czwartek, 18 sierpnia 2016

"Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" Anny Lange - recenzja książki

Z niepokojem zauważyłem, chociaż wybitnym znawcą tematu nie jestem – mam na myśli, nie jestem w ogóle jego znawcą, a co dopiero wybitnym – że ostatnimi czasy jeśli ktoś sili się na osadzenie swojej powieści na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, to albo wychodzi mu tekst niemożliwie drętwy, albo, świadomie lub nie, niepotrzebnie uwspółcześnia go, często posługując się językiem lub też opisując obyczaje charakterystyczne dopiero dla współczesności. Zdaję sobie sprawę, że właśnie ze względu na specyficzną mentalność typową dla danej epoki prowadzenie opowieści w takich realiach nie jest rzeczą prostą do zrealizowania. Dlatego też ogromną ulgą było dla mnie sięgnięcie po świeżutki (z premierą wczoraj) debiut literacki polskiej autorki Anny Lange – mowa o "Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu", książce wyjątkowej nie tylko dzięki swojej wierności w ich odwzorowaniu, ale też z wielu innych powodów.

Londyn, rok 1872. Mimo tego, że od najdawniejszych czasów ludzie na całym świecie posługują się magią, bieg historii do tego momentu nie zmienił się drastycznie – dlatego świat, który prezentuje nam pani Lange, w dużej mierze przypomina nasz. Oczywiście, zjawiska tak doniosłego i brzemiennego w skutkach jak magia nie da się po prostu zignorować, praktykowanie Sztuki na przestrzeni wieków wrosło więc w wiele aspektów ludzkiej egzystencji: obyczaje, wojnę, medycynę, przemysł. Jak możemy pamiętać z lekcji historii, rewolucja przemysłowa dziewiętnastego wieku przyniosła ze sobą także znaczny wzrost przestępczości. Naturalną konsekwencją wydaje się więc, że pewien odsetek czynów zabronionych będzie się wiązać z użyciem zaklęć – w odpowiedzi na to zjawisko powołany zostaje Podwydział Spraw Magicznych Londyńskiej Policji Metropolitarnej, na czele którego stanąć ma John Dobson, oficer-artylerzysta w armii Imperium Brytyjskiego, potężny mag-kinemanta, obecnie w stanie spoczynku.

Początki są burzliwe – utrwalone w kulturze przesądy i niewiara, szczególnie wśród Izby Lordów czy przedstawicieli prawa piastujących wyższe stanowiska to jedno, najgorszym jednak problemem okazuje się niedostatek funkcjonariuszy obdarzonych dostatecznym talentem magicznym, szczególnie jeśli mowa o przestępstwach związanych z duchami lub przypadkami opętań (nekromancję uważano od zawsze za "babską" dziedzinę magii, z nielicznymi tylko wyjątkami – a od pewnego czasu krzywo patrzy się na panie praktykujące czary!). W akcie desperacji Dobson werbuje do służby swojego starego znajomego z akademii, Clovisa LaFay, nekromantę i dżentelmena wywodzącego się z rodu okrytego cokolwiek mroczną sławą.

Co do postaci kluczowych dla fabuły, kolejną jest Alicja Dobson, siostra Johna. Mieszka razem z bratem po tym, jak postanowiła uciec do Londynu z rodzinnej wsi, by uniknąć losu typowego dla swoich rówieśniczek. Spędza dni na organizowanym w szpitalu kursie pielęgniarskim, jednak jej celem, jej największym marzeniem, jest nauczyć się magii. Z wielkim rozczarowaniem odkrywa, że prezentowane jej na kursie złożenia glyfów... Po prostu nie działają!

Losy tych trojga przeplatają się, a fabułę jest nam dane śledzić zarówno z perspektywy każdego z nich, jak i oczami kilku bohaterów pobocznych. Przejścia pomiędzy nimi są niezwykle płynne, zaś fakt, że są niezwykle charakterystyczni sprawia, że praktycznie nie ma problemów z zorientowaniem się, kogo będzie dotyczyć dany paragraf. Z początku wiemy o nich niewiele, jednak autorka buduje swoich bohaterów przez całą powieść, racząc nas tu i ówdzie z pozoru nieistotnymi szczegółami, które później okazują się mieć znaczenie niebagatelne – a także świetnie rozplanowanymi scenkami retrospektywnymi.

Nie tylko to jednak świadczy o niezwykłym jak na debiutantkę kunszcie pisarskim pani Anny Lange. Z niezwykłą biegłością stosuje ona technikę foreshadowingu – zdradzania przyszłych wydarzeń, ale w sposób bardzo delikatny, który staje się świetnie widoczny dopiero po fakcie. Jest to zabieg wykonany tak niezwykle umiejętnie, że przez połowę książki czytelnik jest przekonany, że przyszło mu czytać lekki, przyjemny romans, a dopiero gdy krok po kroku odkrywane są pewne szczegóły, powoli zaczyna rozumieć, z jak mroczną opowieścią przyszło mu obcować. Sposób, w jaki z pozoru nieistotne detale zbiegają się w jeden, spójny obraz mógłby być przykładem dla wielu pisarzy o wiele dłuższym stażu. Po "Magiczne akta Scotland Yardu" warto sięgnąć choćby ze względu na ten pokaz mistrzostwa w planowaniu historii... Ale nie tylko dlatego, bo historia jest nie tylko dobrze zaplanowana i opowiedziana, jest przede wszystkim wciągająca, frapująca i trzymająca w napięciu, pełna bohaterów, z którymi można sympatyzować, jak również takich, do których aż czuje się niechęć. Jako ciekawostkę pragnę dodać, że tekst z okładki głosi, jakoby autorka mocno inspirowała się twórczością Brandona Sandersona, Agathy Christie czy Jane Austen – wprawne oko dostrzeże pewne podobieństwa, ale zauważy przede wszystkim, że z takiego ogromu inspiracji wyłonił się styl własny, niepowtarzalny i, co tu dużo mówić, świetny.

