Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

niedziela, 26 marca 2017

„Rozmowy męsko-męskie, czyli jak odnaleźć w sobie prawdziwego mężczyznę” Bogusława Stępnia i Alberta Szymańskiego

W dziwnych czasach przyszło nam żyć. Różne niepokoje raz po raz naruszają społeczny porządek, kiedy wciąż na nowo definiuje się, co to znaczy – być kobietą, być mężczyzną. Podczas gdy pewne środowiska uparcie dążą do tego, by zrównać jedne i drugich ze sobą w każdym możliwym aspekcie, łatwo przeoczyć, że to, co nas różni, także jest ważne i potrzebne. Uwaga mediów od dłuższego czasu skupiona jest na ruchach emancypacji kobiet, w dużej mierze ignorując problematykę męskości w dwudziestym pierwszym wieku. A to temat rzeka – z jednej strony promowany jest wizerunek zadbanego, eleganckiego, wygolonego i wydepilowanego indywiduum, które czas pomiędzy czalendżowaniem tasków wypełnia jedzeniem jarmużu i uprawianiem crossfitu, z drugiej pojawiają się głosy, że facet ma być twardy, obdarzony przez naturę zarostem godnym wikinga albo chociaż drwala, a do tego groźnym, posępnym skurczybykiem o gębie pociętej bliznami zarobionymi w walkach ulicznych. Musisz być, chłopie, niezależny i silny, wojownikiem, zdobywcą i myśliwym, ale jeśli nie pytasz swojej kobiety o zdanie, to jesteś szowinistyczną świnią i pod-istotą niegodną bycia powiernikiem chromosomu Y. Z kolei jeśli pytasz, jesteś zniewieściałym pantoflem, a nie mężczyzną.

Recenzowana dzisiaj książka jest adresowana do wszystkich, którym powyższy zestaw prostych instrukcji z jakiegoś powodu wydał się trudny do zrozumienia albo wykonania. „Rozmowy męsko-męskie, czyi jak odnaleźć w sobie prawdziwego mężczyznę” panów Bogusława Stępnia i Alberta Szymańskiego to, jak sugeruje tytuł, krótki poradnik, jak wśród tego całego informacyjnego szumu poradzić sobie z trudnym zadaniem, jakim jest bycie prawdziwym, stuprocentowo poukładanym facetem.

Uważniejsi czytelnicy naszego bloga mogą przypominać sobie moje wcześniejsze teksty poświęcone różnym poradnikom dotyczącym rozwoju osobistego i pamiętać, jak szczerą, czystą miłością darzę ten gatunek fantastyki. Siadałem więc do lektury bez szczególnych oczekiwań, spodziewając się typowego dla szeregu mówców motywacyjnych potoku wielkich słów bez treści oraz oznajmiania z wielkim hukiem tego, co zostało odkryte wiele lat temu. Wynotowałem nawet, kiedy po raz pierwszy pojawia się hasło „wyjdź ze swojej strefy komfortu”, jeden z moich ulubionych frazeologicznych wskaźników poziomu zaawansowania poradnika (dla porządku: strona trzynasta). Ku mojemu zdziwieniu... nie było jednak tak źle, jak się spodziewałem.

Ale po kolei. Na stu sześćdziesięciu stronach podzielonych na dwadzieścia jeden krótkich, tematycznych rozdziałów znajdziemy podane w luźnej, felietonowej formie przemyślenia autorów na szereg rozmaitych tematów związanych z byciem mężczyzną w dwudziestym pierwszym wieku. Hasłem z okładki i wątkiem głównym całości jest „kto trzyma cię za jaja?” (cóż, tak, o tym jeszcze za chwilę...), a głównymi aksjomatami męskości – niezależność, zdolność decydowania o samym sobie, autentyczność w sensie bycia szczerym i wiernym własnym uczuciom. Rozpiętość tematyczna jest dość spora: począwszy od pasji i hobby, nałogów, poprzez funkcjonowanie w środowisku pracy, kończąc, oczywiście, na układaniu sobie relacji tak z kobietami, jak i... z innymi mężczyznami. Parę słów powiedziano o seksie i szybkich samochodach, o odczuwaniu strachu i stresie, a także o samodyscyplinie. Język jest lekki, przystępny, miejscami dosadny i wulgarny, brak tu owijania w bawełnę i czarowania się typowego dla tego typu literatury, co, chociaż czasami powodowało, że uśmiechałem się cynicznie, mogę uznać wyłącznie za olbrzymi plus.

Promowana przez autorów postawa nie ma absolutnie niczego wspólnego ze zbiorem wytycznych zaprezentowanych we wstępie do tej recenzji. Wywodzi się raczej z nieco staroświeckiego spojrzenia na świat, rodem z końca dwudziestego wieku, gdy rola mężczyzny w społeczeństwie i rodzinie była dużo bardziej czytelna. Najważniejszą cechą, jaką powinien on w sobie wykształcić, jest samoakceptacja i zdolność życia w zgodzie z własnym „ja”, a przede wszystkim zrozumienie, że tylko on sam, nie stan posiadania, nie ilość łóżkowych partnerek może sprawić, że będzie się czuć facetem. Odpowiedzialność za swoje zachowanie, zwyczajna słowność i konsekwencja we własnym postępowaniu, a przede wszystkim trzymanie własnego życia w ręku bez przyzwolenia, by kierował nim ktoś inny – do właśnie czegoś takiego jesteśmy tu zachęcani. Wszelkie mity, na jakich próbuje się opierać współczesny wizerunek faceta, ulegają tutaj bezlitosnej dekonstrukcji, ustępując miejsca rozumnemu, życiowemu i praktycznemu podejściu. Przesłanie „Rozmów męsko-męskich” jest więc jak najbardziej pozytywne.

A forma? Cóż, nie ustrzeżono się tutaj przed ekstrawagancjami, jakich w tego typu literaturze jest pełno. Przykładowo, słowo „jaja” w kontekście genitalnym pada tutaj bardzo często – autorzy zachęcają nas do zastanowienia, kto w ciągu życia posiadł nasze scrotum na własność, albo do stosowania różnych dziwnych technik medytacji, w czasie których mamy wizualizować mosznę jako „źródło męskiej siły”. Za jaja będziemy się łapać, będziemy nawet nimi oddychać. Absurd jak cholera – na szczęście partycypowanie w tego typu zabawach nie jest niezbędne, aby zrozumieć skrytą za nimi ideę. Nie jest to koniecznie coś złego – przejaskrawienie niektórych zjawisk sprawia, że łatwiej dociec ich sedna, lepiej też zapadają w pamięć. Przynajmniej mam nadzieję, że o to chodziło. Zresztą, kurde, dorośli jesteście, róbcie ze swoim kroczem na co tylko macie ochotę. Byle nie publicznie, dziękuję bardzo. Pojawia się trochę lania wody, trochę mocno wytartych, klasycznych frazesów, ale w przeciwieństwie do wielu innych poradników, tutaj pod ich warstewką skrywa się coś wartościowego.


Po odsianiu całej otoczki trącącej nieco ruchami new age to, co zostaje nam w ręku, okazuje się bardzo rzeczowym, pomocnym i pożytecznym tekstem. Nie jest to poradnik o tym, jak zostać najlepszym maczo w okolicy albo największym twardzielem na osiedlu. Nie dowiesz się z niego, jak stać się prawdziwym dżentelmenem albo jak sprawić, by panny mdlały na twój widok. Nic z tych rzeczy – i całe szczęście. To raczej odpowiednik poważnej rozmowy z ojcem dla tych z nas, którzy mogli nie mieć nigdy okazji, by o paru sprawach coś szczerze usłyszeć, a zarazem zbiór prostych reguł, które warto mieć w pamięci. Polecam – nawet tym z was, którzy uważają, że mają wszystko w życiu ogarnięte. To dobra, krzepiąca lektura i chociaż jak każdy poradnik rozwoju osobistego trzeba ją poddać pewnej selekcji informacji, może okazać się krokiem we właściwym kierunku dla tych z was, którzy z jakiegoś nienazwanego powodu nie czują się w życiu szczęśliwi.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękujemy wydawnictwu Helion.

