Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

sobota, 14 kwietnia 2018

Stosik #37 Marzec - Kwiecień 2018, czyli książkowa wiosna

Wiosna, wiosna... nareszcie zrobiło się ciepło (: A nawet momentami gorąco. Podczas gdy niektórzy cieszą się pierwszymi burzami, my nadal czekamy nawet na solidniejszy deszcz. Pomimo jego braku, i tak zaczęły już kwitnąć forsycje, magnolie... A jeszcze nie tak dawno padał śnieg! 

Czeka nas więc niedługo (bo z braku czasu jeszcze nie teraz) czytanie na świeżym powietrzu (: Strasznie brakuje mi kontaktu z naturą... Praca jest dobra, ale na niej życie się nie kończy, zwłaszcza, że zaniedbuje się ostatnio czytanie. A to już bardzo niedobrze! Bo przecież jest co czytać... a nowe pozycje jakoś nie chcą przestać się pojawiać (w czym aktywnie biorę udział, ale ciii...). 

Póki co zajrzyjmy więc do stosiku...


Podział oczywiście dość swobodny. Część pierwsza, recenzencka - chociaż nie w całości taka -  wygląda więc tak:

1. „Magia ukryta w kamieniu”, Katarzyna Grabowska, Videograf. Pozycja zrecenzowana już, patronat Kota w Bookach <3
2. „Marzyciel”, Laini Taylor, SQN Imaginatio. Egzemplarz otrzymany dzięki portalowi Konwenty Południowe, jestem w trakcie i bardzo mi się podoba (:
3. „Wiedźma naczelna”, Olga Gromyko, Papierowy Księżyc. Wolha Redna! Więcej Wolhy Rednej, tak, poproszę! Za tą bohaterką po prostu się tęskni. Recenzja będzie, jak w przypadku poprzedniej, na KP.
4. „Arthas. Przebudzenie Króla Lisza”, Christie Golden, Insignis. Prezent na Dzień Kobiet od Łotra, który zapamiętał, że po recenzowaniu „Fal ciemności” bardzo chciałam i tę pozycję przeczytać.

A tutaj na czysto - dalsze części kolekcji (:
5,6. „Stukostrachy” tom 2 i „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona”, Stephen King, Albatros, Prószyński i S-ka. Musiały być.
7. „Finch”, Jeff Vandermeer, MAG. Swoją drogą, książka z Uczty Wyobraźni, która intryguje mnie chyba najbardziej.
8. „Dom burz”, Ian R. MacLeod, MAG. 
9. „Atlas chmur”, David Mitchell, MAG. No, to dopiero rarytas... Oglądałam film o tym tytule, był dziwny, ale zostawił po sobie ogółem dobre wrażenie, teraz przed książką mam trochę stracha... Ale przeczytam. To trzeba znać.
10. „To, co najlepsze”, tom 1, Harlan Ellison, Prószyński i S-ka. Kolejny omnibus Prószyńskiego do postawienia na półce, tym razem nieco cięższy w klimacie, ale tym bardziej ciekawy. Czyta obecnie Łotr.

No i przydarzyła nam się jeszcze gra... Efekt fascynacji uniwersum Pana Lodowego Ogrodu, czyli coś, co prędzej czy później musiało do nas trafić. No to jest i cieszy oko (:



Dzięki za odwiedziny! Dajcie znać, jak Wam się wiosna czytelnicza zaczęła (:

_________

Grafika ilustrująca wpis: CC by John Michael Thomson on Unsplash.

wtorek, 27 marca 2018

„Belgariada” David Eddings

Klasyczne fantasy zajmuje szczególną pozycję na liście gatunków, po które sięgam najchętniej. Książki te mają bowiem ten specyficzny, niemal czarno-biały, magiczny system wartości, przypominający raczej baśń niż życie realne, ale nadal posiadający cały zestaw własnych problemów, wojen, końców i początków. To doskonała ucieczka od codzienności, angażująca emocjonalnie i pozwalająca na specjalny rodzaj odpoczynku, za którym prędko zaczyna się tęsknić. Z tych względów jeszcze do niedawna wracałam regularnie do „Władcy Pierścieni” Tolkiena, czytając go niemal co roku od nowa. Obecnie z racji mniejszej ilości wolnego czasu powstała w tym zakresie pewna przepaść. Tym bardziej więc ucieszyłam się, mogąc wziąć do rąk księgę, która jawiła mi się jako całkiem niezłe zastępstwo, jednocześnie dając możliwość poznania kolejnej pozycji z listy tych klasycznych – mowa o „Belgariadzie” Davida Eddingsa, pięciu tomach wydanych jako omnibus przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. 

Garion jest prostym chłopakiem, sierotą, mieszkającym na farmie Faldora i poznającym świat jak wielu innych w jego wieku – za pomocą psot i figli. Niejednokrotnie pakuje się w ten sposób (wraz z trójką przyjaciół) w kłopoty, z których surową ręką wyciąga do ciocia Pol, by zagonić go z powrotem do pomocy w kuchni. Sielskie, choć niełatwe przecież życie na farmie urozmaica czasem wizyta Starego Wilka – bajarza, opowiadającego legendy o początkach świata, wojnach bogów i starożytnym klejnocie chronionym przez Strażnika. Garion widuje też czasem tajemniczego człowieka w czerni, który obserwuje go niemal zawsze w chwilach, w których ma wpaść w jakieś kłopoty – ale nigdy nie nawiązuje kontaktu. Kwestia ta niepokoi chłopca dopiero gdy po święcie Dnia Zarania, w którym biorą udział nieszczególnie mile widziani przybysze, na farmę przyjęty zostaje nowy parobek – jak zauważa chłopak, chętny do podsłuchiwania cudzych rozmów, zwłaszcza cioci Pol i pana Wilka. Gdy pięć lat później Wilk znów powraca na farmę, przyniesie ze sobą złe wieści – a Garion będzie musiał przygotować się do długiej drogi, w trakcie której ponownie odkryje tożsamość osób, które znał i uważał za swoich krewnych, a sam będzie musiał zmierzyć się z coraz bardziej mnożącymi się mrocznymi tajemnicami, dotyczącymi zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości.

Rzeczywistość mieszająca się z legendą, baśnie z twardą codziennością, a wszystko to w realiach ciągłej pogoni i ucieczki jednocześnie – to serwuje czytelnikom pięć tomów „Belgariady”. Początek może wydawać się nieszczególny, bo też i dzieje grupki dzieci, ich dokazywanie i połajanki starszych nie są czymś, co szczególnie wciąga. Eddings nie spieszy się z rozwijaniem akcji i wyjaśnieniami – wydarzenia będziemy poznawać tylko z perspektywy Gariona, który, chociaż wiele widzi i jeszcze więcej słyszy, niewiele rozumie. Szybko można wyciągnąć pewne wnioski dotyczące tożsamości bohaterów – w książce robi to za swoistą tajemnicę poliszynela, którą wydają się znać wszyscy poza chłopakiem, co go wyjątkowo irytuje. I on snuje pewne domysły, choć raczej skupia się na tym, w jakim miejscu wobec towarzyszy podróży go one stawiają niż na faktycznej wadze owych informacji.