Co zdradziłem już we wstępie, Lange wyśmienicie przygotowała się z tematu, na który postanowiła napisać powieść. Mimo że jest to książka fantastyczna, z niezwykłą pieczołowitością oddano tu szczegóły życia codziennego, towarzyskiego, a nawet politycznego dziewiętnastowiecznej Anglii. Całość uzupełniają krótkie, ale jakże treściwe przypisy umieszczone na samym końcu. Osoby, które nie znają realiów, nie powinny więc bać się sięgnąć po "Clovisa LaFay" – zaś te, które realia znają i są na ich punkcie czułe, nie mają się czego obawiać: autorka z pewnością włożyła wielki trud w to, by wszystkie szczegóły wypolerować na wysoki połysk.

Jest bardzo mało rzeczy, których można się tu uczciwie przyczepić i żadna z nich nie jest naprawdę poważna. Pierwszą jest kreacja głównego czarnego charakteru – jakkolwiek ma sens i jest spójna, wydaje mi się, że jego postępowanie w finalnych rozdziałach jest ciut przesadzone, brakuje uzasadnienia dla tego, jak się zachował, a jego motywacja nie wydawała mi się dostatecznie mocna, by uzasadnić aż takie wybryki. Drugą jest sytuacja, w której w czasie luźnej salonowej konwersacji Alicja Dobson włącza się do dyskusji Clovisa i Johna na temat statystyki w metodologii badań – dlaczego prosta dziewczyna ze wsi zna się na takich rzeczach? To mało prawdopodobne, by usłyszała o tym na kursach pielęgniarskich. Odrobinę mi to zazgrzytało, ale można to jeszcze usprawiedliwić faktem, że uchodzi za osobę bardzo ambitną jak na swój stan i pozycję, mogła więc coś gdzieś przeczytać. Trzecią rzeczą, bardziej kwestią stylu niż pomyłką, jest osobliwa miejscami konstrukcja zdań – bardzo często orzeczenie zostaje wypchnięte na koniec zdania. To coś, do czego można się przyzwyczaić, niemniej na początku robi dziwnie obce wrażenie, bo akurat taki sposób budowania wypowiedzi nie jest dziś rzeczą nazbyt powszechną.

Co o tym sądzę? Cóż, przede wszystkim trudno mi uwierzyć w to, że "Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" jest debiutem pani Lange – wszystko tutaj wydaje się dopięte na ostatni guzik. Konstrukcja świata jest perfekcyjna, opowiedziana historia wciąga i nie wypuszcza, bohaterów skonstruowano w znakomity, bogaty sposób nadający im mnóstwo głębi, a napięcie dawkowane jest z laboratoryjną wręcz precyzją. Jeśli to nie jest dostateczna rekomendacja, by oderwać się od czytania moich wypocin i czym prędzej pognać do księgarni, to ja już nie wiem, czym was przekonać. Bez dwóch zdań – jedna z najlepszych polskich książek fantastycznych ostatnich lat!

Dane ogólne:
Tytuł: Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu
Autor: Anna Lange
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2016

Liczba stron: 448

12 komentarzy:

  1. książka super i porządna recenzja wskocz do mnie:)http://swiatwierszempisany.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Lotrze, nie czepiaj się Alicji. Dziewczyna z prowincji musiała się przygotować do bywania na salonach. Świetna recenzja, nie wiem czy warto biec po książkę w obawie, że bedzie mniej ciekawa od swego streszczenia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewniam - obawy są zupełnie bezpodstawne.

      Usuń
  3. A ja miałam się do czego przyczepić ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super recenzja, świetnie napisana. Jeśli chodzi o tę statystykę, to chyba Lange to wyjaśniła w przypisach - Alicje uczyła Florence Nightingale, a ona była jedną z pionierek stosowania statystyki w medycynie.

    Co do przyczepiania się: Suomi, czepiać się można, byle z sensem. Domów i prefektów nie wymyśliła Rowling, tak po prostu były (i chyba są) zorganizowane brytyjskie public schools.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to przepraszam. Nie zgłębiałan się w ten temat, więc dla mnie tak jakby istniały tylko tam.

      Usuń
    2. Drogi/a Anon, dziękuję Ci za wyjaśnienie tej kwestii. Wspomniany przypis musiałem albo przeoczyć, albo przeczytać i nie załapać - brakowało mi informacji, że pani Nightingale była nauczycielką Alicji. Ale skoro tak, to chyba nieco się wygłupiłem...

      Usuń
  5. Kto robił okładkę? Jest boska!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak podaje stopka redakcyjna, autorem ilustracji z okładki jest Dominik Broniek, znany m.in. z nowego wydania Sandersonowskiego cyklu o Scadrial. Ta jednak podoba mi się dużo bardziej, jest przyjemnie stonowana, a i twarze wyszły jakoś naturalniej niż zazwyczaj...

      Usuń
    2. Ta przyciąga oko, po prostu. Dzięki za wyszukanie nazwiska.

      Usuń
  6. Ach, ja to się w tej książce nieprzystojnie zakochałam i obiektywnie już o niej mówić nie mogę. Po prostu kocham i z niecierpliwością oczekuję kontynuacji (która, na szczęście, jest w fazie przygotowań!) ♥

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: