Geniusze fantastyki - antologia

Antologia opowiadań pod patronatem Kota w Bookach - za darmo do pobrania!

Grimm Fairy Tales #04: Rumpelsztyk

Czwarty zeszyt kultowej serii "Grimm Fairy Tales" - premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Grimm Fairy Tales #05: Śpiąca królewna

Piąty zeszyt cyklu "Grimm Fairy Tales" - klasyczna opowieść w nowej wersji, premiera pod patronatem Kota w Bookach!

Dragon Age: Zabójca magów #01

Pierwsza część serii "Dragon Age: Zabójca magów" - już u nas!

wtorek, 29 września 2015

Z szelestem spadających liści. "Złoty sen" Grażyny Jeromin-Gałuszki

   Już będąc dzieckiem, większość z nas planuje przyszłość. Są to najczęściej marzenia, które nigdy się nie spełnią, bo po drodze poznaje się jeszcze wiele nowych możliwości, jednak już kilkulatki wiedzą, kim chcą być jak dorosną i próbują robić coś w tym kierunku, choćby rozwijając zainteresowania w danej dziedzinie. Te dziecięce marzenia mają pewien wpływ na to, jak się odnajdujemy w rzeczywistości już jako dorośli, znajdując też swoje miejsce w chwilach refleksji nad tym, jacy kiedyś byliśmy beztroscy i jak wiele dobrego świat zdawał się mieć dla nas. Taką refleksją nad minionym życiem, jego blaskami i cieniami, jest powieść „Złoty sen” Grażyny Jeromin-Gałuszki.

   Lili i Arleta były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami. Razem, trzymając się za ręce, poszły by wziąć udział w powstaniu warszawskim, razem je przetrwały, wspierając się wzajemnie, razem też, jak to bywa, zakochały się w tym samym mężczyźnie. Wraz z końcem wojny kres przyszedł też na przyjaźń obu pań, a poszło właśnie o miłość, jako że pan mógł wybrać tylko jedną. Szczęśliwa wybranka żyła sobie spokojnie z mężem i dziećmi, nieświadoma już tego, że jest obserwowana z domu po drugiej stronie ulicy, gdzie Liliana, pozostając przez większość czasu samotna, spędzała czas na rozważaniach. W międzyczasie do jej domu przyjeżdża Ada – córka jednej z pań, które spędzały w willi Liliany lato. Nie wiadomo, dlaczego się tam zjawiła, niezbyt mile widziana już teraz przez podstarzałą właścicielkę pragnącą spokoju, chce odciąć się od dotychczasowego życia. To do niej przede wszystkim wraca przeszłość w postaci przyjaciółki z lat dziecięcych, niespełnionej artystki Kaliny, której życie potoczyło się zupełnie nie tak, jak sobie to zaplanowała. A czy sama Ada jest szczęśliwą i spełnioną kobietą, tak jak zdają się być o tym przekonani jej krewni?

   Tytuł książki, jej okładka i klimat treści idealnie ze sobą współgrają. Uwielbiam ten melancholijny, jesienny nastrój pełen wspomnień, które nie zawsze są dobre, ale przecież w tym czasie nabiera się już do nich odpowiedniego dystansu, by móc je rozważyć na spokojnie. „Złoty sen” to przede wszystkim zbiór emocji, dawnych i obecnych, przeżywanych przez kilka pokoleń kobiet. Ada jest postacią bardzo enigmatyczną, poza swoim „tu i teraz” niewiele o niej wiadomo, poza czasem dorastania, gdy przebywała w towarzystwie Kaliny. No właśnie, Kalina. Tu jest o czym posłuchać, bo tak barwnej osoby po przejściach, która w rezultacie skończyła zaskakująco wręcz źle, można ze świeca szukać. Buntowniczka już od najmłodszych lat, ofiara źle ulokowanych uczuć i własnej głupoty, wyciągnięta z samego dna przez Adę. Proces jej powrotu do normalności, jaki daje czytelnikowi obserwować autorka, jest niesamowity, przejmujący, skłaniający do zastanowienia nad tym, jak wielki wpływ mamy czasem na losy innych ludzi. Ale to nie wszystko, bo każda bohaterka „Złotego snu” to osobna, intrygująca historia, opowiedziana na dodatek z perspektywy różnych osób.

   Jedynym problemem przy czytaniu, w moim przypadku, była nieco chaotyczna z początku fabuła. Autorka wprowadza do akcji wiele postaci na raz, i trudno było mi się zorientować kto jest kim, kto jest córką albo przyjaciółką kogo – pojawia się wiele imion, ale za mało informacji, by je ze sobą jakoś powiązać, prostuje się to dopiero po przejściu przez dobrych kilka rozdziałów, kiedy opowiedziane zostaje już trochę z przeszłości każdej z pań. To jedna z tych książek, którym przydałoby się dramatis personae umieszczone na początku, by mieć gdzie zajrzeć w razie wątpliwości. To zmieszanie znikło gdy już oswoiłam się z opisywaną gromadką, a na jego miejsce wskoczyła chęć śledzenia losów każdej z niecierpliwością, gdy wydarzenia przeskakiwały z czasów obecnych w przeszłe i z powrotem, fragmentarycznie przedstawiając jedne i drugie.

   Brakowało mi bardzo przez większość czasu informacji na temat losów wspomnianej na początku pani Klarysy, mieszkanki domu opieki, która opowiadała wciąż jedną i tą samą historię o kobiecie, której wydawało się, że mąż chce ją zabić. Historia była nieprawdopodobna, co zauważał każdy, kto jej wysłuchał, trudno jednak odmówić jej uroku – wręcz temat na osobną opowieść. Ona i osoby jej towarzyszące nie grają z początku z właściwą częścią książki, wydają się być częścią zupełnie innej opowieści, co może się gryźć – wszystko jednak znajduje uzasadnienie w końcowej części. To duża zaleta tej powieści: zakończenie wszystkich poruszanych w niej wątków tak, że nie zostawia ona czytelnika z wrażeniem niedosytu bądź irytacji, a dorzucając do tego fakt, że spora część z tych kwestii powiązana jest w zaskakujący, nieoczywisty sposób, otrzymujemy książkę, która nie tylko wciąga, ale i warta jest czasu spędzonego z nią.