Jako się rzekło, długo będziemy prowadzeni wyboistą drogą niejasnych przesłanek, w pogoni za uciekającym nieznajomym, którego znaczenie dla całej historii będzie równie nieodkryte, uciekając przed depczącymi po piętach wrogami. Poczucie zagrożenia rośnie wraz z kolejnymi odkrywanymi elementami układanki, podobnie jak zaangażowanie w lekturę – złapanie tego wątku, tej tajemnicy i sensu dopiero nadchodzi, nieprędko, ale jak już przyjdzie, to nie odpuści, stwarzając niejaką trudność przy konieczności odłożenia książki na bok. Wszystko przesycone jest zaś tą mistyczną aurą, która może przywodzić na myśl w dość prosty sposób tolkienowy „Silmarillion” – opowieść o początkach świata, bogach, a zwłaszcza jednym z nich, innym, ale może najważniejszym – tym zbuntowanym, posiadaczu starożytnego artefaktu dającego właścicielowi moc i władzę. Taką wstawką „Belgariada” się rozpoczyna, co usposobiło mnie do lektury po części dobrze – bo też i „Silmarillion” uwielbiam całym serduchem – ale i nieco sceptycznie, bo drugim Tolkienem Eddings być nie może. Wolałabym, by pozostał jedynym i niepowtarzalnym Eddingsem.

Wydana niemal trzydzieści lat „po Tolkienie” „Belgariada”, pięcioksiąg rozpoczynany przez „Pionka proroctwa”, a kończona „Ostatnią rozgrywką czarodziejów” jest jednak dosyć do „Władcy Pierścieni” podobna. Są to jednak ogólne założenia, zaś w szczegółach obie te pozycje różnią się bardzo, na tyle, by w trakcie czytania nieczęsto pierwsza przywodziła na myśl drugą. Eddings wykreował świat podobnie szeroki, jednak mniej szczegółowy – nie uświadczy się u niego problemów z różnorodnością ras, zamiast tego stawiając na konflikty na tle narodowości. Każdy z bogów Królestw Eddingsa upodobał sobie jeden z narodów, co oczywiście odpowiednio napędza konflikty i sojusze między nimi. Jest to motyw, który został opisany i rozwinięty bardzo dobrze, wprowadzając do powieści elementy polityki, o którą trudno u Tolkiena. I choć bohaterem pozostaje dorastający chłopiec, wyrwany ze swojego stabilnego, nieco nudnego, ale właściwie całkiem satysfakcjonującego życia na farmie, nieświadom jeszcze ciężaru misji, jakiej będzie musiał się podjąć, i sił, które walczą o władzę nad nim, to „Belgariadę” czyta się jako zupełnie inną jakość – w całości jednocześnie poważniejszą i lżejszą od dzieł Mistrza, a stanowczo od nich mniej skomplikowaną.

Trudno zaś przywiązać się do Gariona jako głównego bohatera – jak przystało na dorastającego chłopaka niepewnego własnej tożsamości i przynależności, jest mocno skupiony na sobie, niechętnie wychodząc z rozmyślaniami poza własny nos. Przeżywa pierwsze fascynacje płcią przeciwną, poszukuje autorytetów i miota się pomiędzy chęcią bycia dorosłym i poważnym a pragnieniem, by swojska jeszcze do niedawna ciocia Pol po prostu przytuliła go i powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Pol zaś jest osobą mocno skonfliktowaną wewnętrznie, zewnętrznie stabilną, ale niepozbawioną pewnego surowego uroku. To jej przemianę z prostej wieśniaczki w pewną siebie panią o manierach królowej śledziłam z prawdziwą przyjemnością. I choć mogłaby być momentami nieco bardziej wyrozumiała, to jej ponury humor i cięte odpowiedzi najbardziej umilały mi czytanie. Eddings pokusił się też o stworzenie całej plejady bohaterów drugoplanowych, na których trudno narzekać – zarówno panowie, jak i panie to osoby mocno zróżnicowane pod względem charakteru, motywów postępowania i… poczucia humoru. Wiele wątków pobocznych, wiążących się z nimi, a poruszających niekiedy bardzo poważne problemy (jak duża różnica wieku w małżeństwie, niepłodność, zaburzenia psychiczne i próby radzenia sobie z silnymi konfliktami pomiędzy dwojgiem pozornie najbliższych sobie osób) stanowi bardzo interesujące urozmaicenie lektury.

„Belgariada” jako omnibus jest naprawdę piękną księgą, którą jednak trudno czytać z racji jej wagi – ode mnie wymagała zmiany zwyczajowej pozycji czytania. Nie żałuję jednak tego kroku, jako że okazało się to być prawdziwą przyjemnością. Powieści Eddingsa są angażujące, dość lekkie – pomimo nawarstwiających się w trakcie wydarzeń tajemnic – przepojone tym typem humoru, który można zawrzeć tylko przyjmując nastolatka z jego wszystkimi wewnętrznymi rozterkami i niezręcznościami za bohatera, ale też przykuwająca uwagę dobrze skonstruowanymi postaciami o skomplikowanych często charakterach. „Belgariada” jest jednak dopiero początkiem – przed nami jeszcze „Malloreon”, który, mam nadzieję, pojawi się też w podobnym wydaniu.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję księgarni Czytam.pl i wydawnictwu Prószyński i S-ka (:
„Belgariadę" można kupić tutaj.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The Belgariad
Autor: David Eddings
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 1269

niedziela, 25 marca 2018

„Dracula” Bram Stoker



Wątek wampiryzmu w świadomości masowej przeszedł na przestrzeni lat długą i burzliwą ewolucję. Pojęcie kojarzone dawniej ze złym duchem, który podtrzymywałby swoje istnienie za pomocą siły życiowej istot żywych, budziło wtedy zupełnie inne odczucia i skojarzenia niż ma to miejsce obecnie – w dobie wieloczęściowych romansów dla nastolatek, których głównymi bohaterami są właśnie wampiry. Wampir przeszedł długą drogę – w której jednym z najistotniejszych punktów zwrotnych był moment, gdy po raz pierwszy wyobraziliśmy go sobie nie jako bezmyślne wynaturzenie opętane demonicznym pragnieniem krwi, ale jako istotę cywilizowaną – inteligentną, elegancką, tajemniczą – i właśnie dlatego piekielnie niebezpieczną. Jednym z najszerzej znanych tekstów, które przyczyniły się do utrwalenia tego wyobrażenia, jest klasyczna powieść grozy autorstwa Brama Stokera – mowa, oczywiście, o „Draculi”, który niedawno ukazał się ponownie, w odświeżonej wersji, za sprawą wydawnictwa Vesper.

