania ar Vithanare,  wpływowa czarodziejka Srebra. Czego Elita może chcieć od poszukiwanego przez wszystkich ka-ira, to znaczy oprócz standardowego zestawu poddania go powolnym torturom i śmierci w męczarniach? Ku zdumieniu samego Brune, srebrna magini postanowiła… dać mu pracę, oferując w zamian pełne ułaskawienie za popełnione wcześniej zbrodnie, takie jak urodzenie się po niewłaściwej stronie Ekwilibrium. Sednem całej sprawy są Wyspy Śpiewu – archipelag do niedawna objęty protektoratem przez Alkarę, obecnie bytujący częściowo na prawach kolonii. Akhania dowiedziała się, że wysłannicy Otchłani planują tam jakąś większą operację, co może mieć związek z pogarszającymi się nastrojami wśród tambylców. Rola Brune’a będzie prosta, choć niełatwa – musi przepędzić demony, powstrzymać rebelię i uratować wszystkim tyłki. Niechętny, choć pozbawiony innych perspektyw i realnej możliwości wyboru, Krzyczący przystaje na tę propozycję i rusza w długą podróż po tropikalnych wyspach. Na swojej drodze spotka chciwych kupców, bezwzględnych piratów i krwiożerczych dzikusów, starych znajomych i nowych wrogów, z których wszyscy wydają się tańczyć do melodii wygrywanej przez nieznanego, demonicznego grajka. Ot, kolejny dzień na posterunku.

Już po pierwszych kilku rozdziałach widać ogromną przepaść, jaka dzieli nową odsłonę cyklu od pozostałych. Pierwszą widoczną zmianą jest choćby struktura powieści – Agnieszka Hałas porzuciła znaną z poprzednich części „Teatru Węży” formę, w której centrum akcji był Brune i jego przeżycia na tle chaosu rozpoczynających się i kończących wątków. Nowa forma jest dużo bardziej uporządkowana, ścisła, konkretna – Krzyczący ma do wykonania misję i możemy być pewni, że to nią będzie się zajmował aż do ostatniej strony. To zdecydowanie zmiana na lepsze, czyniąca „Śpiew Potępionych” nieco bardziej przystępną niż wcześniejsze książki, nawet jeśli ciut bardziej tradycyjną w budowie.

Również świat przedstawiony zyskał parę szczegółów, dzięki którym łatwiej go sobie wyobrazić. Do tej pory spotykaliśmy się z elementami jego polityki głównie w wykonaniu magów Srebra – tutaj jednak być może po raz pierwszy słyszymy coś więcej o krajach poza Alkarą i o tym, w jakich relacjach pozostają między sobą. Wyspy Śpiewu przypominają klimatem Karaiby (plemiona parające się dziwną odmianą magii specjalizującą się w klątwach, morza zasiedlane przez piratów, portowe miasta i nadbrzeżne wioski utrzymujące się głównie z morskiego handlu), co stanowi nieoczekiwaną, ale miłą odmianę od ponurych miast Zatoki Snów, których uliczkami Brune krążył do tej pory. Z początku trudno się przyzwyczaić, ale po wszystkim pozostaje miłe wrażenie, że tego opuszczonego przez bogów świata jest znacznie więcej, niż do tej pory się wydawało. W toku powieści dowiemy się też nieco więcej na temat przeciwnego systemu praw, jakimi rządzi się magia Zmroczy – i chociaż ten był opisany dość obszernie, to kilka szczegółów sprawia, że całe uniwersum wydaje się nieco bardziej… kompletne.

Widać jak na dłoni, że przez kilka lat dzielących tom trzeci i czwarty autorka pracowała ciężko nad stylem pisania. Już wcześniej kreowanie interesujących postaci szło jej bardzo dobrze, tutaj jednak miałem wrażenie, że sam Brune, jak i wszyscy, których spotyka na swojej drodze, są nieco ostrzej zarysowani niż do tej pory – zawdzięczamy to przede wszystkim bardzo dobrym, charakternym dialogom, przez które różne ich cechy łatwiej się uwidaczniają. Dzięki temu poszczególni bohaterowie dużo łatwiej zapadają w pamięć i dają się lubić – w tym również ta jedna postać, na którą straszliwie narzekałem w poprzednich recenzjach. Do tego stopnia, że autentycznie pożałowałem każdego złego słowa, jakie o niej napisałem, gdy dowiedziałem się, jaki los ją spotkał.