   „Złoty sen” to książka, która nie każdemu przypadnie do gustu. Opisuje ona losy ludzkie w sposób bardzo szczegółowy, wnikając głęboko w motywy i skutki większości działań. Same bohaterki, będąc już w dojrzałym wieku, czują potrzebę rozliczenia się ze swoim dotychczasowym życiem bądź wprowadzenia zmian, a dom madame Lili jest idealnym do tego miejscem, będąc przesiąkniętym wspomnieniami i przeszłością, od której nie potrafi się uwolnić Liliana. Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że czyta się ją dobrze, lekko, pomimo poważnej tematyki, i nie sposób nie dać się wciągnąć w odkrywanie dawnych losów grupki kobiet, z których każda ma do powiedzenia sporo o sobie i reszcie z nich. Muszę też przyznać, że to lektura idealna na jesiennie wieczory, którą najlepiej czyta się pod kocem do wtóru szumu kropli deszczu zza okna. Polecam fanom opowieści nie dynamicznych, ale wzruszających i zaskakujących.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Złoty sen
Autor: Grażyna Jeromin-Gałuszka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 440

piątek, 25 września 2015

Czy jest na sali lekarz? "Uzdrowiciel" Magdaleny Kułagi

   Fantastyka polska jest na dzień dzisiejszy bardzo prężnie rozwijającym się gatunkiem, a w szczególności coraz więcej obserwuje się na rynku książkowym debiutantów. Młodsi czy starsi, czasem nawet jeszcze w wieku szkolnym, każdy chce spróbować swoich sił w temacie, a nic tak jak fantasy nie daje pola do popisu dla wyobraźni. Wiele takich debiutów trafiło ostatnimi czasy w moje ręce, o sporej części reszty można wiele przeczytać na rozmaitych stronach pozostających w tematyce i klimacie, i ogólny trend jest bardzo obiecujący – zdecydowanie jest się czym pochwalić. Wiele więc miałam nadziei, zabierając się za „Uzdrowiciela” Magdaleny Kułagi, która to książka określana jako fantasy właśnie i z bardzo obiecującym opisem wzbudziła we mnie wręcz ogromną chęć, by się z nią zapoznać. Jakie więc było moje zdziwienie…

   Tytułowy uzdrowiciel to młody człowiek, Wiwan, obdarzony szczególnymi zdolnościami: poza tym, że leczy samym dotykiem (jak też i diagnozuje, oczywiście), potrafi odczuwać emocje osób będących wokół niego. Czasem tak silnie, jakby były jego własnymi. Jako najlepszy medyk w państwie szybko robi karierę, zostaje osobistym lekarzem na królewskim dworze, a władca nie chce go wypuścić spod swoich skrzydeł. Tymczasem w kraju trwa epidemia, a ludzie marzą, by choć z daleka zobaczyć słynnego uzdrowiciela, który jako jedyny potrafi im pomóc… Sytuacja z dnia na dzień staje się coraz bardziej napięta, zwłaszcza, że w samej siedzibie królewskiego rodu mają miejsce niepokojące sytuacje, a wszystkie przesłanki wskazują na brata obecnego króla.

   Jedno można bez wątpienia powiedzieć o tej książce: czyta się ją szybko, co jest niewątpliwą zasługą autorki i używanego przez nią języka. Opisy są barwne i rozbudowane, a w dialogach zastosowano odpowiednią dozę słownictwa nacechowanego emocjonalnie, by można było wczuć się w powagę sytuacji. Po całości tekstu widać wyraźnie, że ma on pewien potencjał, który jednak, przykro mi to mówić, został kompletnie zmarnowany, ponieważ poza wymienionymi przeze mnie powyżej plusami, jest w nim też całkiem sporo niedociągnięć.

   Postać Wiwana jest ciekawa sama w sobie, chociaż sam bohater nie ma do powiedzenia zbyt wiele, stanowiąc raczej filtr, przez który przepuszczane są emocje i działania innych postaci – on sam tylko cierpi. Jego dar jest radośnie wykorzystywany przez miejscowy czarny charakter, czyli królewskiego brata. Ów człowiek i jego działania stanową element, który od książki mnie dosłownie odrzucił – zapoznając się z jego postępowaniem na początku po prostu miałam ochotę się załamać. Czy za główną tematykę obrano… masturbację? Sceny, w których Terlan oddaje się rozmyślaniom nad tym, co by zrobił z królową, gdyby mógł, bądź też oddaje się przyjemnościom (jednostronnym zazwyczaj) z którąś z dam dworu są po prostu obrzydliwe. W tych właśnie momentach barwny i żywy język autorki zaczyna działać na jej niekorzyść, dosadność i wulgarność wprost kipi ze stron, a całości dopełniają odczucia szczególnie w tym względzie wyczulonego medyka, który zdaje się być częścią zabaw Wicekróla. Pozwolę sobie nawet zacytować:

czwartek, 24 września 2015

Bunt, zemsta i zdrada - "Red Rising: Złota Krew" Pierce'a Browna

Rzadko zdarzają się powieści, które potrafią pochłonąć bezgranicznie już od pierwszych stron i pierwszych chwil lektury, do tego stopnia, że aż do ostatnich kilku zdań trudno się oderwać. Jeszcze rzadsze są takie, które zapadają w pamięć dzięki świetnie wykreowanym bohaterom, o bogatym tle i świetnie uzasadnionych motywacjach, które pchają je przez kolejne ogniwa łańcucha zdarzeń. Omawianej dziś przeze mnie książce – "Red Rising: Złota Krew" – brakuje, niestety, obu tych przymiotów. Czy jednak czyni to z niej powieść kompletnie niewartą uwagi czytelników? O tym, czy tak jest, zdążyłem się już przekonać – a za chwilę przekonacie się i wy, drodzy czytelnicy. Zapraszam do lektury.

W odległej przyszłości, ludzkość uciekła ze spustoszonej wojną Ziemi i podjęła kolonizację Układu Słonecznego. Uznawszy, że do wojen doprowadziło najszlachetniejsze kłamstwo – demokracja – odrzuciła tę formę sprawowania rządów, zamiast tego przeistaczając się w społeczeństwo o bardzo złożonym i skomplikowanym systemie kastowym, w którym każda kasta gra swoją wyjątkową rolę. Na szczycie piramidy są Złoci – istoty doskonałe, niemalże boskie lub półboskie, piękne, silne i niesamowicie inteligentne, stworzone do rządzenia. Poniżej Biali – nauczyciele, Srebrni – kupcy, Miedziani – prawnicy i biurokraci, Żółci, Niebiescy, Fioletowi i wielu innych, wśród nich kasta lekarzy, informatyków, pilotów, czy nawet... dostawców przyjemności. Na samym dole swego rodzaju piramidy o podzielonych piętrach mieszczą się Czerwoni – siła robocza, traktowana nawet gorzej niż niektóre zwierzęta.