Dane ogólne:
Tytuł: Rozmowy męsko-męskie, czyli jak odnaleźć w sobie prawdziwego mężczyznę
Autorzy: Bogusław Stępień, Albert Szymański
Wydawnictwo: Helion - Sensus
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 160

czwartek, 23 marca 2017

„Otchłań bez snów” Petera F. Hamiltona

Wszechświat może nie być nieskończony, ale na pewno jest olbrzymi – a w swoich wielkich niż cokolwiek innego trzewiach bez wątpienia skrywa tajemnice, cuda i dziwy, o których nie mogło się nam nawet przyśnić. Niektóre z tych dziwów bez wątpienia mogą stanowić dla nas zagrożenie, w dodatku takie, które trudno pojąć, a z którym walczyć byłoby jeszcze trudniej. Tym gorzej, jeśli czoła mu trzeba będzie stawić bez pomocy czadowych zabawek futurystycznej techniki. Przed właśnie takim zadaniem stanąć musi Vuko Drakka... Wróć, stanąć musi Nigel Sheldon, bohater nowej powieści Petera Hamiltona – oto „Otchłań bez snów”, książka, którą autor wznawia swoją rozpoczętą przed wieloma laty serię science-fiction.

Rok 3326. Ludzkość sięgnęła gwiazd i rozproszyła się po licznych zdatnych do zamieszkania planetach, zabierając na nie swoje małe animozje i wojny. Niepewny porządek jest jednak zagrożony przez tajemnicze zjawisko rodem z centrum galaktyki – Pustkę. Pustka rozszerza się, zaś kontakt z pochłoniętymi przez nią statkami po prostu się urywa. Dobrze już znany protagonista serii, Sheldon, ponad tysiącdwustulatek, jeden z założycieli Wspólnoty i konstruktorów pierwszego wormholu (co to za tłumaczenie, ja się pytam?!) zostaje odwiedzony przez rasę tajemniczych obcych. To oni, Raiele, od tysiącleci stoją na straży Pustki i toczą wojnę z zamieszkującymi ją Upadłymi – Nigela zaś namawiają, by dał się posłać do środka z misją zwiadowczo-szpiegowską, której powodzenie może pozwolić na to, że raz na zawsze zażegnane będzie niebezpieczeństwo. Znużony zbyt długą egzystencją Sheldon odkrywa, że Pustka rządzi się zupełnie innymi prawami niż reszta znanego mu Wszechświata – na przykład... działają tam telepatia i psychokineza.

Pomysł – mariaż fantasy i science-fiction polegający na osadzeniu akcji w specyficznym miejscu, które rządzi się niezwykłymi, niezrozumiałymi prawami – jest może i nietuzinkowy, ale nie odkrywczy. Na tym samym motywie opiera się jedna z moich ulubionych powieści polskiej fantastyki, czyli „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Podobieństwa są, ale niezbyt daleko idące. Przede wszystkim...

...w innym tonie utrzymana jest narracja. Ta od samego początku uderza niczym cegła w twarz ilością niezrozumiałego technobełkotu, który skutecznie przesłania wszelką akcję. Prolog pokazuje nam losy ludzkiej misji badawczej, która setki lat wcześniej w stosunku do akcji w utworze udaje się w Pustkę, by tam zaginąć, wcześniej odkrywszy część z dziwnych praw, jakimi rządzi się lokalny fenomen. Jej członkowie zaprezentowani są szczątkowo i trudno choćby przejąć się nagłą śmiercią choć jednego z nich, zaś topornie – i błędnie! - używany pseudonaukowy żargon znacznie spowalnia akcję i burzy wszelki klimat. Trochę jak u Herberta pojawia się mnóstwo obcych, niezrozumiałych pojęć odwołujących się do stanu wiedzy technologicznej w znanym Wszechświecie – te zrozumiałe będą od razu prawdopodobnie wyłącznie dla stałych czytelników serii Hamiltona. Nowy czytelnik natomiast zgubi się w nich całkowicie, zastanawiając się przez długi czas, czym właściwie są ZANdroidy, albo co to znaczy, że bohaterka przeszła swoje pierwsze sekwencjonowanie sto lat temu – to właśnie miałem na myśli, mówiąc o błędnej terminologii: nie chodzi bowiem o sam żmudny proces poznania jej struktury genetycznej, ale o... jej modyfikację. Po co silić się na używanie fachowej terminologii, jeśli robi się to źle? Co więcej, bohaterowie-naukowcy prześcigają się widocznie w tym, kto w swoich wypowiedziach zawrze jej więcej. W efekcie nie dowiadujemy się z nich kompletnie niczego ani na temat komentowanej przez nich sytuacji, ani na temat ich samych. Poza tym wychodzi to strasznie nienaturalnie - ludzie przecież tak nie mówią, do cholery!

Pierwsze sto dwadzieścia stron opisujące tragiczny koniec wyprawy czyta się dokładnie tak – tragicznie. Później jednak akcja przenosi się wiele lat później i do Nigela, a wtedy powieść rozpoczyna długi i trudny proces rehabilitacji po kiepskim pierwszym wrażeniu. Chociaż Nigel jako bohater wydał mi się tragicznie wręcz bezpłciowy (to samo powiedziałbym o rasie obcych-strażników galaktyki – ci wydali mi się trącić sztampą), myślę, że może to być klasyczna skaza powieści osadzonej w znanym już czytelnikom uniwersum – postać zaprezentowały szczegółowo poprzednie pozycje z serii, a kierując nową odsłonę do starych czytelników zapewne pominięto to, co mogło się wydawać zbędną ekspozycją. Pod względem języka robi się nieco lepiej, akcja jest ciut ciekawsza, wokół wydarzeń osnuto też nawet całkiem niezłą intrygę, choć jej przebieg okazuje się dość łatwy do przewidzenia. Pustka, zamieszkana przez potomków różnych ekspedycji naukowych, którzy musieli się dopasować do dziwnych realiów, też ma swój ciekawy, specyficzny klimacik, który mimo operowania raczej trudnym w odbiorze językiem udało się autorowi wytworzyć i utrzymać. Zamieszkujący ją ludzie żyją inaczej niż „na zewnątrz”, także mają swoje dążenia i plany, śmiesznie małe w porównaniu z ludźmi Wspólnoty – przyznaję jednak, że ta część Hamiltonowskiego Wszechświata przekonała mnie do siebie bardziej niż cała reszta razem wzięta, z jej wypełniającą nieśmiertelność rozbuchaną technologią o długich i dziwnych nazwach, i archetypicznymi ufokami.

Sam nie wiem, jaki werdykt wydać na „Otchłań bez snów”. Z jednej strony początkowe wrażenie robione przez powieść jest słabe i nie jest wykluczone, że wielu czytelników odbije się od niej właśnie w tym momencie. Zaprezentowana w serii wizja przyszłości też nie ma w sobie zbyt wielu rzeczy, które byłyby wyjątkowe, interesujące i w stanie przyciągnąć czytelnika. Po przebrnięciu przez pierwsze dwieście stron nabiera rozpędu, nie mogę jednak powiedzieć, że – choć niezła – i ta jej część przekonała mnie całkowicie na swoją korzyść. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z typowym amerykańskim science-fiction z gatunku space opery, ale z niewielkim urozmaiceniem w postaci świata, w którym nie działa zaawansowana technika. Akcja jest wartka i rozwija się ciekawie, ale radość z niej trochę psują pozbawieni ikry bohaterowie. Przeczytać można, ale raczej nie będzie to powieść, do której za parę lat wrócę z radością, jak to miało miejsce w przypadku innej książki wspomnianej w tym tekście.