Nic nie zapowiada nadchodzących dni grozy, kiedy pracownik kancelarii prawniczej Jonathan Harker wyrusza w słuzbową podróż do wschodniej Europy. Tam, odwiedzając niewielkie karpackie państwo – Transylwanię – ma asystować pewnemu ekscentrycznemu hrabiemu z szacownego rodu Dracula w sfinalizowaniu zakupu okazałej posiadłości na przedmieściach Londynu. Pełna cudowności podróż ma jednak tragiczny finał: coraz bardziej podejrzliwy wobec prawdziwych zamiarów hrabiego Jonathan, świadek wielu osobliwych i niepokojących wydarzeń, podejmuje desperacką próbę ucieczki. Kontakt z nim urywa się na dobre.

Coraz bardziej zmartwiona, jego narzeczona Wilhelmina umila sobie oczekiwanie na powrót ukochanego, spędzając czas ze swoją najlepszą przyjaciółką, Lucy Westenra. Po pewnym czasie – u zbiegu licznych dziwnych incydentów, takich jak przybicie do portu w Whitby pustego statku, jedynie z martwym kapitanem przywiązanym do steru – Lucy przysparza jej kolejnych powodów do niepokoju: nie tylko lunatykuje (pierwszy raz od lat dzieciństwa), ale wręcz z każdą nocą wydaje się tracić siły. Przyjaciel obu niewiast, psychiatra John Seward, prosi o pomoc ekscentrycznego doktora Abrahama van Helsinga, swojego dawnego mentora. Ten, biegły nie tylko w naukach medycznych, ale też w wiedzy ezoterycznej, dochodzi do wniosku, że wszystkie te wydarzenia zbiegają się w jednym punkcie – i ściśle łączą z osobą transylwańskiego hrabiego...

„Dracula” reprezentuje sobą gatunek będący już dawno w zaniku – powieść epistolograficzną. Losy bohaterów i wydarzenia na świecie poznajemy wyłącznie z zapisków, dzienników i listów głównych bohaterów opowieści, wycinków artykułów z gazet czy telegramów, śledząc je w ten sposób z kilku odrębnych, subiektywnych punktów widzenia. Technika jest interesująca i z całą pewnością ma olbrzymi wpływ na budowanie tak osobowości bohaterów, jak i napięcia. Bohaterowie piszą o wszystkim, nie tylko o tym, co najmocniej dotyczy fabuły utworu (przynajmniej na początku, zanim pogoń za demonicznym hrabią stanie się centralnym punktem ich działań) – z jednej strony to dobrze, bo całość wypada naturalnie, z drugiej jednak trzeba przy lekturze brać poprawkę na to, że powieść będzie się rozkręcać powoli, nabierając rumieńców dopiero wtedy, kiedy zbliżać się będzie do finału.

Powieści grozy to akurat ten gatunek, z którym czas obchodzi się najostrzej – dawne koszmarne wyobrażenia, które budziły niepokój w naszych przodkach, po stu latach niejednokrotnie są w stanie przywołać jedynie uśmieszek politowania. Czy „Dracula” oparł się próbie czasu? Tak... Ale nie do końca. Powieść Stokera nadal potrafi satysfakcjonująco niepokoić – trzeba jednak zainwestować w nią trochę dobrej woli, solidnie wczuć się w tekst. Nie jest to lekkie zadanie, dodatkowo utrudniane przez kwiecisty, niedzisiejszy język bohaterów (na szczególną uwagę zasługuje tu van Helsing, którego przydługawe monologi szczególnie często zahaczają o śmieszność – taki to bohater, który widocznie uwielbia brzmienie swojego głosu), jednak inwestycja ta potrafi się zwrócić z nawiązką: Bram Stoker zebrał w jednym miejscu imponujący zasób ludowych podań i mitów o krwiożerczych nieumarłych, tkając z nich obraz jedyny w swoim rodzaju – czego dowodzi jego obecność, aż po dzień dzisiejszy, w kulturze masowej. Naprzeciw wampirzemu pomiotowi wystawia bohaterów, których, dzięki takiej a nie innej kompozycji, jest nam dane dobrze poznać i polubić, nawet pomimo ogromnej przepaści, jaka dzieli nasze epoki. A to stanowi sprawdzoną formułę na udane straszenie.

Starzenie się tekstu jest widoczne nie tylko po bohaterach i ich sposobie pojmowania świata – od czasu napisania książki poprawił się choćby stan wiedzy medycznej. Rzecz nie bez znaczenia, kiedy jednym z istotniejszych wydarzeń fabularnych jest transfuzja, w tamtych czasach zabieg ryzykowny, zwłaszcza że istnienie różnych grup krwi odkryto i potwierdzono wiele lat później. Współczesny czytelnik pewnie złapie się za głowę, czytając o tym, jak trzech niespokrewnionych ze sobą bohaterów radośnie wspomaga ukąszoną przez wampira dziewczynę, oddając jej zawartość swoich żył – jakoś wyjątkowo trudno uwierzyć, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności akurat trafiło na uniwersalną biorczynię...

Jak wiele kultowych powieści, które później doczekały się licznych ekranizacji, również „Dracula” mocno na tym ucierpiał – na jego korzyść działa jednak fakt, że filmy o transylwańskim hrabii z piekła rodem nie były do końca wierne oryginałowi. Temat może i został wyeksploatowany, ale powieść wciąż może zaskoczyć kogoś, kto zaznajomił się z wszechobecną kliszą wampirzego arystokraty, a dopiero później sięgnął po tekst. Nie należy się więc zrażać.

Nowe wydanie, oprócz świetnego tłumaczenia Magdaleny Moltzan-Małkowskiej, zawiera też posłowie – esej „Dracula. Nieśmiertelne przekleństwo pożądania” Macieja Płazy, będący wnikliwą analizą powieści zarówno z punktu widzenia czasów zamierzchłych, z których pochodzą wierzenia i mity, na których oparto motyw wampiryzmu, czasów współczesnych autorowi wraz z tłem historycznym i obyczajowym, jak i współczesnych nam, czytelnikom. Krótki tekst okazuje się być skarbnicą interesujących faktów na temat genezy jednej z najbardziej rozpoznawalnych powieści grozy wszechczasów, a także dalszych jej losów, pozwalając na dużo szersze spojrzenie na „Draculę” i zrozumienie fenomenu, jakim była – wciąż jest! – ta powieść.

Po nowe wydanie „Draculi” każdy szanujący się miłośnik powieści grozy sięgnąć powinien. Chociaż jako powieść zestarzała się ona bardzo mocno, stanowi fascynującą wycieczkę w przeszłość, a dzięki świetnemu komentarzowi również pouczającą. Vesper w wielkim stylu kontynuuje wydawanie klasyki horroru – lepsza okazja, by powrócić do literackich korzeni gatunku może już się nie nadarzyć!

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękujemy wydawnictwu Vesper.

Dane ogólne:
Tytuł: Dracula
Autor: Bram Stoker
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 430

wtorek, 13 marca 2018

„Magia ukryta w kamieniu” Katarzyna Grabowska - recenzja przedpremierowa

Motyw podróży w czasie, przemieszczania się ze współczesności w realia bliższe średniowiecznym, bądź w ogóle do światów wyimaginowanych, występował w popkulturze na przestrzeni ostatnich lat bardzo często. Trudno się temu dziwić – ile razy bowiem sama, jako przeciętna czytelniczka odnajdująca się najlepiej w tematyce fantasy myślałam, że lepiej byłoby mi tam, wśród dam, rycerzy, elfów, magicznych istot i praw tyleż prostszych, co o wiele bardziej urokliwych? Rzeczywistość nie rozpieszcza, ale należałoby pewnie wspomnieć, że tamtejsza, średniowieczna czy też quasi-średniowieczna, też do najpiękniejszych nie należała. I to nie tylko dla tych najbiedniejszych… No dobrze, ale nie o tym miało być, a o nowej książce Katarzyny Grabowskiej pod tytułem „Magia ukryta w kamieniu”, która ukaże się czternastego marca nakładem wydawnictwa Videograf. I w niej zastosowano podobny motyw, co może wywołać mieszane uczucia na początku lektury. Czy jednak można przez to uznać ją za wtórną i banalną? Zdecydowanie nie.

Julia została postawiona przed faktem dokonanym. Ta nienawidząca zmian porządnisia musi bowiem zrezygnować z pieczołowicie zaplanowanych wakacji na Costa Brava, by w zamian pojechać na wieś, a tam zająć się chorującą na serce babcią. Inni pracują, są zabiegani, nie mają czasu… czas ma Julia, w końcu to tylko wakacje. Cóż, ona sama myśli nieco inaczej, a do domku starszej pani dociera w nie najlepszym nastroju… Który jednak ulatnia się po pierwszym kontakcie z dawno niewidzianą, przekonaną o swojej nieważności i kłopotliwości krewną. Kochana babcia, tak typowa w swojej babciowości, ma jednak w zanadrzu kilka sekretów i opowieści z młodszych lat, które dla zafiksowanej na chwili obecnej Julii będą jak powiew świeżości. Tym bardziej, że niedaleko pomieszkuje pewien starszy pan, będący dawnym ukochanym pani Antoniny… i powiernikiem innych jej tajemnic, które jednak chętnie, przy przypadkowym, zdawałoby się, spotkaniu, przekaże wnuczce swej młodzieńczej miłości. Korzystając z chwili nieuwagi starszej pani Julia wymyka się na opisywaną przez Mateusza polanę, by odnaleźć kamień, którego dotknięcie… przeniesie ją do zupełnie innego świata.

Nie ukrywam, że początek, pomimo tego lekkiego, swojskiego, wiosennego niemal klimatu polskiej wsi, nie jest szczególnie zachęcający. Warto jednak zachwycić się jego statycznością, bo szybko się kończy, by wrzucić czytelnika w wir wydarzeń. Julia za sprawą sił, których natury jeszcze nie zna, przenosi się do Burii – królestwa, w którym chmury na zawsze zasnuły niebo, a ludzkość żyje w strachu przed ciemnymi mocami, których działanie ściągnęło na nich nieszczęście. Nowoprzybyła zaś, zdezorientowana, przeganiania przez miejscowych, którzy się jej obawiają, nie jest tam wcale mile widziana… nawet kiedy trafia na grupę rycerzy, wyraźnie nie pierwszy raz mających do czynienia z kimś aż tak im obcym. No, tu dopiero się zacznie…

Oczywiście nie dało się uniknąć zabawy z „magicznymi” przedmiotami, które nasza międzyświatowa turystka zabrała ze sobą, w tym zapałkami i latarką. Stawia ją to z improwizowanej tożsamości „dobrej czarodziejki” na pozycji dworskiej kuglarki. Prawdziwa próba jednak dopiero przed nią… Tym, co pomoże jej wydobyć się z patowej sytuacji, jednocześnie narażając na gorącą niechęć niektórych (na przykład miejscowego medyka), będzie wiedza położnicza. Problemem pozostaje jednak to, że w Burii bywali już jej podobni, pozostawiając po sobie jedynie nieszczęścia. Czy Julia będzie w stanie sprawić, że w krainie znów zaświeci słońce, a jej mieszkańcy wyswobodzą się ze strachu przed powrotem złych sił? To zadanie wydaje się trudne, ale od czego są towarzysze…

Do czynników wzbudzających mieszane uczucia w „Magii ukrytej w kamieniu” dorzucić należy zachowanie głównej bohaterki w niektórych momentach. Naturalne jest, że zanim przywyknie do nowej sytuacji, wymknie jej się parę zdań, które narażą ją co najmniej na śmieszność… Julia zaś do wzorów opanowania nie należy. Współczesność wychodzi z niej w najbardziej nieodpowiednich momentach, zaś odmienna obyczajowość Burii, nakazująca wstrzemięźliwość i skromność zwłaszcza kobietom, mocno daje się jej we znaki. Trudno nie uśmiechnąć się z zażenowaniem, gdy przedstawia siebie jako dobrą czarownicę, jeszcze uważając zmianę warunków za żart, a później nie współczuć, gdy dociera do niej powaga sytuacji. Jedynym, co tak naprawdę nie leżało mi w jej zachowaniu, jest brak zdecydowania odnośnie mężczyzn. Całkowicie rozumiem fakt, iż w otoczeniu rycerzy jak żywcem wziętych z romansu trudno pozostać obojętnym (ja jestem całkowicie #teamweylin i nie rozumiem, co też Julia widzi w Hermanie), jednak to, jak szybko odmieniają jej się gusta (co zresztą sama komentuje, chociaż nieco bezrefleksyjnie, a szkoda), nie dodaje jej uroku. 

Co do innych bohaterów – jest dobrze. Zwracają uwagę oczywiście panowie, trzej dokładnie, z których każdy otrzymał od autorki odpowiednią porcję cech, zarówno tych wspólnych z resztą, jak i wyróżniających ich na jej tle. Nie są jednoznaczni, nawet medyk, który, chociaż zapiekły w swej niechęci do Julii, pokazuje czasami ludzkie oblicze, pozwalając się zrozumieć. To bardzo dobrze, bo wielokrotnie stawiane przed czytelnikiem sytuacje, w których musi on na nowo rozważyć, czy na pewno bohater uznany za dobrego takim jest, są czymś, co decyduje o pewnej trudno nazywalnej cesze książki – tym, czy utrzyma ona uwagę i zaciekawi na tyle, by po jej skończeniu chciał on od razu sięgnąć po kolejną część. Ale mamy też oczywiście postacie kobiece – starszą ochmistrzynię, bojaźliwą służkę i skromną, szlachetną Lavenę, które nawet na moment nie wychodzą z zadanych im ról, prowadzone konsekwentną i pewną ręką autorki. Och, jak chciałabym już wiedzieć, co dokładnie kryje się za milczeniem innej z pań…

„Magia ukryta w kamieniu” jest powieścią lekką, z nieco niepokojącą nutą przewijającą się gdzieś w tle. Z prostej opowieści przeradza się dość szybko w historię o poznawaniu na nowo własnej natury, przetrwaniu wśród pogłębiających się wciąż tajemnic, ludzkich pomyłkach wynikających z niewiedzy i strachu, które prowadzą do krzywd wyrządzanych niewinnym, a wreszcie – wychodzeniu z egoizmu i uczeniu się tej prawdziwej, głębokiej empatii. Wierzę, że przed Julią jeszcze wiele nie tylko w zakresie odnalezienia się w nowym nieznanym świecie, ale i w tym bardziej intymnym, wewnętrznym rozwoju, który musi się odbyć, gdy człowiek zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia. I wreszcie – czy po tym wszystkim, co przeżyła i widziała, będzie jeszcze zdolna do powrotu do szarej, współczesnej codzienności? A czy ja bym wróciła? 

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu Videograf. Książka ukaże się pod patronatem medialnym bloga Kot w Bookach. 

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Magia ukryta w kamieniu
Autor: Katarzyna Grabowska
Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 544

niedziela, 11 marca 2018

Stosik #36 Luty - Marzec 2018, czyli czas przejść do konkretów

Miesiąc minął, zdążył zacząć się marzec, a chociaż do wiosny niedaleko, to trzaskające mrozy dopiero co zdążyły zejść, pozostawiając po sobie niezbyt miłe wspomnienie. No więc mamy sezon grypowy, możemy solidaryzować się ze wszystkimi, którzy, jak my, najchętniej zawinęliby się w koc z czymś ciepłym do picia i przeczekali najgorszy czas. Ale każda grypa kiedyś musi się skończyć, tym zaś, czemu daleko do końca, jest zasób książek (:

Luty minął szybko, nie przyniósł też rewelacji jeśli chodzi o postępy czytelnicze. Było żmudnie, trudno, mozolnie, ciągle brakowało czasu... Spokojnie można ten miesiąc określić najgorszym, i niech nim pozostanie, nie dając się wyprzedzić żadnemu innemu w tym roku.

Zwłaszcza że rzeczy wartych przeczytania jest tylko coraz więcej(:

Stosy mamy tym razem dwa, mniejsze niż poprzednio - ale wcale nie jest to nic złego. Zajrzyjmy...

Tym razem zaczniemy od stosu zakupowego.
1,2. „Rose Madder” i „Stokostrachy” część pierwsza, Stephen King, Albatros, Prószyński i S-ka. Szał kolekcjonowania w pełni.
3. „Czerwony śnieg”, Ian R. Macleod, Wydawnictwo Mag. Nowa pozycja z Uczty Wyobraźni, zakupiona, jak poniższa, w przedsprzedaży na stronie wydawnictwa.
4. „Matka Edenu”, Chris Beckett, Wydawnictwo Mag. Łotr pisał o pierwszym tomie - może napisze i o drugim? (;
5.„Endymion”, Dan Simmons, Wydawnictwo Mag. Moje ukochane Artefakty i trzeci tom cyklu Simmonsa.
6. „Wypalić chrom”, William Gibson, Wydawnictwo Mag. Na tą pozycję bardzo czekał Łotr - i, z tego co widziałam, nie zawiódł się.
7. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-południe”, Robert M. Wegner, Powergraph. Książka nagrodzona Zajdlem, zakupiona w ramach Dnia Średniego Człowieka*, trzeba wiedzieć, o co tyle hałasu było (;

A tu w sumie też trochę zakupowego jest, ale nie tylko (:
8. „Czas żyć, czas zabijać”, Miroslav Zamboch, Fabryka Słów. Egzemplarz recenzencki od wydawnictwa, recenzję pisał Łotr dla portalu Konwenty Południowe.
9. „Zakuty w stal”, Miroslav Zamboch, Fabryka Słów. Dokupiona do kolekcji, z ciekawości, z okazji DŚC (;
10. „Zwycięstwo albo śmierć”, Robert Szmidt, Rebis. Zgarnięcie z okazji występowania w parze z kalendarzem, a także dlatego, że tom poprzedni podobał mi się mocno - chciałam więc dowiedzieć się, jak to będzie dalej.
11. „Fale ciemności”, Aaron Rosenberg, Insignis. Egzemplarz recenzencki od portalu Creatio Fantastica, tam też ukazała się recenzja (: Przez tą książkę między innymi wróciłam do grania w World of Warcraft!
12. „Wszystkie nieba”, Wojciech Bauer, Videograf. Pamiętacie „Porę chudych myszy”? To nowa pozycja tegoż autora, jednak wydaje się być zupełnie od niej inna. Przekazana do recenzji dzięki uprzejmości autora, niedługo będzie czytana (:

No i - klasycznie - gry:
12. „Dawno, dawno temu”, wydawnictwo Galakta. Wypatrzona przeze mnie w sklepie Mgla.pl, dość szybko przekonała mnie, że powinnam ją posiadać. Chociaż nie udało nam się jeszcze zagrać, to mam nadzieję, że trafi się okazja.
13. „Horror w Arkham. Dziedzictwo Dunwich”, ponownie Galakta. Rozszerzenie do gry karcianej, o której mówiliśmy ostatnio. Trochę zagrane (w ramach planszowego wyzwania 10x10 zresztą), hmmm... daje w kość, trzeba przyznać (;

Chwilowo to tyle... No, trafił się jeszcze jeden ebook, ale tym pochwalimy się przy lepszej okazji (:
Miłych chwil przy czytaniu!

__________
* Dzień Średniego Człowieka - istnieje w internetowym kalendarzu wiele świąt w stylu "Dzień wysokiego człowieka", "Dzień niskiego człowieka" itd, więc my, jako osoby średniego wzrostu, czujemy się strasznie dyskryminowani - musimy więc co najmniej dwa razy do roku przy takich okazjach kupić sobie po książce. Żeby mieć własne święto (:

Grafika ilustrująca post: CC by Alice Hampson on Unsplash.

sobota, 3 marca 2018

Wyzwania na rok 2018

Hej! Może trochę późno przychodzimy z takim postem, bo rok zaczął się już...hu,hu... ponad dwa miesiące temu. Warto jednak wspomnieć o paru postanowieniach związanych z czytaniem i graniem, choćby po to, by się uprawomocniły (: Czytelnicy świadkami, przysięgi złożone! :D

W zeszłym roku nie udało nam się wypełnić postanowień. Trochę przesadziliśmy z celami, a w trakcie zdążyło się sporo pozmieniać, zwłaszcza w zakresie dostępnego wolnego czasu. Obecnie lepiej oceniliśmy możliwości i chociaż sytuacja życiowa pozostaje mocno dynamiczna (z nadzieją na dalsze, pozytywne zmiany), to myślę, że nie stanie to na przeszkodzie wykonania planów.

Przede wszystkim więc: mniej egzemplarzy recenzenckich. To trochę boli, ale to ograniczenie nie jest znowu takie straszne - spora część aktywności recenzenckiej i tak przeniosła się u nas na portale. Blog współpracuje nadal, choć już w bardziej skonkretyzowany sposób, bez rozdrabniania się na różne pozafantastyczne tematy. No i - przede wszystkim - będzie służył opisywaniu tego, co czytamy we własnym zakresie, nie tylko recenzencko (:
To nadal plany – ale mamy nadzieję ruszyć pełną parą, kiedy ogarniemy się z bieżącymi zobowiązaniami. /DŁ.

Co do wyzwań - jest ich kilka.

Pierwsze to, oczywiście, wyzwanie czytelnicze, którego „zliczanie” odbywać się będzie za pomocą portalu Goodreads. Oferuje on bowiem najlepsze po temu narzędzie (: Jako cel oznaczyliśmy sobie oboje po 52 książki - myślę, że realnie (:

Wyzwanie Vyar:



Wyzwanie Dobrego Łotra:


Oczywiście można nas dodawać do przyjaciół i wspierać w postanowieniach <3

Kolejne wyzwanie jest już planszówkowe - 10x10, czyli dziesięć gier, w które zagramy w tym roku po dziesięć razy. Przyznam, że co do niego miewam wątpliwości, bo to wychodzi naprawdę sporo grania... Ale co tam, spróbujmy! Do naszego wyzwania wybraliśmy następujące tytuły: 

Trochę już było grane, jak widać (; A może ktoś z Was ma ochotę zagrać z nami? (;
Ooo, zachęcam! Szczególnie do New Angeles!

Ostatnie wyzwanie to... przeczytanie w ciągu roku co najmniej pięciu książek z domowego zapasu. Tu również służy nam Goodreads i półka „Domowe zapasy 2018”.

Ja wybrałam dla siebie:
1. „Wurt” Jeffa Noona (już przeczytany), a skusił mnie do tej książki fakt wydania gry fabularnej na jej podstawie. P fakcie trudno mi jednak wyobrazić sobie granie w... coś takiego.
2. „Trylogię ciągu” Williama Gibsona (w trakcie). Łotr pilnie namawiał mnie od długiego czasu, w końcu wzięłam i uległam. Pierwsza część za mną, jeszcze dwie czekają na wolną chwilę.
3. „Narzeczoną księcia” Williama Goodmana. Nooo, to trzeba znać. Po prostu.
4. „Zwycięstwo albo śmierć” Roberta J. Szmidta. Bo poprzedni tom podobał mi się bardzo, a i zestaw z kalendarzem, nabyty niedawno, kusi.
5. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera. Nagradzana pozycja, kusząca tym bardziej, im dłużej odwlekany był zakup. I wreszcie jest! Zobaczmy, o co ten cały szum...

A co chce przeczytać Łotr? Może sam o tym opowie (:

Hm, hm...
1. „To, co najlepsze #1” Harlana Ellisona - zbiór opowiadań, na który ostrzę sobie ząbki, od kiedy ogłoszono, że coś takiego się pojawi. A ponieważ Vyar sprawiła mi ostatnio nie lada niespodziankę, teraz potrzebuję tylko znaleźć trochę czasu. To opasłe tomiszcze, ale wątpię, że wystarczy mi na długo...
2. „Wurt” Jeffa Noona. Zachęcony opisem Vyar (raczej zdegustowanej niż zachwyconej, ale ćśś...), też chcę spróbować tych halucynogennych piórek.
3. „Ilion” Dana Simmonsa. Uwielbiam tego autora za „Hyperiona” (trochę mniej za „Upadek Hyperiona”, ale niech tam, każdy ma przecież gorsze momenty!), a „Ilion” kusi nie tylko mile kojarzącym się nazwiskiem, ale przede wszystkim - mile kojarzącym się tematem. Nie odpuszczę.
4. „Dawca Przysięgi” Brandona Sandersona. To będzie nie lada wyczyn - przed przystąpieniem do lektury mam bowiem zamiar odświeżyć sobie całe Archiwum Burzowego Światła, a to znaczy: dwa obszerne tomiska popatrujące złowrogo ze swego zasłużonego tronu na naszej biblioteczce.
5. „Matka Edenu” Jeffa Noona. „Ciemny Eden” mógłby spokojnie wygrać w plebiscycie na najdziwniejszą rzecz, jaką przeczytałem w 2017 (wciągając nosem nawet „Siły Rynku”, które były obiektywnie bardzo dziwne) – i chociaż budził we mnie na przemian fascynację i obrzydzenie, chyba chcę więcej. Może po to, żeby móc wreszcie określić, co o tym myślę!

I jako bonus: „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza. Chociaż pierwszy tom. Nie pamiętam, który to już raz, ale MUSZĘ.

Życzcie nam szczęścia - i wolnego czasu! <3

_____
Zdjęcie ilustrujące wpis: CC by Gaelle Marcel on Unsplash.

sobota, 17 lutego 2018

„Do czego służy ten przycisk?” Bruce Dickinson

Grupa Iron Maiden była dla wielu kamieniem milowym w historii heavy metalu. Charakterystyczne brzmienie gitary prowadzącej, ciekawe, wielowarstwowe teksty nawiązujące niekiedy zarówno do wydarzeń i postaci historycznych, jak i klasyki literatury, a przede wszystkim – mistrzowski wokal Bruce'a Dickinsona – oto cechy, które umieściły brytyjską kapelę na panteonie klasyki gatunku i sprawiły, że na krążkach Żelaznej Dziewicy wychowuje się już trzecie pokolenie fanów ciężkiego brzmienia. To właśnie ostatnia z nich jest przedmiotem dzisiejszego tekstu – Dickinson postanowił bowiem utrwalić na papierze swoje wspomnienia związane z dotychczasowym życiem. Efektem jego starań jest „Do czego służy ten przycisk”.