Darrow z klanu Lambda, główny bohater powieści, jest właśnie Czerwonym, Helldiverem – górnikiem wydobywającym w czeluściach Marsa paliwo niezbędne do jego terraformingu. Podobnie jak cały jego klan, żyje w skrajnej nędzy, pod surowym jarzmem narzucanym im przez pozostałe kasty. Kiedy niewielki, niewinny występek doprowadza do śmierci przez powieszenie jego ukochaną żonę, coś zaczyna się buntować w najpilniejszym z górników. Zanim jednak ziarno buntu zasiane przez ten incydent zdoła wykiełkować, Darrow także zostaje powieszony. I tu się z nim rozstajemy.

A jednak nie. Synowie Aresa – ruch oporu składający się ze zbuntowanych Czerwonych – w jakiś niewyjaśniony sposób ściąga z szubienicy żywego jeszcze Darrowa, by wyjawić mu prawdę. Prawdę, w którą na początku bardzo trudno mu uwierzyć - Mars poddano terraformowaniu już wieki temu, a miliony ludzi każdego dnia zapracowują się na śmierć po to, by pozostałym kastom wygodnie się żyło na jego powierzchni. Niegdysiejszy Helldiver decyduje się przyłączyć do Synów Aresa, w zamian za co oni poddają go szeregowi operacji i manipulacji biotechnologicznych, które mają uczynić z niego Złotego. Tak przemieniony, Darrow podejmuje się ryzykownej misji – ma wstąpić do Akademii, w której na zasadzie selekcji naturalnej decyduje się o tym, którzy Złoci podejmą się w przyszłości ważnych stanowisk, by tam wspiąć się na szczyt, a potem zniszczyć system od środka.

Pierce Brown wykreował interesujący, złożony świat, w którym tradycyjne futurystyczne science fiction przeplata się z elementami wprost zaczerpniętymi z cywilizacji starożytnego Rzymu i Grecji. I chociaż połączenie to wydaje się z początku dziwne, to gdy się w rzecz nieco zagłębić okazuje się współgrać ze sobą naprawdę znakomicie. I tu właśnie pojawia się problem – wiem, że pewna część czytelników, którzy sięgną po Red Rising, nie wyjdzie poza pierwsze sto stron, właśnie przez to, że przed tą magiczną granicą trudno przychodzi oswojenie z tą niezwykłą koncepcją przyszłości. A szkoda, bo opowiedziana w książce historia jest z całą pewnością warta uwagi. Choćby za samą, moim zdaniem wybitną, kreację świata przedstawionego. Oraz za bardzo dobrą, plastyczną narrację, z mnogością przebogatych opisów, tak miejsc, zdarzeń i bohaterów, jak i wewnętrznych przeżyć Darrowa. Wydarzenia poznajemy bowiem z jego perspektywy i to on jest narratorem. Kolejna rzecz godna uwagi – to, jak rozwija się akcja. A rozwija się ona szybko i w sposób zgoła nieprzewidywalny. Jej zwroty są nagłe i często wywracają na drugą stronę wszystko, co czytelnik dotąd wiedział lub myślał, że wie. Jednocześnie tempo nie jest aż tak karkołomne, by łatwo było zgubić wątek. To wszystko sprawia, że po oswojeniu z konwencją czyta się lekko, ale i emocjonująco.

Nie jest to jednak powieść pozbawiona wad. Pierwszą z nich są bohaterowie. Darrow, przynajmniej na początku, jest osobą boleśnie niezdecydowaną i pozbawioną ikry, co kompletnie nie współgra z obrazem twardego górnika, zahartowanego przez niewolniczą pracę w przedsionku piekła. Bardzo szybko się to jednak zmienia – jak na mój gust nawet zbyt szybko, co czyni całość nieco nieprawdopodobnym. Ale to jeszcze można zrzucić na karb szoku wywołanego nagłym odkryciem przerażającej prawdy. Z kolei małżonka Darrowa, Eo, jest do bólu idealna pod każdym względem, co w połączeniu z byciem niewiarygodnie przemądrzałą jak na niewolnicę sprawia, że szybko miałem jej dosyć, a scena jej śmierci w ogóle mnie nie poruszyła. Nieco lepiej ma się sprawa z bohaterami drugoplanowymi, z których każdy, zarówno członkowie ruchu oporu, jak i Złoci – rówieśnicy Darrowa z akademii, ma w sobie coś, co daje się lubić, a nawet jeśli nie, to przynajmniej zapamiętać.

Kolejną bolączką jest to, w jaki sposób pewne kwestie – szczególnie te związane z transformacją Darrowa w Złotego – są w książce wyjaśnione. Chodzi mi o to, że autor decyduje się zagłębiać w sprawy, które bez wyjaśnienia czytelnik mógłby spokojnie łyknąć... I robi to w najgorszy z możliwych sposobów: poprzez pseudonaukowy technobełkot. Ale ponieważ to jedyny fragment, w którym coś takiego się zdarza, myślę, że można by to mu jeszcze wybaczyć.

Po wtóre – niektóre ze wspomnianych wcześniej zwrotów akcji wydają się nieco naciągane. Na przykład, cudowne ocalenie głównego bohatera przed śmiercią przez powieszenie. Pisze autor, że grawitacja Marsa jest zbyt słaba, by samo otworzenie zapadni przerwało wisielcowi rdzeń przedłużony, dlatego ktoś musi go dodatkowo pociągnąć za nogi. Niby w porządku, ale czy to znaczy, że bez ciągnięcia za nogi można sobie tak wisieć w nieskończoność bez uszczerbku na zdrowiu? Darrow traci przytomność, a potem przez jakiś czas sobie zwisa, zanim wszyscy się rozejdą, a buntownicy zakradną się i go odetną. Grawitacja niska czy wysoka, jeśli początkowe szarpnięcie nie złamało mu kręgosłupa szyjnego, powinien był się po prostu udusić. Tak się jednak nie dzieje. Podobnych nieścisłości można wyłapać nieco więcej i, szczerze mówiąc, przeszkadzają one w czytaniu komuś, kto jest zwyczajnie dociekliwy.

Podsumowując: mimo bogactwa świata i trzymającego w napięciu scenariusza, "Red Rising: Złota Krew" pozostaje raczej luźnym czytadłem, być może dla młodego dorosłego, który nie będzie jeszcze doszukiwał się nieścisłości, niż poważną lekturą - choć z uwagi na dłuższy czas potrzebny fabule na rozwinięcie się i w tej roli może nie wypaść zbyt dobrze. Trochę mi szkoda, bo szczerze polubiłem tę książkę, ale bardzo chciałbym móc polubić ją bardziej. Polecam zwłaszcza tym, którzy myślą, że w temacie science fiction powiedziano już absolutnie wszystko – bo taki powiew świeżości z pewnością może być dla nich miłym zaskoczeniem. Myślę, że sporo tutaj zależy od nastawienia, dlatego proponuję tak: podejdźcie do "Złotej Krwi" nie oczekując po niej niczego niesamowitego. Dajcie się zaskoczyć. Wtedy może stać się dla was jedną z przyjemniejszych niespodzianek ostatnich dwóch lat.

PS. Bardzo nie podoba mi się takie połowiczne tłumaczenie tytułu. Dlaczego nie "Bunt Czerwonych"?

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy wydawnictwu Drageus.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Red Rising Trilogy #1: Red Rising
Autor: Pierce Brown
Rok wydania: 2014
Polskie wydawnictwo: Drageus Publishing House
Liczba stron: 428

niedziela, 20 września 2015

Koci świat. "Błąd warunkowania" Anny Nieznaj

   Tematyka inżynierii genetycznej, a zwłaszcza eksperymentów przeprowadzanych na ludziach, ich ulepszaniu z przeznaczeniem do celów bojowych, pokutuje w literaturze i kinematografii od dawna, pojawiając się co rusz w nowej postaci. Modyfikacje genomu ludzkiego tak, by uczynić daną jednostkę lepszą pod wieloma względami przy jednoczesnym zachowaniu ścisłej tajemnicy i kontroli nad obiektem (lub obiektami) badań wiążą się zazwyczaj z próbami połączenia cech człowieka i zwierzęcia, by ten pierwszy przejął wszystko to, co drugi ma od niego lepsze. Najwdzięczniejszym celem takich mieszanek są oczywiście koty, od których izoluje się geny odpowiedzialne za doskonały węch, słuch, wzrok i refleks. Nie byłoby też zabawy, gdyby przy okazji takich eksperymentów coś nie poszło nie tak… Ostatni mój kontakt z tym tematem miał miejsce przy okazji serialu „Mroczny anioł” (tudzież „Cień anioła”, zależnie od źródła) dobrych parę lat temu, więc miło powitałam kolejną jego odsłonę w „Błędzie warunkowania” Anny Nieznaj.

   Niedaleka przyszłość. Międzynarodowe agencje wywiadowcze korzystają z najnowocześniejszych technologii i osiągnięć nauki, z powodzeniem przeprowadzając eksperyment mający na celu stworzenie żołnierzy posiadających zmodyfikowany genotyp. Grupą, w której udało się to przeprowadzić bez większych efektów ubocznych są Czarne Koty, nie jedyne jednak pokolenie sztucznie udoskonalonych dzieci. W momencie zawiązania akcji są oni w wieku nastoletnim, wykonując już pierwsze poważne zadania, wciąż się jednak ucząc. A nauki mają wiele, zwłaszcza tego, jak radzić sobie z sobą samymi i otaczającym światem, który odbierają inaczej niż zwykli ludzie. Piątka nastolatków wykorzystywana jest do misji, jakich nie powstydziłaby się dobrze wyszkolona brygada antyterrorystyczna. Równolegle z przygodami Kotów śledzimy postać Martina Sorensena, młodego naukowca, świeżo po studiach, który dostaje propozycję nie do odrzucenia - ma pracować jako samodzielny badacz pod skrzydłami wielkiej korporacji farmaceutycznej, ale sprawa ma drugie dno: przemyt narkotyków, których czystość i zgodność z umową ma on po cichu sprawdzać. Absolwent jednej z najlepszych uczelni z wielkimi nadziejami na przyszłość i trochę kiepsko poukładanym życiem osobistym nagle odkrywa, że świat jest mały, ciasny i pozbawiony miejsc, w których można by się ukryć.

   Czarne Koty – to już było. Nawet nazwa wydaje się do bólu oklepana, nie mówiąc już o samej koncepcji udoskonalonych genetycznie dzieci, która mimo wszystko pozostaje względnie interesująca przez swoją nierealność – w dzisiejszych czasach być może już pozorną. Co różni więc ten motyw w książce pani Nieznaj od innych, co sprawia, że znalazłam w niej coś pociągającego? Po pierwsze, spojrzenie na same Koty od strony ich codzienności: dorastania, relacji rodzinnych – tak, mają je! To nie są jednostki „wyprodukowane” czarnomagicznym sposobem, są to urodzone tradycyjnie dzieci pięciu par, które co prawda zostały starannie wybrane i pouczone jakie cechy będą miały ich potomkowie i jak należy się z nimi obchodzić, ale nadal posiadają rodziców i często też rodzeństwo, już normalne. Druga kwestia, to sfera emocjonalna, którą autorka przedstawiła w bardzo dokładny, barwny sposób: Koty to nie maszyny zaprogramowane, by zabijać. To grupka małolatów, które poza tym, że są świetnie przygotowane fizycznie do tego, co mają robić i doskonale zdają sobie z tego sprawę, są też o wiele wrażliwsze pod względem psychicznym, a opisy tego, jak wpływa na nie odbiór choroby czy śmierci jednego z nich, jak reagują instynktownie, inaczej niż zareagowałby człowiek, są niesamowicie przejmujące, wywołując nawet wzruszenie. Pod tym względem – kawał dobrej roboty. Kolejny plus stanowi fakt, że cała piątka, chociaż pod pewnymi względami ulepszona, nie jest wcale idealna, a wręcz niektóre ich cechy czynią je słabszymi niż zwykli ludzie. Bilans zdaje się wychodzić na zero, jeśli brać pod uwagę całość ich egzystencji, nie tylko zadania w terenie, co było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem, jako że spodziewałam się, że po prostu będą klasycznie superbohaterzyć. Brakowało mi w tym wszystkim tylko jednej rzeczy: zagłębienia się bardziej w kwestie czysto naukowe. Odczuwam niedosyt, potrzeba mi wiedzy, jak Koty powstały, jak wyglądał sam proces od strony technicznej, ale można to uznać za moje skrzywienie zawodowe.

   Głównych bohaterów jest pięcioro, dorzucając jeszcze do tego postacie takie jak Martin Sorensen, Dagny Olsson czy naukowców z instytutu. To dużo, ale i w tym przypadku autorka stanęła na wysokości zadania: każda z tych osób jest dopracowana, posiada zestaw cech charakterystycznych, indywidualny sposób bycia i wysławiania się, wyraźnie można też rozpoznać co ich łączy a co dzieli w codziennych relacjach. Co do Kotów, różnią się nie tylko powierzchownością, ale i charakterem, co zostało podkreślone (bądź może wytłumaczone) tym, że wywodzą się w różnych narodowości, z czym również pani Nieznaj poradziła sobie świetnie, zachowując obce wpływy w ich zachowaniu nie powodując równocześnie wrażenia sztuczności, przesady czy stereotypowości. Najbardziej charakterystyczne wśród nich są postacie kobiece – Sanja Popovic i Maja Szymczyk, które same w sobie stanowią ciekawy zestaw cech przeciwstawnych, które jednak nie prowadzą do konfliktów, a doskonale się uzupełniają.

   A co z resztą świata? Ano jest, chociaż początkowo nie zdaje sobie sprawy z istnienia grupy młodych kocich żołnierzy, żywiąc się plotkami jak nasz świat współczesny opowieściami o klonowanych chińczykach. Fakt jak Koty odbierane są przez społeczeństwo pokazuje jedynie moment, w którym poznajemy sytuację młodego Sorensena. Nie ma on żadnej większej z nimi styczności, zauważa jedynie, że coś jest nie do końca w porządku, zamienia z jednym z nich kilka słów, a to, z kim rozmawiał, uświadamia sobie później… I wpada w absolutny entuzjazm, co jest całkowicie zrozumiałe. Nie ma tego wiele, a bohaterowie zdają się niemal żyć w złotej klatce z uchylanymi warunkowo drzwiczkami, utkanej pieczołowicie przez grupę naukowców, co niestety daje się odczuć. Gdzie te bunty, wyrywanie się na wolność, walka z laboratoryjnym ciemiężcą? Brak. Aż dziwnie, patrząc po tym co dotąd prezentowała nam kultura masowa.

   Poza tym jednym momentem jedni z drugimi nie mają styczności, książkę czyta się więc jak zbiór opowiadań – którym przecież jest – obejmujący dwa różne wątki, podawane naprzemiennie. Jest to rzecz, która może się nie podobać, jako że Dagny Olsson i Martin Sorensen to bohaterowie obracający się w środowisku już nie naukowym, a gangsterskim, a przejścia z jednego w drugie, bez żadnych załagodzeń, bywają bolesne dla kogoś, kogo zdążyło wciągnąć kocie, obierane wyostrzonymi zmysłami otoczenie. Części „gangsterskie” prowadzi jednak nie pechowy farmaceuta, a postać Dagny Olsson, i na niej też skupia się najwięcej uwagi, co ostatecznie wychodzi na korzyść całości, jako że sama Dagny jest postacią tyleż kontrowersyjną, co ciekawą, szkoda jednak Sorensena, który miał być, ale w zasadzie niewiele go jest, mimo że początkowo wydawał się mieć spory potencjał. Pozostaje mieć nadzieję, że zarówno on, jak i jego ewentualna współpraca (bądź rywalizacja, kto wie…) z Czarnymi Kotami rozwinie się w drugim tomie.

   Konstrukcja książki, która zamiast klasycznego podziału na rozdziały daje czytelnikowi po prostu dziewięć opowiadań, ułożonych w ciąg wydarzeń jedynie luźno powiązanych ze sobą pozwoliła ograniczyć treść do samej akcji, nie przerywanej momentami przestoju. Koty się po prostu nie nudzą, a przynajmniej nie robią tego będąc pod czytelniczą „obserwacją”. Z jednej strony ma to wadę, o której już wspomniałam – niezbyt korzystne przeplatanie się wątków traktujących o różnych osobach i miejscach – z drugiej, książka jest praktycznie nie do odłożenia dopóki nie dokończy się aktualnie czytanej części. Tam po prostu ciągle coś się dzieje, i dotyczy to obu „przypadków”. A że po skończeniu jednego opowiadania z automatu wchodzi ciekawość, co będzie dalej, to czytelnik ma gwarancję, że „Błąd warunkowania” przeczyta błyskawicznie. W moim przypadku zadziałało to doskonale.

   Wspomniałam o tym, że bohaterów poznajemy, gdy są w wieku nastoletnim, niech to jednak nikogo nie zwiedzie i nie sprawi, że uzna książkę za powieść dla młodszych czytelników. Wraz z Kotami przechodzimy przez kolejne fazy ich życia, krótko mówiąc: starzeją się one wraz z rozwojem akcji. Nieodłącznym tego elementem jest erotyka, przedstawiona co prawda od ściśle emocjonalnej strony, jednak pojawiająca się co rusz przy okazji opisów relacji młodych nie tylko ze sobą nawzajem, ale i z innymi ludźmi. Głównie ze względu na tę emocjonalność, fakt, z jaką dokładnością potraktowana została kwestia psychiki piątki bohaterów, książka podobała mi się tak bardzo. Autorce po prostu udało się to, co nie udaje się wielu powieściom traktującym o ludzkich, zwykłych losach: poruszyć mnie do głębi, co jest szczególnie warte uznania, jeśli wziąć pod uwagę to, że „Błąd warunkowania” mieści się w gatunku science-fiction, a nie obyczajowym, a Koty mają służyć za idealnych żołnierzy – i z tego obowiązku, mimo wszystko, wywiązują się świetnie. Dorzucając do tego wartką akcję i charakterystyczną, militarno-spiskową otoczkę, dostajemy książkę ciekawą, niebanalną i zdecydowanie wartą poświęcenia jej czasu, a po tym oczekiwania na dalsze losy rudowłosej profesjonalistki Sanji czy Tomka-pozornego lekkoducha. Polecam fanom trochę lżejszej fantastyki.

Za książkę dziękuję serdecznie wydawnictwu Genius Creations.
Książkę można natomiast kupić tutaj.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Błąd warunkowania
Autor: Anna Nieznaj
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 380


czwartek, 10 września 2015

Kącik Herbaciany #6: Taheebo Pikantna Róża

Posty herbacianie wracają po dłuuugiej przerwie - przez jakiś czas po prostu nie było ani czasu, ani też specialnie o czym pisać. Na szczęście ten trudny okres minął, i w nadchodzących dniach na blogu pojawiać się będą regularnie nie tylko notki herbaciane, ale też całkowicie nowy cykl - kontynuacja "Z Koszyka Czarownicy" z mojego bloga Golden Lies Factory, który jest już w tej chwili nieaktywny. Ukazały się tam posty dotyczące aloesu, skrzypu i henny w zastosowaniu zewnętrznym, typowo urodowo-zdrowotne. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać i zapoznać się z właściwościami tych roślin oraz metodami ich wykorzystania w pielęgnacji skóry i włosów - zapraszam pod ten link, Notki w nowym cyklu będą dotyczyły zielarstwa i ziołolecznictwa, ale w ujęciu ogólnym, więc zapewne w większości będą obejmowały, poza właściwościami ziół, zaleceniami i przeciwwskazaniami do stosowania, przede wszystkim metod ich przyrządzania i spożycia. Ale to wszystko wkrótce.

Tymczasem, nie odbiegając już dłużej od tematu, chciałabym przedstawić mieszankę herbacianią, którą zgarnęłam przy jednej z moich pierwszych wizyt w krakowskim Taheebo, a którą uznałam za szczególnie wartą uwagi, czyli nr 27: Pikantna Róża. Bardzo podoba mi się sposób pakowania herbat tej firmy: charakterystyczne pudełeczka utrzymane w odcieniach zieleni, z okienkiem, ptzez które widać dobrze składniki. Świetną rzeczą jest też tabelka, którą można znaleźć na tylnej ich ściance, zawierająca ogólne wskazówki co do zaparzania herbat z podziałem na rodzaje, wskazującą też czas, jaki trzeba odczekać po zagotowaniu wody, by miała ona odpowiednią temperaturę. Dzięki temu osobom, które przywiązują wagę do całego ceremoniału parzenia, niepotrzebny będzie termometr - który, swoją drogą, wygląda odrobinę pretensjonalnie przy takiej czynności.

Skład jest dość prosty, ale bardzo ciekawy: herbata pu erh 51%, hibiskus, dzika róża 10%, jabłko, głóg owoc, aronia owoc, aromat, pieprz czerwony 2%, płatki róży,

Pu erh to rodzaj herbaty czerwonej. W przeciwieństwie do czarnej i większości zielonych nie ma działania pobudzającego, a wręcz przeciwnie, zawiera też mikroelementy, jak wapń, mangan czy fluor. Działa wspomagająco na procesy trawienia i łagodząco na wątrobę. W suszu na zdjęciu obok dobrze widoczne są jej poskręcane czarne listki. Tym, co zwraca uwagę są całe ziarna czerwonego pieprzu - muszę przyznać, że zawsze najbardziej kuszą  mnie mieszanki zawierające pieprz, bo nadaje on naparowi charakterystyczną, lekko pikantną nutkę smakową. Czerwony pieprz (nasione drzewa pieprzowego Schinus terebinthifolius) normalnie w smaku jest podobny do czarnego, jest jednak od niego bardziej aromatyczny,  Dodatkowo w mieszance wyraźnie odznaczają się całe, duże płatki róż i jej owoce, można też wyłowić wzrokiem hibiskus. Ten ostatni wraz z owocami głogu i róży nadaje herbacie właściwości rewitalizujących i poprawiających odporność, ze względu na zawartość witamin, głównie witaminy C,

Mieszanka ma niesamowicie intensywny zapach, w którym najbardziej zaznacza się róża - herbatka pachnie po prostu jak potpourri, ale nie tym podrabianym geraniolem, a prawdziwym, jak suszone płatki róż, z lekką nutą różanego drzewa. Ten aromat utrzymuje się bardzo długo, nawet zostaje na dłoniach po przypadkowym dotknięciu. Można po prostu stać i wąchać.

Herbatę przygotowujemy, zalewając łyżeczkę-dwie suszu gorącą wodą - ale nie wrzątkiem. Najlepiej odczekać około 3-5 minut od zagotowania, w tym czasie jej temperatura spadnie do około 90 stopni. Parzymy pod przykryciem do 5 minut, dłuższe parzenie może sprawić, że herbata nabierze bardziej kwaskowego posmaku.

Napar powoli nabiera charakterystycznego, czerwonego koloru, jasniejszego lub ciemniejszego, w zależności od ilości użytej mieszanki. Ja wolę dać mniej, by była lżejsza w smaku, na zdjęciu wyszła mi pomarańczowa, ale to kwestia światła, podejrzewam, bo "na żywo" ma kolor czerwony, lekko nawet wpadający w róż.

 Po zaparzeniu nadal wyraźnie czuć aromat róży, jest ona też wyraźnie wyczuwalna w smaku, ale to nuta kwiatowa, nie owocowa, z tylko lekko kwaskowatym "tłem". W zależności od tego, ile ziarenek pieprzu się "trafiło" może też bardziej lub mniej szczypać w język, i być po prostu lekko ostra - co w połączeniu z płatkami róż ma, jak dla mnie, spory urok. Zupełnie nie czuć goryczy, co jest zaletą herbaty pu erh.

Czy coś bym w niej zmieniła? Nie. W mojej opinii napar nie wymaga nawet dosładzania, ponieważ jej smak jest na tyle subtelny, by nie było to konieczne, chociaż dopuszczam tą myśl jako sposób wydobycia z herbaty bardziej owocowych smaczków, bałabym się chyba jednak, że cukier zagłuszy posmak pieprzu. Pikantną Różę polecam osobom lubiącym bardzo aromatyczne herbaty o charakterystycznym smaku z nutami kwiatowymi, a dla mnie zostanie ona jedną z ulubionych,


Pikantną Różę można dostać stacjonarnie w ziołokawiarniach Taheebo w Krakowie lub kupić przez internet.


poniedziałek, 7 września 2015

Losy niedokończone. "Dokąd teraz?" Iwony Żytkowiak

   Niewiele jest tak wdzięcznych tematów na książkę niż zawiłości ludzkich losów, miłości i zdrady, walka z przeszłością i powolne budowanie przyszłości, gdy plany w każdej chwili mogą runąć. Czytając takie opowieści często robimy to z przymrużeniem oka, myśląc, że nas takie rzeczy nigdy by nam się nie przydarzyły, albo kręcimy głową, pamiętając jeszcze ciekawsze historie z życia wzięte. Stanowi to główną zaletę powieści obyczajowych: zajmują umysł na chwilę, czyta się je szybko, lekko, odłożywszy po skończeniu dla mam, koleżanek, rodziny… „Dokąd teraz?” zdawało mi się być właśnie takim babskim czytadełkiem na wieczór. Wyszło jednak troszeczkę inaczej.