Koniec końców, „Śpiew Potępionych” okazał się dla mnie bardzo przyjemnym powrotem do cyklu,  na kontynuację którego zdążyłem chyba porzucić nadzieję, a w dodatku świetną powieścią przygodową, od której ciężko było mi się oderwać. Zakończenie nie sugeruje jednoznacznie, że nastąpi jeszcze jakiś ciąg dalszy, ale pozostawia ogromny niedosyt, jak wszystko, co jest dobre i kończy się nagle. Mam więc szczerą nadzieję, że Krzyczący w Ciemności nie powiedział jeszcze ostatniego słowa – i za jakiś czas przeczytamy o jego dalszych losach.

Za egzemplarz książki do recenzji - dziękujemy autorce i wydawnictwu.

Dane ogólne:
Tytuł: Śpiew Potępionych
Autor: Agnieszka Hałas
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 448

piątek, 3 maja 2019

„Upiorna opowieść” Peter Straub - Something wicked this way comes...

Wydaje mi się, że najtrudniej jest napisać powieść grozy. W żadnym innym gatunku tak bardzo nie liczy się umiar i wyczucie, z jakim dawkuje się czytelnikowi zarówno informacje, jak i wrażenia, bo bez odpowiednio długiego budowania napięcia nie da się przecież przestraszyć nikogo. Istnieje wiele sposobów na to, by napisać dobry horror – ale wielokrotnie więcej takich, przez które ta sztuka się nie udaje. Ujawnienie zagrożenia za szybko, zanim czytelnik dostatecznie zawiesi niewiarę to jeden z nich, ale kto wie, czy nie gorszym błędem jest zbytnie przeciąganie struny, trzymanie czytającego w niepewności odrobinkę za długo, aż niepokój przerodzi się w irytację, aż wreszcie nudę. Dlatego też z pewną obawą podchodziłem do lektury jednej z ostatnich propozycji wydawnictwa Vesper. Panie i Panowie, oto „Upiorna Opowieść”, jedna z najbardziej znanych powieści Petera Strauba.
  
Stowarzyszenie Chowder to być może jedna z nielicznych interesujących rzeczy w sennej miejscowości Milburn. Pod tą dziwną nazwą kryje się po prostu grupka znajomych z dawnych lat, lubiących spotykać się raz na miesiąc i opowiadać sobie straszne historie. Starsi panowie traktują te chwile szczególnie – odświętne stroje, drogie alkohole, cygara – nikt poza nimi jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, czym naprawdę są te spotkania. A stanowią one próbę przejścia do porządku dziennego nad czymś strasznym, co wydarzyło się wiele lat temu. Jednak wkrótce koszmar ożyje na nowo – demony, przed którymi uciekają członkowie Chowder, zjawią się tu znowu, by dokonać zemsty… Kiedy bajarze zaczynają jeden po drugim ginąć w tajemniczych okolicznościach, wkrótce staje się jasne, że niewytłumaczalne zło zagraża wszystkim mieszkańcom spokojnego dotąd miasteczka. 

Akcję w powieści obserwujemy naprzemiennie oczami kilku różnych postaci. Członkowie towarzystwa Chowder, starsi panowie: lekarz Jaffrey, dwóch prawników, Ricky i Sears, a także właściciel baru Benedikt nie będą jednak jedynymi świadkami ponurych wydarzeń w Milburn. Towarzyszyć im będzie bowiem bratanek zmarłego niedawno przyjaciela towarzystwa, pisarz Donald Wanderley, który przybywa do miasteczka na listowną prośbę pozostałych, a traktuje podróż jako świetną okazję do zebrania motywów do swojej nowej powieści, a także młody Peter Barnes, chłopak z dobrego domu wplątany w całą historię przez przypadek - oraz niewierna żona Ricky’ego, Stella Hawthorne. O ile samego Wanderleya zaprezentowano w interesujący, rozbudowany sposób – jako człowieka, którego traumatyczne wydarzenia z przeszłości powoli pozbawiają zdolności odróżniania rzeczywistości od fikcji – o tyle pozostałych obdarzono jedną, może dwiema cechami charakterystycznymi, co sprawia, że nie zapadli mi oni szczególnie w pamięć. 

Właściwa akcja powieści zaczyna się na stu ostatnich stronach – cała reszta do tego momentu to prezentacja, budowanie atmosfery i powolne rozwijanie łączących się wątków. O ile na początku całość zdecydowanie wciąga i intryguje, myślę, że ten etap został przeciągnięty ciut za bardzo – już na jakiś czas przed finałem domyślałem się, co jest grane z głównym antagonistą, jednak rozstrzygnięcie nie nadchodziło, a autor po prostu serwował kolejne scenki z życia poszczególnych bohaterów. Byłoby to dobrym zabiegiem, gdyby w te postaci dało się jakoś wczuć. Można by przypuszczać, że w tekście o takiej objętości wystarczy miejsca, by poszczególni członkowie Chowder mogli zyskać odrobinę charakteru, zanim przyjdzie po nich nieznana poczwara – a przez to czytelnik będzie śledził ich dalsze losy w napięciu. Tak się jednak nie stało, przynajmniej dla mnie.

Trzeba natomiast przyznać, że stosowanie zabiegu retrospekcji Straub opanował z niezwykłą wprawą. Przeskoki czasowe zdarzają się w „Upiornej opowieści” regularnie, ale są napisane w taki sposób, by po drodze nie zgubić czytelnika. Sporą pomocą wydaje się tutaj działalność stowarzyszenia Chowder, których wspólne wieczory są znakomitym pretekstem, by zaprezentować kawałek przeszłości bohaterów. Dobrze zaplanowane! 

Pomysł na antagonistę w „Upiornej Opowieści” ma w sobie coś interesującego, co potrafiło zaniepokoić nawet mimo braku więzi z bohaterami powieści. Jest podobieństwo do człowieka, a na pierwszy rzut oka może nawet budzić sympatię – czegoś jednak brakuje, jakby pod tą zewnętrzną warstwą, pod którą zwykle spodziewamy się zobaczyć czyjeś prawdziwe oblicze, istniała tylko pusta kartka. Samo to wystarczy, by zburzyć spokój czytelnika, ale jeśli dodamy do tego jeszcze umysł, który wydaje się funkcjonować w jakiś obcy, zupełnie niezrozumiały, nieziemski sposób, to właściwie jest gotowy przepis na udane straszenie. Spora część motywów kierujących poczynaniami czarnego charakteru jest pozostawiona domysłom, jednak zgłębianie tego, co tutaj pokazano samo w sobie stanowiło jeden z najbardziej satysfakcjonujących elementów powieści. 

Pora na podsumowanie. „Upiorna Opowieść” jest tekstem bardzo dobrze zaplanowanym i zbudowanym na solidnych podwalinach, nie jest to jednak łatwa książka – nie dlatego, że trudno ją zrozumieć, bo na polu przyswajalności akurat nie ma żadnych zastrzeżeń. Chodzi przede wszystkim o trudność wczucia się w bohaterów, którzy są zwyczajnie zbyt prości konstrukcyjnie, by ich losy wzbudzały jakieś głębsze emocje, a także o to, że powieść sprawia wrażenie niepotrzebnie przeciągniętej. Jeśli jednak zadacie sobie trud, by mimo tych mankamentów dać jej szansę i doczytać do końca, może się okazać jedną z najlepszych powieści grozy, jakie przeczytaliście.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The ghost story
Autor: Peter Straub
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 628

wtorek, 9 kwietnia 2019

„Openminder” Magdalena Świerczek-Gryboś

Jak stworzyć państwo idealne i uczynić jego obywateli szczęśliwymi? Wielu już tego próbowało. Szczęście jest pojęciem tak subiektywnym, że nawet ustalenie jego definicji może odbywać się inaczej w różnych miejscach, czasach i okolicznościach. Pozostaje jednak wątpliwym, czy można kogoś do szczęścia zmusić, zapewnić mu je niejako odgórnie, bez pytania go o zgodę, ustaliwszy pewne sztywne kryteria, jakimi ogół ludzi ma się od pewnego punku kierować w swoim postępowaniu. W tym miejscu już części osób zapala się czerwona lampka i pojawiają się myśli na temat wolnej woli, możliwości wyboru, a nawet praw człowieka… W przewidywaniu konsekwencji kolejnych działań zmierzających ku radykalnej poprawie ogólnej szczęśliwości narodów prześcigają się autorzy – co ciekawe, głównie obracając się wokół mniej lub bardziej głębokiej dystopii. Nie inaczej zdaje się być w przypadku „Openmindera” Magdaleny Świerczek-Gryboś. 

Kraków, rok 2076. W kwestii podziału politycznego Europy i stosunków pomiędzy krajami zmieniło się wiele. Polska jest częścią bloku państw zachodnich  – po wyniszczającej wojnie postanowiono zbudować je od nowa na zupełnie innych zasadach, pozbawiając ludzkość wszystkiego, co mogłoby umożliwić jej krzywdzenie siebie nawzajem. Świat nadal  jednak pozostaje w konflikcie. Nikodem uczestniczy w programie Openminder – jego specjalne zdolności mają zapewnić mu nie tylko specjalne miejsce w hierarchii społecznej, ale też nadać jego życiu sens i kierunek, wiążący się z przyszłą misją swoistego nawracania „dzikiego” Wschodu. Szkolenie jest ściśle tajne, a w jego skład wchodzi wiele elementów, które powszechnie uważa się za wiedzę zakazaną, zaś zbawianie świata okazuje się zajęciem mającym więcej wspólnego z regularną walką niż spokojną dyplomacją.

W powieści wyjątkowo wyraźnie zarysowane jest tło polityczne i obyczajowe świata przedstawionego, a zwłaszcza zmiany, jakie dokonały się w nim względem czasów sprzed wojny. Wstęp operuje głównie terminologią polityczno-ideologiczną, co może stanowić twardy orzech do zgryzienia dla osób, które takich wątków nie lubią – a że sama do nich należę, trudno było mi zapanować nad początkowym sceptycznym podejściem. Później jednak okazało się, że wszelkie obawy były niepotrzebne, a „Openminder” jest szaloną mieszanką wszystkiego, co w fantastyce było dobre. I tu wspomniana polityka wraz z jej ideologicznym zarysem zaczyna działać na korzyść powieści, dając bohaterom świat, w którym powinni czuć się dobrze – ale z jakiegoś powodu wcale nie jest tak pięknie.

Idea „dobrozmysłu”, który oddziałuje na społeczeństwo, wytyczając mu określone ścieżki postępowania i karząc już nie za czyny potencjalnie zagrażające innym – bo do takich nie ma prawa dojść, gdy są one tłumione już na etapie przelotnej myśli o czymś takim – przypomina żywo film „Equilibrium” i tamtejsze Prosium obowiązkowo łykane co rano. Ono jednak tłumiło emocje w ogóle, tu mamy zaś działanie bardziej precyzyjne i specyficzne. Oczywiście i od tego są wyjątki, wcale nie dziwi też obecność w powieści jednostek, których nadrzędnym celem jest wyrwanie się spod tej tyranii ogólnej szczęśliwości. Co więcej, oczywiście, że taka sytuacja stwarza ogromne pole do nadużyć, czego nie omieszkała w pełnej krasie ukazać autorka – i co mnie przekonało najbardziej do wykreowanego przez nią świata przyszłości. I czy zdziwi czytelnika bardzo to, że osobami, które myślą w pełni wolno i samodzielnie są… czarne charaktery?

Wracając do bohaterów, czyli głównie Nikodema i Darii, z epizodycznie występującymi innymi przyszłymi openminderami – wydaje się, że do tej roli wybierane są jednostki w pewnym sensie „wybrakowane”, niepasujące do zadanego schematu, co czyni je od początku postaciami, które albo dość szybko pokażą potencjał, albo staną się sztampowymi specjalnymi płatkami śniegu. O ile więc Nikodem przekonał mnie do siebie dość szybko, głównie dzięki głębi, jaką nadało mu nakreślenie tragicznych wydarzeń z przeszłości (i kot – no dobrze, jak jest kot, to od razu jest lepiej), o tyle z Darią było trudniej. Zdecydowanie jednak warto poczekać, bo choć ujawnia ona charakter ukryty za grubym murem dystansu i odmienności bardzo późno, to jej postępowanie jest solidnie umotywowane – i jakimś przewrotnym sposobem sprawia, że to właśnie z nią zaczyna się sympatyzować najbardziej. Trzeba też dla formalności zaznaczyć, że autorka zadbała o resztę postaci, dając im trochę własnej historii i cech indywidualnych, ale jednocześnie nie pozwalając im na zawłaszczenie głównego wątku na długo.

A kiedy myśli się, że to już wszystko, co można wiedzieć o świecie przedstawionym, bohaterowie wsiadają do mechów i lecą na lekcję przetrwania do zniszczonego centrum Krakowa, przypominającego bardziej radioaktywną zonę pełną zmutowanej fauny i flory. I to właśnie Lemowisko (jakże trafna nazwa!) jest punktem w „Openminderze”, którego najchętniej nie opuszczałabym (ten – i hangar pełen mechów), jako że miejsce to opisane zostało tak barwnie, że podczas czytania płynnie przechodziłam z poczucia grozy do zachwytu i z powrotem. Wątków zaskakujących jest tu zresztą więcej, znacznie więcej, nie wszystkie zostały wyjaśnione, nie każdy jest jasny – ale być może dowiemy się więcej w kolejnym tomie. 

„Openminder” jest książką bardzo specyficzną, bo stanowi w moim odczuciu połączenie wątków znanych z „Equilibrium”, „Neon Genesis Evangelion”, klasycznych powieści postapo, kosmicznego science-fiction i wielu innych, ale jednocześnie jest w tym pomieszaniu tak spójna i przemyślana, że tworzy wyjątkowo przystępną całość. Mam jednak wrażenie, że ze względu na lekkie zabarwienie ideologiczne będzie różnie odbierania przez czytelników, pozostawiając im pewną swobodę interpretacyjną w zakresie tego, gdzie leży słuszność i co w świecie przedstawionym jest dobre, a co nie. Ja skłonię się raczej ku wnioskowi, że jednoznacznego podziału nie da się tu przeprowadzić - a obie skrajności, reprezentowane tu nie tylko przez kierunki wschód-zachód, mają swoje mroczne oblicze. W książce znajdziemy też ilustracje autorstwa Marka Grybosia, które doskonale oddają klimat powieści, a także przedmowę Michała Cetnarowskiego. Ja zaś mogę „Openmindera” tylko polecić i czekać na dalszy ciąg opowieści.

Dane ogólne:
Tytuł: Openminder. Tom 1. Koty
Autor: Magdalena Świerczek-Gryboś
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 304

czwartek, 4 kwietnia 2019

„Nemezis i inne utwory poetyckie” Howard Phillips Lovecraft


Nikomu chyba nie trzeba przedstawiać Howarda Phillipsa Lovecrafta, samotnika z Providence, literackiego geniusza, którego twórczość odkryto, niestety, dopiero na wiele lat po tym, kiedy zmarł młodo i w samotności. W dwudziestym pierwszym wieku w kulturze alternatywnej roi się od nawiązań tudzież zapożyczeń ze stworzonej przez mistrza weird fiction mitologii Cthulhu. Jego opowiadania czy krótkie powieści po dziś dzień niepokoją, zachwycają i inspirują. Pewnej części czytelników być może zdarzyło się natknąć na wzmiankę, że Lovecraft to nie tylko proza, ale też poezja – wierszowane utwory mistrza nigdy jednak nie uzyskały popularności równej opowiadaniom grozy. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Vesper szeroki odbiorca ma teraz okazję, aby nieco nadrobić zaległości – za sprawą „Nemezis i innych utworów poetyckich”, nowego zbioru dzieł autora w tłumaczeniu Mateusza Kopacza, ilustrowanego miniaturami Krzysztofa Wrońskiego. 

W „Nemezis” znajdziemy trzy podzbiory. Pierwszy z nich, „Grzyby z Yuggoth i inne wiersze”, zawiera ciąg krótkich utworów powiązanych luźno jedną fabułą, opowiadających historię bezimiennego poszukiwacza ezoterycznej wiedzy, który przypadkowo natyka się na księgę-klucz do tajemnic kryjących się za zasłoną rzeczywistości (to właśnie „Grzyby z Yuggoth”), a także wiele innych tekstów – tematycznie zorientowanych wokół mitów Cthulhu bądź nie – mieszczących się w ramach gatunkowych weird fiction. Drugi, „Pozostałe wiersze niesamowite”, nieco odchodzi od tej formuły, wciąż jednak składając się z tekstów z silnym motywem nadprzyrodzonym – a wśród nich jednych z najbardziej monumentalnych poetyckich tworów autora, takich jak „Psychopompos: opowieść rymowana” czy „Astrofobos”. Część trzecia, „Inne wiersze”, gromadzi wiersze Lovecrafta o nieco bardziej „zwyczajnej” naturze – znajdziemy tu teksty okolicznościowe, jak życzenia („Wyrafinowanemu młodemu dżentelmenowi” czy „Do niemowlęcia”), utwory inspirowane klasycznymi tekstami literackimi („Poemat o Ulissesie albo Odyseja”), a nawet… żartobliwe („Do matki w Dniu Dziękczynienia”). Całość wieńczy obszerny dodatek od tłumacza, zawierający dokładną bibliografię, posłowie oraz zbiór komentarzy i objaśnień do poszczególnych utworów.

Nie jestem zwolennikiem recenzowania poezji – tutaj jak nigdzie indziej ważny jest przecież osobisty odbiór utworu, który dla każdego czytelnika może znaczyć coś zupełnie innego, z czymś innym się kojarzyć, budzić zupełnie różne odczucia. Nie mogę jednak nie skomentować jakości tłumaczenia, jakie wykonano na tekście źródłowym. Krótko mówiąc: jest ono bardzo dobre. Mateusz Kopacz nie bawi się tutaj w dosłowność, starając się przede wszystkim oddać głębię poszczególnych wersetów. Często obserwujemy tutaj, że tekst po tłumaczeniu nieco różni się pod względem szczegółowości opisu poszczególnych elementów sceny – niektóre są szerzej, inne bardziej ubogo opisane niż uczynił to autor – zdecydowanie jednak nie można tłumaczowi odmówić wyczucia, z jakim podjął ten dość ryzykowny zabieg przesunięcia ciężaru. Zachowany bowiem został nie tylko sens, ale również swoisty klimat każdego utworu, tak trudny do uchwycenia, gdy pracuje się nad zjawiskiem takim, jak twórczość HPLa. Za solidne przygotowanie merytoryczne i rozumienie kwintesencji tego fenomenu należy się tutaj piątka z plusem.

Możemy to docenić dzięki kolejnemu genialnemu zabiegowi wydawnictwa Vesper – tekstom w przekładzie towarzyszą strona w stronę te oryginalne. Czytelny układ pozwala wnikliwym odbiorcom (takim jak niżej podpisany) analizę porównawczą wers po wersie. A jeśli świetny przekład nie trafi w czyjś gust, zawsze może on salwować się tekstem w pierwotnym jego brzmieniu. To doskonałe rozwiązanie, które powinno być praktykowane znacznie szerzej.

„Nemezis” zostało wydane nie tylko solidnie pod względem praktycznym, ale i estetycznym. Czarno-białe ilustracje Krzysztofa Wrońskiego są minimalistyczne, w kapitalny sposób jednak korespondują z treścią utworów, którym towarzyszą. Dzięki zaś prostej, ale niezwykle starannej kresce świetnie potęgując wrażenie wyobcowania i niepokoju, jakie towarzyszy przy lekturze.

Tak jak poezja nie jest dla każdego, to samo można powiedzieć o „Nemezis”. Specyficzny klimat całości nie każdemu przypadnie do gustu – ba, wiele jest głosów posądzających Lovecrafta o grafomanię czy o to, że jego utwory wierszowane są mało ambitne – jednak to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto chciałby nieco staranniej zgłębić twórczość artysty czy zanurzyć się raz jeszcze w tej mgle ponadnaturalnej grozy, ale w nowy, nieznany wcześniej sposób. Warto, zdecydowanie warto doświadczyć tego na własnej skórze.

Dane ogólne:
Tytuł: Nemezis i inne utwory poetyckie
Autor: Howard Phillips Lovecraft
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 494

poniedziałek, 18 marca 2019

„Międzynarodowy Dzień Mafii” Marcin Brzostowski

Inspektor Franco Fog to żywa legenda Warszawskiej policji – twardy, nieustraszony i przenikliwy, a jednocześnie alkoholik i nieuleczalny kobieciarz, zasłynął już jako protagonista „Zemsty Kobiet”, ścierając się na przemian z pomylonymi faszystami i wojującymi feministkami, a wszystko po to, by dotrzeć do rozwiązania sprawy zagadkowych zaginięć. Jego wytrwałość i skrupulatność będą wkrótce poddane kolejnej próbie – oto wysoko postawieni członkowie półświatka na całym globie zaczynają masowo popełniać samobójstwa, w dodatku w przeddzień swojego wielkiego święta... Tak w skrócie przedstawia się fabuła „Międzynarodowego Dnia Mafii”, nowej powieści Marcina Brzostowskiego, dobrze znanego stałym bywalcom naszego bloga mistrza absurdu.

Tak więc mafiozi na całym świecie postanawiają ze sobą skończyć. Przeciętny łaps pewnie rozsiadłby się w fotelu ze szklanką czegoś mocnego, po prostu patrząc, jak jego największe zmartwienia rozwiązują się same – jednak nie Fog! Nieustraszony detektyw, weteran policji konnej obecnie przeniesiony do wydziału zabójstw, będzie musiał dołożyć wszelkich starań, aby dotrzeć do dna tej zagadki, jednocześnie próbując okiełznać swoje szalone życie uczuciowe i nałóg. Zwłaszcza że zostało mu niewiele czasu, zanim tajemniczy sprawcy całego zamieszania osiągną swój cel. Jaki to cel? Nie wiadomo prawie aż do samego końca, choć domyślny czytelnik, zwłaszcza ten, który ma za sobą lekturę „Zemsty Kobiet”, być może zorientuje się, co się święci...

Obcowanie z nową powieścią Marcina Brzostowskiego daje, jak przystało na produkcje pióra tego autora, zestaw niezwykle zróżnicowanych wrażeń. Autor potrafi zbudować klimat kryminału noir – w istocie do tych ram gatunkowych „Międzynarodowemu Dniu Mafii” jest najbliżej. Brzostowski co i rusz jednak przypomina czytelnikowi, że ten czyta jego książkę i przełamuje to wrażenie jakimś absurdalnym elementem niepasującym z pozoru do świata przedstawionego. Bohaterowie oddający się grze w „Jaka to melodia” w środku napiętej konwersacji, policjanci pełniący wartę przy różach Pani Generałowej (pozostających pod czujnym nadzorem od czasu nieokreślonego incydentu z przeszłości, z udziałem tychże oraz głównego bohatera), czy klub ze striptizem oferujący gościom ubogacenie kulturowe (a studentkom filologii zatrudnienie) poprzez rozbierane wieczorki poezji – to tylko kilka z nich. Skojarzenia z kinem spod znaku Lesliego Nielsena są zdecydowanie na miejscu. Zaskoczenie i dezorientacja co najmniej kilka razy sprawiły, że wybuchłem niekontrolowanym śmiechem w czasie lektury.

„Międzynarodowy Dzień Mafii” rozgrywa się po wydarzeniach z „Zemsty Kobiet” i miło zobaczyć w nim parę subtelnych nawiązań do pierwowzoru – np. losy transwestyty Kolorowego, wcześniej ofiarę porwania, aktualnie wziętego pisarza. Jednocześnie kilka motywów przepadło bez śladu, tak jakby nigdy się nie wydarzyły – Weronika Bianka, ukochana klacz (i ukochana-klacz) Foga, podobnie jak dziecko, które miał urodzić detektyw i ani o jednym, ani o drugim nie znajdziemy tu choćby wzmianki. Nie jestem pewien, czy jest to przeoczenie, czy celowy zabieg, by jeszcze bardziej zdezorientować czytelnika – ale jeśli to drugie, to udało się w stu procentach.

Nową powieść Brzostowskiego czytało mi się przyjemnie, choć krótko. Solidna dawka absurdu i czarnego humoru z pewnością spodobają się komuś, kto preferuje taki rodzaj rozrywki. Fabuła, choć nieskomplikowana, intryguje i porywa, sprawiając, że wnętrze tylnej okładki ukazuje się zaskakująco szybko. Muszę się za to przyznać, że trudno mi tutaj było dojrzeć jakieś drugie dno. Czy pod warstwą dziwnego kryminału kryje się coś więcej? Najlepiej będzie, jeśli sprawdzicie to sami. W najlepszym wypadku dopatrzycie się tu czegoś, czego nie zauważyłem, a w najgorszym... Spędzicie miło godzinę lub dwie. Mogło być gorzej, prawda?

Dane ogólne:
Tytuł: Międzynarodowy Dzień Mafii
Autor: Marcin Brzostowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Internetowe E-bookowo
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 142