Autobiografia Paula Bruce'a Dickinsona stanowi obszerny, przeładowany po brzegi anegdotami i dygresjami na różne tematy przekrój przez życie wokalisty Iron Maiden. Dickinson opowiada o wszystkim – o swoim dzieciństwie spędzonym w domu dziadków, szkole z internatem, będącej rodzajem piekła, pierwszych przygodach z muzyką jeszcze za czasów studiów... Lwia część tekstu to, oczywiście, trwająca ponad trzydzieści lat przygoda z Iron Maiden, choć życie Dickinsona to nie tylko muzyka. Sporo miejsca poświęcił w swojej biografii szermierce i lotnictwu, dwóm największym życiowym pasjom, przeczytamy też parę słów o jego walce – szczęśliwie zwycięskiej – z nowotworem. Nie uświadczymy za to ani słowa o życiu uczuciowym i sferze prywatnej artysty, co mogę uznać tylko i wyłącznie za zaletę i przejaw szacunku Dickinsona nie tylko do osób, z którymi był związany, ale również samego siebie i, przede wszystkim, czytelnika.

Dickinson jest gawędziarzem zapalonym, dowcipnym i inteligentnym – fakty z życia ubarwia masą błyskotliwych komentarzy i refleksji, które sprawiają, że całość przyjemnie się czyta, zaś przywoływane skojarzenia i porównania są świadectwem erudycji i oczytania autora. Jednak nawet mimo jego oczywistego entuzjazmu do swojego dzieła nie sposób nie wskazać kilku aż nadto widocznych tu wad. Zaletą wielu biografii ludzi, którym przyszło żyć w tak szalonym czasie, jest możliwość spojrzenia ich oczami na zmieniający się jak w kalejdoskopie świat dwudziestego wieku. Nie znajdziemy tego w życiorysie frontmana Iron Maiden – jego opowieści w niewielkim tylko stopniu kreślą tło, kontekst, skupiając się prawie wyłącznie na przeżyciach jego samego. Co więcej, ta sama skłonność do dygresji, która czyni tekst ciekawym, działa również na jego niekorzyść: Dickinson wiele wątków zaczyna, przeplata ze sobą, ale równie szybko porzuca je, nie doprowadziwszy do konkluzji. Przez to „Do czego służy ten przycisk” sprawia wrażenie dzieła fragmentarycznego, niepełnego, chaotycznego, w którym wiele interesujących kwestii zostaje pominiętych z niejasnego powodu. Cóż, to jego życie i do niego należała decyzja, o czym opowiedzieć, a co pozostawić mrokom niepamięci, jednak zdecydowanie dobrym nawykiem jest kończyć rozpoczęte wątki, zamiast pozostawiać czytelnika w naiwnym oczekiwaniu na puentę.


„Do czego służy ten przycisk” nie jest „definitywną Maidenopedią”, nie może pretendować też do roli nośnika, z pomocą którego odtworzymy za dwieście lat osobę Bruce'a Dickinsona w formie niemożliwego do odróżnienia od oryginału klona. Będzie mizerną pomocą dla kogoś, kto ze strzępków życiorysów bohaterów tamtej epoki spróbuje odtworzyć dzieje nowej fali brytyjskiego heavy metalu i mało satysfakcjonującą wycieczką w lata siedemdziesiąte dla kogoś, kto chciałby zobaczyć nasz świat w innych czasach. Jest jednak opowieścią człowieka, który przeżył niemało, a miał sposobność być liderem jednej z najważniejszych kapel metalowych, które odcisnęły swoje piętno na historii i obecnym kształcie tego gatunku – i choćby z tego powodu zasługuje na uwagę, nawet jeśli miałaby to być uwaga wyłącznie fanów Iron Maiden. Jeśli chcesz zobaczyć życie oczami Dickinsona – a jest to postać barwna – myślę, że jego autobiografia z pewnością będzie interesującą lekturą na wieczór albo dwa.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękujemy księgarni Czytam.pl.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: What does this button do?
Autor: Bruce Dickinson
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 368

wtorek, 13 lutego 2018

„Płonący świat” Isaac Marion - Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie

 Zombie – niegdyś istota ludzka, obecnie stworzenie pozbawione wolnej woli, świadomości, niezdolne do wyższych czynności umysłowych, zastąpionych zwierzęcym instynktem przetrwania... i głodem. Popkultura lubi swoje żywe trupy, a w przestrzeni publicznej wprost roi się od tekstów literackich nawiązujących do motywu powrotu z zaświatów. To szczególnie powszechny temat w literaturze, filmie i rozrywce elektronicznej z nurtu postapokalipsy, gdzie działanie groźnego wirusa – a może sił nadprzyrodzonych – doprowadza do przebudzenia umarłych na globalną skalę, w kilka dni redukując całą naszą cywilizację do kilku izolowanych enklaw, żyjących prawem pięści, zawsze czujnych wobec nacierających zewsząd fal umarłych. Bohaterowie takich produkcji to najczęściej ocaleni, którzy pod wpływem dramatycznych okoliczności ze zwykłych, codziennych szaraków – prawników, lekarzy, kasjerów w supermarketach – przeradzają się w bezkompromisowych twardzieli, zdolnych do wszystkiego w imię przetrwania. To wszystko już było. A co powiedzielibyście na coś z Z-apokalipsy, gdzie bohaterem jest... Właśnie umrzyk?!

Takim bowiem niezwykłym pomysłem raczy nas Isaac Marion w swojej nowej powieści pod tytułem „Płonący Świat”. Przyszłość oparta jest o dobrze nam znane klisze – zrujnowane, opuszczone miasta, gdzie roi się od band wiecznie głodnych żywych trupów, przenoszących osobliwą zarazę poprzez ugryzienia to obowiązkowy klasyk. Zamknięte, nieufne społeczności, rywalizujące ze sobą w ten czy inny sposób o skarby dawnego świata, pogrzebane pośród ruin resztki dawnego porządku poszukiwane właściwie przez każdego, kto o nich słyszał, jedna czy dwie grupy walczące o władzę nad większym wycinkiem – to nic nowego dla kogoś, kto widział „28 dni później” czy „Ziemię żywych trupów”. Co by się jednak stało, gdyby umarli zaczęli powoli odzyskiwać świadomość? Jak się bowiem okazuje, część z nich, po wielu latach półświadomej egzystencji jako „niepełnosprawni witalnie”, zaczyna bardzo wolno wracać do zmysłów, przypominając sobie strzępki życia sprzed zagłady, odzyskując władzę nad ciałem i umysłem.

Kimś właśnie takim jest R, główny bohater powieści. Miał niezwykłe szczęście spędzić swoje pierwsze świadome dni w otoczeniu kogoś, kto żył nadzieją na powrót normalności – jego dziewczyny, Julie. Obecnie klepią słodką biedę w odizolowanej grupie, która okopała się w zrujnowanym sportowym stadionie i okolicach. Z dnia na dzień R przypomina sobie coraz więcej z czasów słusznie minionych i choć reszta enklawy nie darzy go zaufaniem, ma wśród nich nie najcieplejsze, ale stałe miejsce. Wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy enklawa traci kontakt z Kopułą Goldmana – pobliską społecznością, do niedawna śmiertelnym wrogiem, od niedawna partnerem handlowym. Sprawcą tych wydarzeń okazuje się być korporacja Axiom, uznawana za nieistniejącą grupa, która kilkanaście lat temu spróbowała po raz pierwszy sięgnąć po władzę nad pogrążonym w chaosie światem. Ich emisariusze – eleganccy, pod krawatem, dukający wyuczone formułki i chyba nie do końca rozumiejący, co się do nich mówi – przybywają również na stadion, domagając się rozmowy z przywódcami o warunkach przyszłej współpracy. Oczywisty podstęp kończy się tragedią, a R, Julie i pielęgniarka Nora muszą uciekać. Axiom wydają się szczególnie zainteresowani niezwykłym przypadkiem R, mając nadzieję poznać dzięki niemu sekret czynienia nie-całkiem-zmarłych posłusznymi swojej woli...

Z powyższego opisu mogłoby wynikać, że „Płonący świat” jest dość typowym przykładem swojego gatunku. Otóż jest... Ale i nie jest. Przez większość czasu narracja prowadzona jest pierwszoosobowo, przez samego R, który bieżące wydarzenia przeplata czasami urywkami powracających do niego wspomień. Wątek zrealizowany jest bardzo prawdopodobnie i autentycznie kusi z wolna odkrywającą się tajemnicą – R jest z jakiegoś powodu ważny, ale sam nie wie, jaki to powód. Swoje dawne życie, pełne kłopotliwych, przykrych wspomień, musi przeżyć na nowo, w czym towarzyszy mu czytelnik. Świeże podejście do tematu okraszone jest dobrze znaną, działającą na wyobraźnię otoczką, przez co fani gatunku poczują się tu jak w domu. Stare miesza się z nowym w zadowalającej proporcji. Gdzieniegdzie pałeczkę narratora przejmuje wszechwiedzący byt znany tylko jako „My”, podsuwając zagadkowe poszlaki co do losów innych, mniej kluczowych dla fabuły postaci. Kim są? Nie jest to do końca wyjaśnione, a ja nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale wydają się mieć dużo wspólnego z plagą, która ogarnęła cały glob i chyba niekoniecznie na rękę im jest budzenie się zmarłych z letargu...

Reszta obsady również daje radę. Charakterna pielęgniarka Nora, która w innym życiu studiowałaby medycynę, jest typową, bezpośrednią, nieznoszącą krętactwa awanturniczką, która nie boi się postawić na swoim. M, drugi zombie w drużynie bohaterów, były żołnierz, przejawia zaskakujący, podnoszący na duchu optymizm, na jaki stać tylko kogoś, kto już raz wyrwał się śmierci. Mrukliwy Abram, niegdyś chłopiec na posyłki Axiom, od samego początku przynależy do grupy z wyraźną niechęcią – ma jednak małą córkę, o którą musi zadbać, dlatego przez chwilę jest mu z grupą po drodze, choć na pewno wolałby, żeby było inaczej. Każdy z nich wydaje się na swój sposób żywy, niezwykły. Konflikty w takiej grupie wybuchają w sposób naturalny i oczywisty, jeszcze dodając jej pozoru prawdopodobieństwa. Jedyna postać, której ścierpieć kompletnie nie mogłem, to Julie – trąci nieco marysueizmem ze swoją doskonałą urodą (nawet kiedy nie brała prysznica przez dwa tygodnie, co zauważa sam zakochany w niej główny bohater... Ych!), nieprzejednanym charakterem i niezwykłą odwagą. Byłoby super, gdyby w całej tej swojej czadowości wystarczyło jej punktów na jakąkolwiek zdolność określenia, co właściwie chce zrobić ze swoim życiem: przez większość powieści miota się jak naćpana wiewiórka pomiędzy ratowaniem świata przed Axiom, ucieczką na Islandię i jeszcze paroma rzeczami, okazując się ostatecznie największą pierdołą z całej drużyny. Poważnie, gdybym to ja stał na czele tej grupki, odstrzeliłbym ją od razu – jest zbędnym balastem i ryzykuje życie całej ekipy dla tego, co akurat uroi się w jej durnej głowie. Jakim cudem osoba tak rozchwiana jeszcze żyje w świecie takim jak ten?

Fabularnie jest dość klasycznie – zła korporacja próbuje zawładnąć ogarniętym nie-śmiercią światem, a grupa awanturników wychodzi naprzeciw, by ją powstrzymać. Dość oklepany motyw okazuje się jednak zrealizowany całkiem sprawnie, nadając opisywanemu przez Mariona światu paru charakterystycznych, wyłącznych dla niego cech, dzięki czemu nie ma się wrażenia odgrzebywania tego, co już ograne. Powieść sporo zawdzięcza bardzo dobrej opisówce i lekkiemu, zadziornemu stylowi autora, przez co czyta się gładko i bez większych zgrzytów. W efekcie otrzymujemy całkiem niezłą powieść przygodową, którą czyta się z przyjemnością. Tekst z okładki głosi, że „Płonący świat” jest kontynuacją innej powieści, „Wiecznie żywy” – nie ukrywam, że pierwszy raz usłyszałem o tym tytule dopiero teraz, mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że książka znakomicie broni się samodzielnie, jako osobna całość.

Podsumowując – „Płonący świat” to kawałek solidnego zombie-postapo, po który spragnieni takich motywów mogą sięgnąć bez obawy, że przeczytają jeszcze raz to, na co natknęli się już wcześniej. Jest czymś niezwykłym – móc zobaczyć plagę zombie od tej drugiej strony, na którą zwykle wyciągamy śrutówki, piły motorowe albo kosiarki do trawników (kto pamięta?), zaś Isaac Marion z całą pewnością wyczuwa konwencję na tyle, by taki eksperyment mógł się w jego rękach powieść.

Za udostępnienie powieści do recenzji dziękujemy księgarni Czytam.pl.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: The Burning World
Autor: Isaac Marion
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 432