   Lili Czarnecka kiedyś nosiła inne imię. Jako młoda dziewczyna, wcześnie odkrywająca swoją kobiecość, dorastająca w domu z ojcem, który znany był ze swoich przygód z kobietami i oddaną mu ślepo matką, nie mogła znaleźć w rodzicach oparcia i pomocy, których potrzebowała, wśród rówieśników będąc obiektem albo pożądania, albo zazdrości. Z czasem stała się jedynie przekorna – prowokowała, opalając się półnago w polu, świadoma faktu, że obserwują ją szkolni koledzy. Nie wyszło z tego nic dobrego – Lili poznajemy jako kobietę w średnim wieku, będącą po kilku – udanych lub nie – związkach, z których część kończyła się ślubem, a także matkę dorosłej już Sary. W poczekalni u lekarza, zamyślona nad pogarszającym się stanem zdrowia i podejrzeniami, że nazwisko ginekologa jest jej skądś znane, zostawia telefon. Ewa, która go znajduje i kontaktuje się z właścicielką w celu oddania, nieświadomie stanie się dla niej swego rodzaju przepustką do przeszłości, do spraw dawno zamkniętych, ale nadal odciskających piętno na chwili obecnej.

   Postać Marioli-Lili jest trudna, nie tylko sama w sobie, jako konkretny człowiek, ale też jako osoba dramatu dla czytelnika. Nie budzi sympatii, będąc osobą zimną i nieprzystępną, manipulującą innymi w celu osiągnięcia korzyści materialnych i trzymająca własną córkę na dystans, który przełamać zdarzyło jej się może tylko raz w życiu, w sytuacji zagrożenia życia małej jeszcze Sary. A i to było jedynie chwilowe. Wielką tajemnicę stanowi to, czyją córką jest Sara, a wiedzę o tragicznych przeszłych wydarzeniach nabieramy stopniowo w trakcie czytania, chociaż szybko można domyślić się, co dokładnie się wydarzyło, ostatecznie potwierdzenie bądź zaprzeczenie czeka nas jednak dopiero na końcu książki. Problem z samą Lili jest taki, że nie tylko nie da się jej polubić, jest ona też momentami irytująca ze swoim przyzwyczajeniem do traktowania wszystkich wokół jak zabawki. Aż dziw bierze, że tak wiele osób mimo wszystko decyduje się na pomaganie jej, bo jako samotna matka wpada z jednego dołka finansowego w drugi. Niemniej jednak, muszę przyznać, że pomimo paskudnego charakteru główna bohaterka jest postacią bardzo dobrze napisaną, potraktowaną z należytą dokładnością i żywą.

   Trochę słabiej wypada Sara, przedstawiona jak dla kontrastu z matką jako wrażliwa i pragnąca w życiu tylko rodzinnego ciepła kobietka, która jednak urodę odziedziczyła po matce. W porównaniu z Lili wydaje się nudna, normalna, i jako taka też nie budzi szczególnej sympatii, w zamian za to zasługując sobie na coraz większe współczucie z racji tego, jak trudne miała życie przyzwyczajając się do pełnej dystansu relacji z matką po śmierci wychowującej ją wcześniej babci. Sarę poznajemy, gdy prowadzi już samodzielne życie z dala od rodzicielki, czasem tylko do niej dzwoniąc. Nie traci jednak nadziei na nawiązanie bliższego kontaktu z nią i dowiedzenia się więcej na temat tajemnic z przeszłości. Z charakteru podobna jest do Ewy, przygodnie poznanej „przyjaciółki” Lili. Boli mnie trochę fakt, jak one dwie i reszta przedstawionych w książce postaci kobiecych tworzą szare, monotonne tło dla głównej bohaterki, i nie pomaga tu wiele nawet zachowanie jednej z żon panów z przeszłości, Olgi, uciekającej od męża – a ona stanowi temat na osobną rozprawę. Zżymałam się, czytając, jak można po „tym wszystkim” – odkryciu tajemnic męża i zachowania jego samego – po prostu stęsknić się i wrócić, stwierdziwszy, że to wszystko nie ma znaczenia. Jej metoda na rozpoczęcie nowego życia też wydaje się być cokolwiek głupia i skazana z góry na porażkę, chociaż, kto wie… może sama Olga podświadomie wiedziała, że zrobi tak a nie inaczej.

   Autorka zastosowała to specyficzną formę narracji. Opisując wydarzenia w trzeciej osobie przeskakuje od jednej postaci do drugiej, przedstawiając wydarzenia z różnych punktów widzenia, jednak nie to jest tu dziwne. Nie byłoby takim też częste wplatanie w opowieść retrospekcji, niejako w trakcie wydarzeń obecnych odkrywając coraz to większe kawałki przeszłości (wraz z ujawniającymi się w trakcie postaciami i kolejnymi ich spotkaniami), gdyby nie fakt, jak napisane zostało zakończenie. Duży plus książki stanowi to, jak wyjaśnione i zakończone zostały wątki przeszłe, a zostawienie ostatecznego ujawnienia Wielkiej Tajemnicy to zabieg po prostu genialny, ale… właśnie. Przeszłość to nie wszystko, są jeszcze wydarzenie obecne, a o nich jakby pani Żytkowiak zapomniała. Wielka chwila, trzeba by wszystko wyjaśnić, ludzie płaczą, wielkie zamieszanie, i co? Ano, nic. Koniec pieśni. Nie wiemy kto się czego dowiedział, kto jak na to zareagował, co z tego wynikło. Czy powstanie druga część tej książki? Nic o tym nie wiem, jednak jeśli na tym ma się historia skończyć, to stanowi ona obraz dopieszczony, szczegółowy, mocny w przekazie, ale nieukończony, a może: porzucony, gdy artysta znudził się tym, co tworzył.


   Trudno mi ocenić, czy „Dokąd teraz?” podobała mi się, czy nie. Pozostawiła po sobie spore uczucie niedosytu z powodu niedokończonych wątków, jednocześnie będąc książką intrygującą i wciągającą do samego końca. Nie rozczarowała, historia opowiedziana w niej, mimo czasem przesadnej jaskrawości w przypadku erotyki bądź chłodu charakteru głównej bohaterki, jest skonstruowana bardzo dobrze, tworząc wielopoziomową opowieść rozgrywającą się jednocześnie w dwóch przedziałach czasowych, które doskonale współgrają ze sobą. Czytało się ją po prostu dobrze, styl pisania zastosowany w niej zdecydowanie odpowiada mi, nie zawierając w sobie nic z naiwności czy braku logiki, które często spotyka się w tego typu powieściach, i chętnie sięgnęłabym po inne książki tej autorki. Polecam wielbicielkom (i wielbicielom) historii bardziej skomplikowanych i niejednoznacznych.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Dokąd teraz?
Autor: Iwona Żytkowiak
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 488

piątek, 4 września 2015

Póki torped, póty nadziei - "Kraniec nadziei" Rafała Dębskiego

Polska fantastyka od pewnego czasu z paroma chlubnymi wyjątkami (które już tu kiedyś recenzowałem) stoi niemalże wyłącznie fantasy. Trudno, wyjąwszy twórczość Jacka Dukaja, znaleźć w ojczyźnie Lema kogoś, kto parałby się współcześnie tworzeniem fantastyki naukowej. Jeszcze trudniej, jak się okazuje, o tradycyjną, uczciwą space operę. Dlatego też z pewnym zaciekawieniem sięgnąłem po nową powieść Rafała Dębskiego – mając cichą, nieśmiałą nadzieję, że być może chociaż jedna jaskółka wiosny nie czyni, pozwoli chociaż za wiosną zatęsknić. Czy tak się stało? Przekonajmy się.

"Kraniec nadziei", pierwsza część zapowiadanego cyklu "Rubieże Imperium", zakłada optymistyczną wizję przyszłości, w której ludzkość zdołała sięgnąć gwiazd i skolonizować kawał znanego Kosmosu. Na tym kończą się dobre wiadomości – jak się bowiem okazuje, nawet taki szmat przestrzeni jest dla nas za ciasny. Nasza cywilizacja szybko przełamała się na dwie składowe, Cesarstwo i Republikę, które to dwa supermocarstwa od dziesiątek lat toczą ze sobą wojnę totalną. Głównym bohaterem powieści jest Aidan Samuels, kapitan cesarskiego krążownika o dumnym kryptonimie Sirene, twardy, uzdolniony i, co najważniejsze, niepokorny, pozbawiony jakiegokolwiek poszanowania dla procedur i biurokratycznych idiotyzmów, niedarzący też szczególną sympatią wszelkiego rodzaju zwierzchnictwa. Mimo kłopotów z podporządkowaniem się, pozostaje jednym z najlepszych żołnierzy w służbie Cesarstwa. Co ważne, bo to właśnie on, wraz z grupą swoich zaufanych towarzyszy broni, zostaje wybrany przez zwierzchnictwo do czegoś, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajnymi manewrami w odległym sektorze – okazuje się jednak ściśle tajną wyprawą wojenną do jeszcze dalszego sektora. Tam, nieoczekiwanie, prócz starych wrogów i nowych sojuszników odnajdą coś, co może odmienić losy całej wojny...

Powieść pod wieloma względami jest bardzo nierówna. Weźmy na przykład tempo. Są tu fajne, dynamiczne sceny kosmicznych bitew (te opisane są z resztą plastycznie i z pewnym odpowiednim dla gatunku zacięciem), bywają sceny ciut wolniejsze, ale wciąż trzymające w napięciu (miłośnicy intrygi w kosmosie znajdą tu coś dla siebie, bo oficerowie marynarki Cesarstwa, chociaż po tej samej stronie, knują przeciwko sobie na potęgę), a bywa i całkowite rozprężenie, kiedy narrator wspomina jakieś wydarzenie z przeszłości któregoś z bohaterów mające wpływ na jego zachowanie w obecnej sytuacji – normalna rzecz, zrobiona z resztą całkiem solidnie. To, czego przełknąć nie mogłem, to "informacyjne piguły" serwowane w formie dialogów między lepiej doedukowanymi oficerami floty. I chociaż rozumiem, że w powieści tego typu pewne informacje po prostu trzeba jakoś przekazać, żeby świat przedstawiony w utworze po prostu trzymał się przysłowiowej kupy, tak w "Krańcu Nadziei" wydały się one cokolwiek wymuszone i wplecione w całość nieco na siłę. Co więcej, zagłębiając się w zawiłościach działania napędu FTL czy innych cudów techniki przyszłości, bardzo łatwo jest zgubić wątek i zapomnieć, przy jakiej to właściwie okazji ten wykład. To minus, który strasznie utrudnia odbiór całkiem niezłej przecież historii.

Po wtóre – bohaterowie. Niby każdy z nich wykreowany jest poprawnie, ma jakieś swoje charakterystyczne zachowania, niektórzy nawet wypowiadają się w sposób, który łatwo kojarzy się z danym protagonistą, ale... Czegoś tutaj brak. Wszyscy pierwszoplanowi mają chyba nieco za dużo cech wspólnych, co sprawia, że tracą dość dużo ze swojej wyjątkowości. Prócz samego Aidana, trudno mi było po przeczytaniu książki przypomnieć sobie... kto jeszcze tam był. Swoją drogą, właśnie Aidan także miewa swoje wzloty i upadki: bywają sceny, w których jego zachowanie przyprawia czytelnika o szczery uśmiech sympatii, a bywa i wręcz przeciwnie – zwłaszcza kiedy czyni reprymendy swoim podkomendnym, ma się ochotę zakneblować go nogą od stołu albo nawet i całym stołem, żeby nie psuł dalej pierwszego, dobrego wrażenia. Zdarzyło mi się nawet przyłapać na tym, że dużo większą sympatię czułem do postaci, które pojawiały się na chwilę i wygłaszały dwie, trzy kwestie, by potem nie pojawić się już ani razu – jak choćby Moreno, dowódca krążownika Santorino. Powiedział dwa, góra trzy zdania, a już wiadomo, że swój chłop.

Podsumowując: czytało się przyjemnie, lekko i niezobowiązująco, bez szczególnych zgrzytów oprócz tych, o których wspomniałem wcześniej. Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że losy bohaterów śledziłem z niesłabnącym zaangażowaniem, nie mogę powiedzieć, że bawiłem się przy tym przednio, ale z drugiej strony nie mogę nie skłamać mówiąc, że nie czytało się miło. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne części cyklu, bo już teraz, w kilka godzin po lekturze, niewiele pamiętam z pierwszej – ale nie żałuję czasu, jaki poświęciłem na zapoznanie się z "Krańcem Nadziei". Sądzę, że miłośnicy tego konkretnie podgatunku fantastyki naukowej mogą znaleźć w tym coś więcej niż ja – i im w szczególności polecam, bo na pokładzie Sirene czuć się będą jak w domu.

Ja tymczasem odmeldowuję się:

video

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękujemy wydawnictwu Drageus.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Rubieże Imperium cz. 1.: Kraniec Nadziei
Autor: Rafał Dębski
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 399