Za udostępnienie egzemplarza książki do recenzji - dziękujemy wydawnictwu Zysk i S-ka.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The Abyss Beyond Dreams
Autor: Peter F. Hamilton
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 764

środa, 22 marca 2017

„Kot, który spadł z nieba" Takashi Hiraide

Mówi się, że ten, kto nie lubi kotów, po prostu nie miał nigdy szans spędzić z nimi choć odrobiny czasu. Świat dzieli się na kociarzy i psiarzy (z odskocznią w kierunku fanów świnek morskich czy szczurów), którzy potrafią prowadzić ze sobą zażarte boje dotyczące tego, które ze zwierząt jest lepsze. Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi – osobisty odbiór charakteru danego pieszczocha jest tym, co decyduje o relacji, więc nie raz zdarzy się, że zatwardziały psiarz pokocha kociaka pomimo początkowego dystansu. I chyba w tym tkwi cała tajemnica – by dać sobie i zwierzęciu czas na nawiązanie kontaktu, wyjście ze skorupy, w którą pakuje nas ostrożność i dotarcie do siebie nawzajem. Potem pozostaje już tylko bezgraniczne oddanie i przyjaźń, którą kończy śmierć jednego z partnerów. W uczuciach, jakie budzi w nas kot, tym związku, dostrzeganiu indywidualnych cech charakteru i przywiązywaniu się jest coś pięknego, coś, co czyni człowieka lepszym – dla siebie i dla innych. Tematy te porusza też książka, którą mam przyjemność przedstawić – „Kot, który spadł z nieba” Takashiego Hiraide.

Pewna para, która dopiero co wprowadziła się do małego domku w Tokio położonego w cichej, spokojnej, choć niezbyt bogatej okolicy, któregoś dnia obserwuje, jak mieszkający obok chłopiec spotyka małego kotka. Przybłęda ujmuje go swoim wyglądem i przemiłym charakterem, rodzina postanawia więc go przygarnąć. Chibi, bo tak na imię dostaje zwierzak, szybko zaprzyjaźnia się ze wszystkimi w okolicy, wędrując po przylegających do siebie podwórkach i to pomimo niechęci właścicielki domków, która kategorycznie sprzeciwia się obecności w nich zwierząt. Małżeństwo jednak nie wygania kotki, gdy ta z ciekawości zagląda i do nich, wręcz przeciwnie – z czasem nawiązują znajomość, stawiają futrzakowi pudełko w kącie pokoju, miskę z jedzeniem, dają jej też możliwość wchodzenia i wychodzenia kiedy chce, w końcu nie chcieliby, by ktoś posądził ich o próby zawłaszczenia cudzego zwierzęcia. Chibi szybko zyskuje przyjaciół, nawet starsza pani przekonuje się do niej. Obserwowanie kocich zachowań, wnioskowanie na ich podstawie o nastrojach i potrzebach kotki dadzą im wszystkim sporo okazji do rozmaitych przemyśleń.

Książka jest bardzo krótka, ale pełna emocji. Akcja, chociaż obraca się wokół kota, nie obejmuje tylko i wyłącznie jego – narrator, którym jest bohater, mówi wiele na temat ich obecnego życia, niedoli i radości, planów, które niekoniecznie udało się zrealizować, braku dziecka, którym mogliby się zająć i pracy redaktora, którą wykonują oboje. Życie w Tokio jest drogie, sytuacja finansowa pary pogarsza się w trakcie opowiadania, z powodu problemów zdrowotnych muszą zrezygnować z regularnej pracy i przejść na zdalną, co nie pomaga w podniesieniu się z kryzysu. W tym czasie umiera cesarz, podupada na zdrowiu też mąż właścicielki domków, a wraz z jego śmiercią starsza pani zmuszona zostaje do sprzedania posiadłości. Powoduje to stopniowo pogłębiające się wrażenie smutku i bezsilności, któremu nie sposób się oprzeć w trakcie czytania, potęgowane przez filozoficzne niemal rozważania narratora na temat sensu, celu i dróg, jakie wybiera się w życiu, by przetrwać. Mężczyzna rozważania swoje odnosi do wielu wybitnych umysłów (jak na przykład Machiavelli), łagodząc jednak ich przemyślenia i porównując je do własnej codzienności. Śmierci w książce jest dużo, każda potraktowana w sposób wskazujący na wielki szacunek do tej chwili i człowieka, który umiera – jego sylwetka zostaje nakreślona bardzo dokładnie, autor, ustami bohatera, wspomina ważne chwile z życia każdego zmarłego i mówi o tym, co doprowadziło go do punktu, w którym znalazł się pod koniec życia.

Przedmiotem głównych obserwacji pozostają jednak dwie postacie: żona mężczyzny i Chibi. Na temat relacji ze zwierzętami zarówno swojej, jak i małżonki opowie wiele już na początku, wspominając też, że nigdy nie należał do osób, które darzyłyby wielkim uczuciem koty. To jednak on będzie osobą, która jako pierwsza nawiąże głębszą więź ze zwierzakiem, lubując się jednak nadal w odgadywaniu uczuć, jakie mają wobec siebie obie „panie” – a te bywają różne. Jest on wyjątkowym obserwatorem, zauważającym wiele szczegółów, które zwykle umykają ludzkiemu oku. Potrafi zachwycić się chwilą i delektować się nią przez dłuższy czas – nawet czymś drobnym, jak odbicie obrazu w szybie czy zmienne nastroje otaczających go istot. Powstrzymuje się za to od wyciągania wniosków, nie ocenia – po prostu przedstawia zaobserwowane sceny takimi, jakie je widzi. Jest człowiekiem wrażliwym, martwią go nieporozumienia i niechęć innych, która powstają np. między nim a rodziną, która przygarnęła kotkę, stara się je rozwiązać, mówiąc całą prawdę na temat ich znajomości. Gdy to nie działa, jest bardzo zasmucony.

„Kot, który spadł z nieba” jest opowieścią głęboką, statyczną, ale nie nudną, piękną, ale bardzo smutną. Mówi wiele o przywiązaniu do innych ludzi i zwierząt, relacji, która przynosi wiele dobra i radości w życiu, ale która zawsze kiedyś ma swój koniec. Pozwala dostrzec to, jak wiele rzeczy umyka nam w ciągu dnia, uzmysławia jak niewiele czasu mamy na nacieszenie się bliskimi, którzy są wrażliwi na krzywdy tak samo jak i my, a których doceniamy często dopiero wtedy, gdy odejdą na zawsze. Jest to powieść warta przeczytania, warta każdej uronionej nad nią łzy i choć kończy się szybko, ma w sobie wiele ważnych myśli, nad którymi po prostu nie można przejść do porządku dziennego nie zastanowiwszy się poważnie i nie wyciągnąwszy wniosków.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Neko no kyaku
Autor: Takashi Hiraide
Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 144

poniedziałek, 13 marca 2017

„Powstanie. Wojny Alchemiczne tom II” Iana Tregillisa


Mechaniczny” Iana Tregillisa był jedną z przyjemniejszych niespodzianek, jakie przyniósł mi poprzedni rok wydawniczy. Mimo pewnych wad, powieść o zbuntowanym mechanicznym słudze, który wyzwolił się spod jarzma ciążących nad nim dyrektyw i zyskał autonomię w bardzo umiejętny sposób łączyła ciekawą, wartką akcję z odrobinką ciut głębszych rozważań – z gatunku tych, które cechują dobrą fantastykę naukową. Nie była to książka doskonała, ale z całą pewnością coś, co wówczas uznałem za warte przeczytania. Nie mogłem też doczekać się drugiej części planowanej trylogii – i doczekałem się. Oto „Powstanie”, kontynuacja cyklu „Wojny Alchemiczne”. Czy dorówna pierwowzorowi, a może nawet go przewyższy? Przekonajmy się!

„Powstanie” podejmuje akcję niedługo po tym, gdzie pozostawił ją „Mechaniczny” – po wybuchu Wielkiej Kuźni, który zatrząsł posadami Gildii Zegarmistrzów, a tym samym całego holenderskiego imperium. Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że to koniec wojny o tereny Nowej Francji. Wspólne wysiłki byłego Talleyranda – to jest, madame Berenice – oraz Jaxa, zbuntowanego Klakiera, spełzną teraz na niczym, jeśli mistrzyni szpiegów nie uda się zbiec z aresztu. Ma tylko jedną połowę sekretnej wiedzy niezbędnej do odwrócenia losów wojny – druga jest w posiadaniu Jaxa, który wyrusza na poszukiwanie legendarnej Nibylandii, by tam zjednoczyć się z pozostałymi mechanicznymi sługami, którzy odzyskali wolność. Tymczasem wojna trwa w najlepsze – i chyli się ku końcowi. Niedobitki francuskiej armii, dowodzone przez kapitana Hugona Longchampa, w akcie desperackiej odwagi strzegą Ostatniej Reduty. Brakuje im amunicji, medykamentów, a przede wszystkim ludzi zdolnych podjąć nierówną walkę z mosiężnymi najeźdźcami.

Na kartach „Powstania”, podobnie jak w „Mechanicznym” śledzimy równolegle wątki trzech różnych postaci – Berenice, Jaxa i Hugona, który zajął miejsce ojca Vissiera jako trzeciego głównego bohatera (choć i ten pojawi się – ku mojemu rozczarowaniu, tylko na chwilę, a jego rola będzie raczej, cóż, przedmiotowa). Urywki ich historii poznajemy naprzemiennie, porcjami, jako że każdy rozdział dotyczy na zmianę losów jednego z tej trójki. Tu zdecydowanie uwagę zwraca niezwykła, obserwowana już w pierwszym tomie biegłość Tregillisa w dawkowaniu napięcia. Akcja rozpędza się powoli – i chociaż sytuacja każdego z bohaterów jest dramatyczna już od samego początku powieści, desperacja i tempo stopniowo narastają, by w okolicach finału przybrać formę zdecydowanie karkołomną. Odzwierciedla to nawet sposób prowadzenia narracji – wtedy porzucona zostaje reguła „jeden rozdział – jeden bohater”, a przejścia pomiędzy protagonistami stają się dużo bardziej płynne. Ten drobny zabieg daje niesamowity efekt.

Pod względem fabuły drugi tom „Wojen Alchemicznych” jest mocno nierówny. Bardzo przypadły mi do gustu rozdziały, w których główną rolę grał stary żołnierz obarczony niemożliwym zadaniem odparcia najeźdźców od murów Ostatniej Reduty. To w nich najbardziej dało się poczuć klimat, a opisy kolejnych cudem wygranych bitew były satysfakcjonująco dynamiczne, napięcie zaś w dobrze dobranych momentach rozładowywały świetne, błyskotliwe i charakterne dialogi spod znaku wisielczego humoru pomiędzy kapitanem i jego adiutantem. Nie jestem w stanie powiedzieć tego samego o fragmentach poświęconych losom Jaxa – o ile to, co spotkało go w Nibylandii było sporym zaskoczeniem, w dodatku raczej na plus (choć jeśli chodzi o sam opis krainy Zagubionych, wyglądał on na pospiesznie skonstruowany, niedopracowany i budził raczej mieszane uczucia – trochę zmarnowano tu potencjał na wyjątkowy, smakowity motyw), o tyle samej postaci brakowało tego „czegoś”, co sprawiło, że tak lubiłem go w „Mechanicznym”. Gdzieś uleciał subtelny, lekko filozoficzny posmaczek jego przygód i rozważań – te ostatnie sprawiają wrażenie dużo bardziej płytkich i wymuszonych niż miało to miejsce w pierwowzorze. Rozdziały poświęcone Berenice były za to, jak na mój gust, przeładowane wydarzeniami – działo się sporo, ale kolejnym jej przygodom brakowało jakiegoś wrażenia ciągłości i spójności, przez co często musiałem poświęcić chwilę na uprzytomnienie sobie, co właściwie miało miejsce ostatnim razem i jak doprowadziło to do obecnej sytuacji.

Przy okazji mojej wcześniejszej recenzji narzekałem, że „Mechaniczny” jest książką dość wulgarną, miejscami zupełnie niepotrzebnie. Cóż, w „Powstaniu” jest jeszcze gorzej – bohaterowie bluzgają bez opamiętania, w wyjątkowo mało finezyjny sposób, sprawiający dodatkowo wrażenie mocno wymuszonego. O dziwo, parszywą gębą zaraził się nawet Jax – i pozostali klakierzy. Jestem w stanie zrozumieć, że kląć jak szewc będzie stary żołnierz, który staje wobec sytuacji skrajnie beznadziejnej, ale mosiężny automaton? Kompletnie nie trzyma się to ani kupy, ani wizji postaci. Chwała Huygensowi, autor raczył chociaż darować sobie naturalistyczne sceny aktów płciowych, które w pierwszym tomie cyklu straszyły najbardziej, ale językowo wciąż mamy pewien spadek – z jednej strony naprawdę dobre opisy, z drugiej dialogi upstrzone zbędnymi, w dodatku zupełnie współcześnie brzmiącymi, bluzgami. Sprawia to, że klimat trochę się chwieje.


Podsumowując: kto sięga po „Powstanie” i liczy, że dostanie jeszcze więcej z tej fantastycznej kombinacji fantastyki i filozofii, jaką był „Mechaniczny”, srogo się zawiedzie. Kontynuacji „Wojen Alchemicznych” brakuje polotu, który miał pierwowzór – i chociaż warsztatowo, językowo, dostrzega się pewną poprawę, książka nie angażuje, nie fascynuje, nie wciąga tak, jak jej poprzednik. Jeśli podobał wam się „Mechaniczny”, przeczytać możecie – gdyby nie robić sobie nadziei na zbyt wiele, jest to w miarę przyjemna lektura. Po prostu... to już nie to samo.

Za udostępnienie egzemplarza książki do recenzji dziękujemy Wydawnictwu SQN.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Rising. The Alchemy Wars: Book Two
Autor: Ian Tregillis
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 352

sobota, 11 marca 2017

„Krzyżowiec” Grzegorz Wielgus

Nie było chyba w historii Europy wielu mroczniejszych chwil niż ta, gdy szalała w niej czarna śmierć. Epidemie tej choroby przetaczały się przez ziemie kontynentu wiele razy, kulminację osiągając w piątym i czternastym wieku naszej ery, jednak i pomiędzy tymi datami nie odpuszczała na długo. Dżumę wymienia się często jako i przyczynę, i skutek wypraw krzyżowych – z jednej strony Bóg karzący chrześcijan za pozostawienie Jerozolimy w rękach innowierców, z drugiej – same wyprawy, ludzkie zbiorowiska, w których higiena to słowo obce i wrogie, a o chorobę nietrudno. W tych realiach osadził swoją powieść Grzegorz Wielgus, prowadząc jednak wydarzenia po bitwie pod Antiochią w czasie pierwszej z wypraw krzyżowych w znacznie innym, o wiele mroczniejszym kierunku.

Krzyżowca poznajemy w bezimiennym opactwie, miejscu modłów i kaźni tych, o których świat postanowił zapomnieć. Zamykani tam przez wzgląd na wolę kogoś wpływowego, chorzy, często zamurowani żywcem więźniowie, tracą z czasem rozum i spędzają dni na samookaleczaniu - bądź gniją za życia. W otoczeniu mnichów wytrwale poszukujących odkupienia w tym tak posępnym świecie stanowili jedyne towarzystwo dla Rycerza, który, choć śmiertelnie poparzony, to jednak nieumarły, budził się powoli z letargu. Wracająca mu świadomość celu, wiercąca się gdzieś pod czaszką, doprowadziła do w końcu do wyjścia z kryjówki i wysłała go w drogę ku Jerozolimie. Czy jednak będzie mógł tam dotrzeć, pozbawiony tożsamości, wędrując przez ziemie, które trawią choroby i rozkład?

Zacząć należałoby od stwierdzenia, że oznaczanie tej książki łatką „powieść historyczna” to spore niedopowiedzenie. Owszem, czasowo umiejscowiona została w przeszłości, jednak styl, jakim została napisana i mnogość elementów, które ciężko określić inaczej niż fantastycznymi zdaje temu kłam. Jest to fantastyka, apokaliptyczna i niesamowicie mroczna. Trudno określić w prostych słowach ogrom ohydy i zła, jakie wylewa się z kart przy czytaniu, a opisy, bardzo szczegółowe, przez tę szczegółowość bywają aż obrzydliwe. Europa Wielgusa pozbawiona została niemal wszystkiego, co w niej dobre. Coś poszło nie tak, nastąpił kataklizm, Bóg opuścił Europę. Trudno tam znaleźć człowieka, który nie byłby chory bądź zdeformowany, aż do dzikich, zachodzących niemal przypadkowo przemian w podstawowych kwestiach biologii ludzkiego ciała. Opis okładkowy mówi o dżumie, jednak mam wrażenie, że zaraza ta jest jednym z lżejszych problemów, na jakie natknąć się mógłby przypadkowy wędrowiec. Za przykład niech posłuży mi pewna niewielka wioska, w której ludzie, pozornie mili i gościnni, okazali się być zakażeni grzybem, który wytrawił ich wnętrzności, traktując ludzką powłokę jako nośnik i sposób na zwabienie kolejnych ofiar – to, jak tak prosty pozornie organizm staje się inwazyjnym, inteligentnym pasożytem ogromnie działa na wyobraźnię – i jest przerażające. Europa jednak nadal wierzy w Boga, modli się w kościołach, obiera za patronów świętych – nawet, jeśli ma zwyczaj lżyć ich i karać wyrzuceniem figur z miasta w parodii nabożeństwa za to, ze nie uchronili osady przez tragedią.

Krzyżowiec jest bohaterem specyficznym. Rozpoczynając w chwili, gdy sam niewiele wie o sobie, przechodząc wraz z nim wszystkie przygody, zdarzenia, niebezpieczeństwa, poznajemy jego tożsamość niejako wraz z nim. Kształtują ją niejasne wspomnienia, skojarzenia, cele, do których dąży w sposób z góry ustalony, ale sens tego gdzieś przepadł, zagubił się wśród mrocznych dni, z czasem stopniowo ujawniając się znowu. Bohater został spalony, ale nie umarł, nie dosłownie – wiedzie go myśl, że musi dotrzeć do bram Jerozolimy. Po co, co go tam czeka? Jakie mgliste zbawienie oczekuje w tym wypaczonym świecie na żywego trupa, który dawno już zgubił się na ścieżce swojej świętej misji? Jest niemy, żywi się żarem, który na chwilę przywraca mu jasność myślenia – i siły. Widać byłoby w tym elementy znane niektórym może z gry „Dark Souls” - którą zresztą książka żywo przypomina klimatem. Bohater jest krzyżowcem, wie, co oznacza to słowo i jakie wartości powinny za nim iść, a raczej przypomina je sobie, jednak często sam łapie się na tym, że zboczyć z drogi jest łatwo, ale powrócić na nią – już o wiele trudniej. Miasto, które przyjdzie mu odwiedzić, Rawenna, w której wydarzenia w Dni Krzyżowe dadzą lekką wskazówkę co do ogólnych losów świata, przedstawiając go jednocześnie w jeszcze tragiczniejszym świetle: „Nie lękaj się piekła, ono jest puste! Wszystkie diabły są już tutaj!”

Wizja Europy z czasów wypraw krzyżowych, stworzona przez Wielgusa jest, mimo swej straszliwości, wyjątkowo szczegółowo nakreślona. Opisy stanowią większą część treści, nie tylko ze względu na niemego bohatera – w końcu zwracają się do niego często inne, przygodne postacie, a on odpowiada co najwyżej gestami. W detale otoczenia wpleciono wiele przemyśleń, których pochodzenie często trudno jest określić – czy są one myślami Krzyżowca, czy też samego autora? Przeczytamy więc wiele na temat nie tylko natury rzeczy, ale i ludzkiej egzystencji, której okrutną naturę obnażyło pasmo nieszczęść czy świata przedstawionego w ogóle (przy okazji poznając go nieomal od podstaw). Poprzez obserwacje bohatera, ukazane jednak za pomocą narracji trzecioosobowej, będziemy obserwować rzeczy dziwne i niepojęte. Wizję wykoślawionego społeczeństwa poznamy zarówno poprzez wydarzenia wśród biedoty jak i wyższych warstw społecznych – przy czym żadna nie dostała immunitetu na toczącego Europę raka. Trzeba jednak postawić sprawę jasno: „Krzyżowiec” nie jest książką, którą da się przeczytać w jeden wieczór, dwa czy trzy. Konstrukcja opisów zwyczajnie na to nie pozwala, pojedyncze zdania potrafią przekazywać tak duży ładunek informacji, że wymagają często zatrzymania się na chwilę, by niczego nie przeoczyć. Niewykluczone, że ponowne przeczytanie tej pozycji odsłoni przede mną kolejną warstwę szczegółów, które przeoczyłam lub po prostu wymagały jeszcze większego skupienia uwagi, by dać się odnaleźć.

Pod względem technicznym książka prezentuje się dość nierówny poziom. Okładka mocno sugeruje mroczną zawartość, co jest dobre i świetnie pasuje do klimatu powieści, jednak wyraźne zaznaczenie z tyłu, iż jest to powieść historyczna, jest po prostu elementem mylącym i wielu pewnie rozczaruje się, sięgając po tą pozycję jako po coś zupełnie innego. Tego, co można spotkać w środku nie sugeruje też w żaden sposób opis, mówiąc o bitwie, dżumie i drodze – gdyby nie fakt, iż wspomniano o specyficznym stanie bohatera, balansującego gdzieś na pograniczu życia i śmierci, po prostu kompletnie wprowadzałaby potencjalnego czytelnika w błąd. Wydawnictwo mogłoby też lepiej zadbać o sam tekst – pojawiają się w nim błędy łatwe do wyłapania już przy pobieżnym czytaniu, częste powtórzenia i zgubione akapity, co może niekoniecznie będzie przeszkadzało w czytaniu, jednak wyraźnie wskazuje na cokolwiek „szkolny” charakter korekty i redakcji.

Czy warto jest próbować?

Tak. W „Krzyżowcu” nie ma nic radosnego ani pięknego – choć fakt, często objawiają się wśród zalewu ludzkiej zgnilizny resztki czegoś, co chyba nazywamy „dobrym sercem”, a i sam bohater świadom jest toposu rycerskiego i wartości, którymi powinien się kierować – jednak wizja ta, jakkolwiek mroczna i miejscami odstręczająca, w jakiś sposób fascynuje i przyciąga. To książka dla tych, którzy lekturą lubią się delektować, szukać znaczeń, a przy tym nie mdleją przy opisach ludzkich ułomności – a także lubiących dystopijne wizje, w których droga do jakiejkolwiek nadziei jest długa i pełna przeszkód, a cel niekoniecznie musi okazać się rzeczywisty.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi oraz wydawnictwu Novae Res.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Krzyżowiec
Autor: Grzegorz Wielgus
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 376

czwartek, 9 marca 2017

Więcej Kotów w internetach #05, czyli książkowy luty u Kota w Bookach

Jeszcze zima, a już by się chciało wiosny... Czytanie w naturze, w otoczeniu zieleni, na ogródku, w parku na ławce, na łące na kocyku - marzenie! Świeże powietrze, zapach kwiatów i liści, powiewy ciepłego wiatru, obserwowanie bawiących się na trawie dzieci, wyprowadzanie na spacer psa... Tęskni się za tym wszystkim. A tu nadal jeszcze jakoś tak zimowo miejscami. Luty był zimnym, marudnym pogodowo miesiącem, który nie rozpieszczał i pod względem możliwości skupienia uwagi. Nadal nas to trochę trzyma - jesteśmy markotni, łatwo zasypiamy nawet przy książce, trudno nam się obudzić. Czasem słońce przyświeci mocniej, i wtedy dopiero budzi się jakaś chęć do życia. Wystarczy chłodu, czas na wiosnę!

Czytelniczo luty nie udał nam się zbyt dobrze. Stosiki coraz większe, ale nie idzie za tym niestety ilość czasu, jaką przeznaczamy na czytanie. Zdecydowanie czas to poprawić, jako że terminy gonią, a książek w kolejce nie ubywa. Będzie lepiej! Podsumowanie lutego przyszło znów z opóźnieniem - ale czas przejrzeć to, co udało nam się w zeszłym miesiącu zdziałać i zrobić jakieś postanowienia odnośnie marca. A więc! Bierzemy się do czytania, pisania i w ogóle wiosennego rozruchu.

"Hel-3", Jarosław Grzędowicz, Polacy nie gęsi
Norbert Roliński jest iwenciarzem – to powszechny zawód w dystopijnej rzeczywistości 2054 roku. Iwenciarz to ktoś, kto jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje, a dzięki nowinkom technicznym jest w stanie te wydarzenia uwiecznić i umieścić w trzewiach MegaNetu. To łowca przygód, detektyw i niezależny dziennikarz w jednym – w teorii. W praktyce jednak, aby przeżyć, trzeba imać się taniej sensacji – w końcu przychód generowany jest przez wyświetlenia, a te nabijane przez spragnionych dramy przeciętnych użyszkodników o niezbyt krytycznym podejściu i mało wysublimowanych gustach. Po tym, jak omal nie stracił życia podczas filmowania wystąpienia islamskich radykałów w Dubaju, Norbert wraca do Polski za ostatni grosz.

"Bez litości", Miroslav Zamboch, Polacy nie gęsi
"Bez litości" oferuje nam historię osoby skądinąd znajomej – jeśli ktoś czytał zbiór opowiadań w świecie Koniasza, "Krawędź Żelaza" i przypomina sobie zawarty w nim tekst „Pasjonat”. Bakly, bo to o nim mowa, po wydarzeniach z tamtego feralnego turnieju porzucił żywot gladiatora, zamiast niego obierając niewiele różniącą się ścieżkę łowcy nagród i najemnika. Jego pozbawiona radości egzystencja to jedynie błąkanie się od jednego zadania do kolejnego. Od kilkunastu już lat zbiera pieniądze, by opłacić człowieka, który chroni jego rodzinę przed procesem o czarostwo – oto zbliża się czas wpłaty ostatniej raty. Kłopoty finansowe zaprowadzą najemnika do rządzonej przez skorumpowaną baronię i grupę przestępczą Strefy, miejsca, gdzie czerpanie zysku z różnych szemranych interesów jest jak najbardziej legalne, ale eksport również jest opodatkowany bandycko. Ta ziemia niczyja będzie dla Bakly’ego ostatecznym sprawdzianem zdolności przetrwania.

"Sztuka podstępu", Kevin Mitnick, recenzja na blogu
Książka podzielona jest na cztery części, a te na łącznie szesnaście rozdziałów. Każdy z nich wprowadza nową sztuczkę, za pomocą której socjotechnicy (hackerzy, oszuści, szpiedzy - lub po prostu zwykli złodzieje) są w stanie uśpić cudzą czujność, podać się za kogoś, kim naprawdę nie są i uzyskać od niczego niespodziewającego się człowieka informacje, które, użyte gdzieś indziej, pozwolą na przedostanie się przez rozmaite bariery bezpieczeństwa i osiągnięcie celu. Omówione tu techniki ukazane są na przykładzie krótkich historii – czasem prawdziwych, czasem opartych na faktach, a czasem kompletnie zmyślonych, jednak prezentujących zagadnienia w sposób przejrzysty i klarowny. Dowiemy się z nich, na przykład, jak obrabować bank wykonując najwyżej cztery telefony, jak wykraść sekretny projekt zaawansowanej aparatury medycznej w słoneczne niedzielne popołudnie albo jak samodzielnie wyjść ze strzeżonego budynku po spotkaniu twarzą w twarz z niezadowoloną z naszych odwiedzin ochroną.

"Siedem spódnic Alicji", Joanna Jurgała-Jureczka, Polacy nie gęsi
Alicja jest osobą, która nie lubi ujawniać wielu informacji na swój temat. Wśród przyjaciółek, z którymi wyruszyła do Nazare na wakacje, czuje się dobrze, a jednak rozmowy na temat jej związku przychodzą z trudem. Hrabia Adam Przebłocki – tak, współczesny hrabia – zainteresował się prostą w jego mniemaniu dziewczyną z wielu względów, ale różnice między nimi, nie tylko w pozycji społecznej, sprawiły, że to Alicja zaczęła zastanawiać się nad sensem całego przedsięwzięcia… I postanowiła je zakończyć. Jak to jednak wytłumaczyć rozentuzjazmowanym towarzyszkom, żartującym sobie na temat koleżanki-przyszłej hrabiny? Szansę na spokój daje jej ucieczka na prowincję – do wsi Stawiska i pracy przy odrestaurowanym na hotel pałacu rodziny Lahensteinów. Czy jednak naprawdę uda jej się tam odizolować od świata i własnej przeszłości?

"Evna", Siri Pettersen, Polacy nie gęsi
Hirka tafia do kraju Umpiri, z których wywodzi się jej ojciec. Jest tam zupełnie obca – wygląda inaczej, inaczej myśli, obce jej są ich zwyczaje. Musi jednak nawiązać z nimi kontakt: Widzący Umpiri może posiadać tajemnicę uwolnienia jej ukochanego, Rimego, od kruczego dziobu. Dziób ten pozwala Graalowi, ojcu Hirki, na kontakt z nim z innego uniwersum, jednak niszczy też nosiciela, przynosząc mu ból i czyniąc go niewolnikiem. Dla rasy martwo urodzonych Hirka jednak jest specyficzną osobą – z jednej strony ukochana córka Graala, dowód na to, że Umpiri nadal mogą mieć dzieci i ich nacja nie zginie, z drugiej – jest mała, słaba i trudno uwierzyć w to, że mogłaby sprawić, że będzie w stanie przywrócić martwo urodzonym Evnę, która w wyniku działania jej wuja, Naiela, przestała napływać do ich kraju.

"Bezkres magii", Brandon Sanderson, Polacy nie gęsi
Specyficzna konstrukcja książki pozwala w pełni docenić rozmach, z jakim autor buduje swój fantastyczny wieloświat – Cosmere. Okazuje się więc (jeśli ktoś jeszcze tego gdzieś na fanowskich stronach nie doczytał), że obejmuje on wiele planet przyporządkowanych różnym układom. Swoistym narratorem całości zbioru jest Khriss, a dokładnie Khrissalla – wędrowniczka i badaczka, mieszkająca na ciemnej stronie planety Taldain, ale wędrująca po wielu innych. Krótki wstęp z jej perspektywy towarzyszył będzie każdemu tekstowi, wprowadzając elementy łączące je ze sobą. Póki co dość luźno – ale przecież Cosmere w żadnym wypadku nie jest projektem skończonym! – w postaci szczegółów położenia konkretnego miejsca akcji, ze schematycznym rysunkiem w formie wizualizacji. W posłowiu zaś sam autor ujawni okoliczności powstawania każdego tekstu, opowie o niektórych elementach konkretnych fragmentów swojego uniwersum i zdradzi parę planów na przyszłość.

"Biała", Dominika Olbrych, Konwenty Południowe
Simia nie zaznała w życiu wiele szczęścia. Urodzona jako Biała – jedyna pozbawiona mocy w Heliasie - ma trudniej pod każdym względem. Wychowuje się w niepełnej rodzinie: jej matka zniknęła - po prostu pewnego dnia wyszła z domu, jak wiele razy wcześniej to zrobiła, tym razem już jednak nie wracając. Opieka nad Simią przypadła więc ojcu, bardzo negatywnie do niej nastawionemu, nie stroniącemu od alkoholu i agresywnych zachowań oraz bratu, do którego bardzo się przywiązała. Z czasem każde z dzieci dorosło. Lartes ożenił się i wyniósł z domu, jego przyjaciel i towarzysz zabaw tak jego, jak i Simii, Ros, poszedł na naukę do Kalaanów, obiecujących mu, że dzięki nim będzie mógł wykorzystać posiadają moc w obronie bliskich. Dziewczyna została więc sama i wiodłaby zapewne dość nudne życie, gdyby nie fakt, że w okolicy pojawił się Wybraniec – jej dokładne przeciwieństwo – który, ścigany przez wszystkich, zrzucił podejrzenia na osobę Lartesa i... Simii.

"Wilk samotnik", Miroslav Zamboch, Polacy nie gęsi
"Wilk Samotnik" podejmuje akcję w nieokreślonym czasie po wydarzeniach zarówno z "Na ostrzu noża", jak i "Krawędzi żelaza" – jak pamiętamy, Koniasz zdążył w tym czasie narobić sobie trochę dobrze sytuowanych wrogów. Sukces wyprawy na nieznane ziemie, zakończonej założeniem dobrze prosperującej osady, wywrócił na drugą stronę rynek zboża w Cesarstwie, wydarzenia na Pustyni Gutawskiej zakończyły się niemałym skandalem dyplomatycznym i prawie doprowadziły do wojny… Nic więc dziwnego, że ktoś w końcu postanowił pozbyć się najemnika-wrażliwca. Koniasz dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że jego dni są policzone – i z właściwym dla siebie stoickim spokojem żyje tak, jak żył do tej pory. Rzecz jasna, przyjmując kolejne niebezpieczne zlecenie. Jeden z klanów czarodziejów jest żywo zainteresowany odkryciem położenia sekretnej cytadeli jeszcze sprzed czasów Wojen Magów, które na zawsze odmieniły oblicze świata. Najemnik przybywa więc do Krachtiburga…

"Pozorność", Natalia Nowak-Lewandowska, recenzja na blogu
Anka Sokołowska była kobietą szczęśliwą. Niegdyś zostawiła swoją wieloletnią miłość, Janka, dla przebojowego Piotra, w którym zakochała się bez pamięci. Wzięli ślub, pracują, mieszkają z jej rodzicami, starają się o kredyt na własne mieszkanie… Do szczęścia brakuje im tylko dziecka. Pierwszym niepokojącym znakiem jest reakcja Piotra na widok mocniejszego niż zwykle makijażu Anki – mężczyzna każe jej go po prostu zmyć, by nie przyniosła mu na ulicy wstydu. Anka niewiele jednak się nad tym zastanawia, po początkowym szoku przechodzi nad tym do porządku dziennego. W chwili prawdziwej próby, gdy pierwsza ciąża kończy się poronieniem, już nie da się ukryć, że coś w ich relacjach jest nie tak – winę za utratę dziecka Piotr zrzuca na żonę, twierdząc, że widocznie nie starała się wystarczająco. Prawdziwą agresję w mężczyźnie wyzwala jednak druga poroniona ciąża, a jego oskarżenia, rzucane nawet w gronie znajomych, doprowadzają Annę na skraj szaleństwa, z którego sama nie potrafi się uwolnić.

"Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz", Mary Shelley, recenzja na blogu
Dla tych, którzy jakimś cudem kojarzą tytuł wyłącznie z komiczną podobizną umrzyka z gwoździami w skroniach, pozwolę sobie na mały skrót fabuły. Głównym bohaterem powieści jest szwajcarski arystokrata i doktor filozofii naturalnej, Wiktor Frankenstein. Ten, od lat młodości pasjonując się rojeniami starożytnych i średniowiecznych mędrców o kamieniu filozoficznym i eliksirze życia, pewnej straszliwej nocy w odosobnionym laboratorium powołuje do życia bezimiennego potwora. Kreatura jest silniejsza, szybsza, wytrzymalsza, inteligentniejsza i pod prawie każdym możliwym względem doskonalsza od człowieka – jednak jej obca, zwierzęca fizjonomia budzi strach i odrazę każdego, kogo spotyka, również samego Wiktora. Stworzenie to ma dobre i szlachetne serce, jednak przywiedzione do szaleństwa samotnością, poczuciem odrzucenia i utraty przeistacza się w bezlitosnego, okrutnego mordercę, który poprzysięga zemstę na swoim stwórcy, od tej pory polując na jego najbliższych. Twórca i jego dzieło zostają związani szaleńczym pościgiem po całym świecie – pościgiem, który przerwać może tylko śmierć jednego z nich.

"Opowiadania drewnianego stołu", Monika Walecka, recenzja na blogu
Jak sprawić przyjemność sobie i bliskim? Jest na to wiele opcji, jednak tą najprostszą, najlepiej dostępną i sprawiającą dużo radości jest sztuka kulinarna. Monika Walecka pragnie opowiedzieć nam o miejscu spotkań całej rodziny – tradycyjnym drewnianym stole, przy którym siada się do obiadów, świątecznych spotkań i codziennych pogaduch, a który widział wiele z tych lepszych i gorszych dni. Czy nie zasłużył, a wraz z nim wszyscy mieszkańcy, na to, by podać na nim coś wyjątkowego? Osoby, które lubią czasem zjeść coś, co nie należy do codziennych standardów i cenią sobie nowe smaki, szybko na takie pytanie odpowiedzą twierdząco.

"Bang! Pojedynek", gra karciana, Konwenty Południowe
"Bang!" to istny fenomen wśród gier karcianych. Nagrodzony lawiną prestiżowych nagród, wzbogacony o liczne dodatki, zarówno oficjalne, jak i fanowskie, do dnia dzisiejszego pozostaje faworytem w konwentowych gamesroomach, na spotkaniach towarzyskich czy w rodzinnym gronie - chociaż od dnia premiery mija już piętnaście lat! Mimo wszystkich swoich zalet ma jednak jedną, zasadniczą wadę – by w ogóle zagrać, potrzeba co najmniej trzech osób, a prawdziwa zabawa zaczyna się od piątki wzwyż. A co, jeśli jest was tylko dwoje, a mimo to macie ochotę na odrobinę przemocy w klimacie spaghetti westernu? Właśnie z myślą o takich chwilach powstał "Bang! Pojedynek" – wariant znanej i uwielbianej saloonowej naparzanki przygotowany dla mniej licznych posse.

"7 Samurajów", gra planszowa, Konwenty Południowe
 XVI wiek, Japonia. Mieszkańcy biednej wioski drżą z obawy przed bandytami z klanu Oni-Musha, którzy każdego roku w porze zbiorów przychodzą, aby odebrać im owoc ciężkiej pracy na roli. Biednym wieśniakom grozi śmierć głodowa – postanawiają więc wynająć siedmiu samurajów bez klanu – roninów – aby ci stanęli w ich obronie. Grając w "7 Samurajów" wcielicie się właśnie w tę siódemkę, a waszym zadaniem będzie, rąbiąc, kłując, tłukąc, kopiąc i siekąc, powstrzymanie trzech nadciągających fal najeźdźców o narastającej sile przed spaleniem wsi i wybiciem rolników wraz z rodzinami.


***

Ten post bierze udział w konkursie z książką "Był sobie pies" - szukajcie słowa tekście i koniecznie zaglądajcie na inne blogi Śląskich Blogerów Książkowych!


W ramach miniaturki obraz autorstwa Ferdinanda Maxa Bredta - przygarnięty z portalu Pinterest.

środa, 8 marca 2017

Konkurs z książką „Był sobie pies”


Dzisiaj na kilku blogach ŚBK ukaże się podobny post z zapowiedzią konkursu. Zapamiętajcie dobrze te blogi, bo to na tych stronach JUTRO musicie szukać wskazówek do odgadnięcia konkursowego hasła.

Ale po kolei:
Konkurs Śląskich Blogerów Książkowych oraz Granic.pl rozpocznie się 9.03.2017, ale dzisiaj zaprezentuję jego przebieg i zasady, na jakich będzie się opierał.
Konkurs z "Był sobie pies" będzie polegał na tym, aby odnaleźć w ZAMIESZCZONYCH JUTRO wpisach, na blogach ŚBK słowa - klucze, które ułożą się w hasło konkursowe.
Hasło to trzeba będzie wysłać na adres mailowy ŚBK: silesiabook@onet.pl

Nie powiem Wam, jakich słów trzeba szukać, nie martwcie się jednak, słowo - klucz będzie bardzo wyraźnie zaznaczone i łatwe do znalezienia. Idąc po śladach, klikając na odpowiednie słowa, będziecie przechodzić od bloga do bloga, aż w końcu traficie na fanpage Śląskich Blogerów Książkowych na FB. To będzie dla Was sygnał, że ułożyliście całe hasło. Następnym krokiem będzie wysłanie hasła na adres mailowy podany wyżej. Dla ułatwienia konkursu, proponuję zacząć poszukiwania na blogu "...do ostatniej pestki trzeba mocno żyć... ". Potem powinno pójść Wam jak z płatka.

Regulamin:
1. Konkurs z „Był sobie pies” organizowany jest przez grupę ŚBK
2. Sponsorem nagród jest portal Granice.pl
3. Nagrodami w konkursie są trzy książki „Był sobie pies” 
4. Konkurs trwa od 9.03.2017 do 13.03.2017 godz. 23:59.
5. Wyniki zostaną ogłoszone 15.03.2017.
6. Odpowiedzi na zadania konkursowe proszę wysyłać na adres:silesiabook@onet.pl
7. O wygranej w konkursie decyduje kolejność zgłoszeń. Wygrywa CZWARTA i PIĘTNASTA osoba od POCZĄTKU oraz SIÓDMA osoba od KOŃCA osoba.
8. Pod uwagę brane będą tylko prawidłowe odpowiedzi wysłane drogą mailową, sygnowane własnym imieniem i nazwiskiem
9. Nagroda zostanie przesłana na adres podany przez zwycięzcę. W przypadku nieodebrania nagrody organizatorzy konkursu mogą wyłonić innego zwycięzcę lub przeznaczyć nagrodę na inne cele.
10. Biorąc udział w konkursie, zgadzają się Państwo na przetwarzanie podanych przez siebie danych osobowych przez organizatora Grupę ŚBK oraz Granice.pl, zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych z dnia 29 sierpnia 1997 r (Dz. U. nr 133 poz. 883) - które zostaną wykorzystane jednorazowo.
11. Wysyłka tylko na terenie Polski.

Zadanie konkursowe:
Ze słów - kluczy podanych na blogach ŚBK ułóż hasło konkursowe.

piątek, 3 marca 2017

„Alicja w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla - Ze Słownikiem

 Nasi stali czytelnicy być może pamiętają, że swego czasu przyszło nam zaprezentować ciekawą innowację na polskim rynku wydawniczym – mowa o klasyce literatury anglojęzycznej, opatrzonej na marginesach podręcznym glosariuszem zawierającym tłumaczenia wyrazów „trudnych”. Wedle założeń, wydania sygnowane logiem wydawnictwa Ze Słownikiem mają służyć jako pomoc dydaktyczna dla czytelników, którzy chcieliby zacząć poznawać te znane i powszechnie otaczane kultem teksty w języku ich autorów. Inicjatywa jest szczytna – jej realizacja nie obyła się jednak bez pewnych potknięć. Czy kolejnej propozycji z tego cyklu uda się naprawić te drobne wypaczenia? Przekonajmy się – oto „Alicja w Krainie Czarów”, znana surrealistyczna powieść przygodowa autorstwa Lewisa Carrolla, tym razem z paroma dodatkami mającymi ułatwić lekturę.

Pewnego leniwego popołudnia młode dziewczę o wdzięcznym imieniu, tytułowa bohaterka powieści, z nudów udaje się w pogoń za umykającym w pośpiechu białym zającem. Ten, nerwowo zerkając na kieszonkowy zegarek, bełkocze coś o byciu koszmarnie spóźnionym. Widok jest co najmniej niecodzienny, ale to dopiero początek – kiedy zając umyka do nory, a Alicja za nim, przenosi się w inny, obcy świat, pełen niecodziennych zjawisk i bardzo nietypowych indywiduów. Dziewczynce przyjdzie mierzyć się z całą masą osobliwych sytuacji – będzie na przemian bardzo mała i olbrzymia (to zasługa ciastek i dziwnych eliksirów), przyjdzie jej zastanawiać się, co właściwie ma piernik do wiatraka, popełni też straszliwą zbrodnię, za którą karciana arystokracja skaże ją na ścięcie...

Forma tegoż wydania powieści Carrolla pozostaje taka sama, jak w przypadku innych pozycji z serii. Do dyspozycji czytelnika oddano nie jeden, nie dwa, a aż trzy różne słowniki, którymi może on posłużyć się, kiedy tekst okaże się dla niego zbyt trudny. Na początku – zbiór najpowszechniejszych i najważniejszych słów, jakie możemy spotkać w powieści. Potem, równolegle z tekstem o przygodach Alicji, umieszczane na marginesach tłumaczenia różnych słówek, które autorzy opracowania uznali za warte wspomnienia w pierwszej kolejności. Na samym końcu zaś pojawia się dość imponującej objętości zestawienie wszystkich słów, jakie pojawiają się na kartach książki.

„Alicja w Krainie Czarów”, choć napisana względnie prostym językiem, pozostaje lekturą niełatwą – z uwagi choćby na absurdalność świata przedstawionego w utworze oraz pokręconą logikę, wedle jakiej następują kolejne wydarzenia. Sprawia to, że nieobytemu z językiem czytelnikowi znacznie trudniej niż w przypadku poprzednich opracowań przyszłoby dedukowanie znaczenia nieznanych słów z pomocą kontekstu, w jakim padają. Dlatego też, po zapoznaniu z wcześniejszymi propozycjami wydawnictwa Ze Słownikiem, żywiłem pewne uzasadnione obawy co do tego, czy forma, do jakiej nas przyzwyczaiły, będzie wystarczająca.

Niestety i tym razem tłumaczenie poszczególnych słówek często kompletnie mija się z kontekstem zdania – co było smutną regułą także w poprzednio opisywanych przeze mnie pozycjach z tej serii. Często powodują one, że zdania są kompletnie bez sensu („be fond of sth” przetłumaczone jako „być czułym wobec czegoś”, w scenie, w której Alicja rozmawia z myszką, pytając ją, czy skoro nie toleruje kotów, to lubi chociaż psy – o żadnej czułości nie ma tam mowy), ale nie tylko. Część z nich zawiera rażące literówki nie ma czegoś takiego jak „shan” - jest „shall”, jako ciut archaiczne „will”, a jego zaprzeczeniem jest „shan't”. „Slip out” to wymknąć się - w czasie przeszłym, jasne, „slipped out” - tymczasem na marginesie znajdziemy „slipp out”. Wydaje się to zupełnie dyskwalifikować to wydanie jako jakąkolwiek pomoc dydaktyczną. Co więcej, wybór słówek przeznaczonych do wyrywkowego przekładu i zamieszczenia z boku tekstu także sprawia wrażenie mocno dyskusyjnego. Przykład? A proszę bardzo: „bells” - dzwonki – zna chyba każdy, choćby dzięki znanej piosence świątecznej. Mimo to, obok tekstu poinformowano nas, że są to dzwonki. Fajnie. Na tej samej stronie widnieje słówko „shrill” - oznaczające „przeraźliwy, piskliwy” - rzadko spotykane w powszechnym użytku, a mimo to pozostawione bez tłumaczenia.

Dość powiedzieć, że niedbalstwo jest widoczne już na tylnej stronie okładki – zamieszczony na niej opis pojawia się w dwóch językach i o ile po angielsku ma on jako-taki sens, o tyle jego polski przekład wydaje się dokładną kalką. Kompletnie porzucono w nim polskie zasady interpunkcji albo takie drobnostki jak, na przykład, odmiana nazwiska autora przez przypadki.

To powiedziawszy, uważam, że jeśli ktoś chciałby za pomocą anglojęzycznych lektur uczyć się języka, zdecydowanie powinien po prostu sięgnąć po zagraniczne wydanie „Alicji w Krainie Czarów” i zwyczajny, ogólnodostępny słownik angielsko-polski – w nim przynajmniej zapis jest poprawny, a spis poszczególnych znaczeń kompletny. O ile na wady wcześniejszych propozycji wydawnictwa Ze Słownikiem jeszcze dałoby się patrzeć przez palce i wynieść z nich pewną wartość dydaktyczną, ta jedna przelała czarę goryczy. Polecić jej nie mogę – tak naprawdę nikomu. Jeśli nie znasz języka, nic ci po takiej pomocy, zaś jeśli go znasz, dlaczego po prostu nie przeczytasz oryginału?

Za udostępnienie egzemplarza książki do recenzji - dziękujemy wydawnictwu Ze Słownikiem.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Alice's Adventures in Wonderland
Autor: Lewis Carroll
Wydawnictwo: Ze Słownikiem
Rok wydania: 2016

Liczba stron: 179