wtorek, 9 sierpnia 2016

"Grimm Fairy Tales #01: Czerwony Kapturek" - recenzja komiksu

Baśnie braci Grimm pozostają wdzięcznym tematem do rozważań. Cieszą się niesłabnącą popularnością w wersji przeznaczonej dla najmłodszych, starsi poszukują zazwyczaj tej nieocenzurowanej, a wszyscy rodzinną gromadką bawią się w kinach na najnowszych ich ekranizacjach. Na czym polega ich fenomen? Czy cała sława opiera się na kryjącym się gdzieś głęboko w nas sentymencie do opowieści słuchanych kiedyś przed snem? Czy może chodzi o uniwersalne przesłanie, wartości, które nigdy nie tracą ważności, ukazywanie potęgi przyjaźni i miłości w opozycji do jasno zarysowanego zła, do którego prowadzą głupota, łatwowierność i chęć wyrządzenia komuś krzywdy? Cokolwiek by to było, prób podjęcia i pokazania tematu w coraz to nowej odsłonie pojawi się pewnie jeszcze wiele. A gdyby tak pokazać je w formie komiksu, ale w formie unowocześnionej? Seria „Grimm Fairy Tales” to właśnie taka próba, a zaczyna się ona od odcinka poświęconego Czerwonemu Kapturkowi.

Dwójka nastolatków bawi się dobrze w domu dziewczyny. Całują się, robi się gorąco… Do momentu, w którym dziewczyna mówi stop. Chłopak naciska, ale wreszcie po jakimś czasie wychodzi zniechęcony, a ona, pełna żalu, wbiega do swojego pokoju z płaczem, strącając przy tym rzeczy z szafki. Sytuacja jakich wiele, rodem z amerykańskiego serialu dla młodzieży - on wywiera presję, ona nie jest gotowa. Po chwili opanowuje się, zaczyna sprzątać w pokoju, podnosi zrzucone rzeczy, a wśród nich znajduje starą książkę z bajkami. Wtedy akcja przenosi się do opowieści, z blond Czerwonym Kapturkiem w roli głównej. Jak się okazuje, przeżywa ona podobne zawirowania, będąc nagabywaną przez miejscowego przystojniaka, ale odrzucając jego natrętne prośby o więcej – pomimo tego, że zdecydowanie czuje do niego pociąg. Przed nią jednak wędrówka przez las do domku babci, którą musi odbyć, niepomna na ostrzeżenia o pojawiających się w okolicy watahach wilków.

Pierwsze, co zwraca uwagę na całą serię „Grimm Fairy Tales” to roznegliżowane postaci kobiece na okładkach. Pierwszy zeszyt doskonale ilustruje tę tendencję, sugerując, że zawartość będzie przeznaczona wyłącznie dla czytelnika dorosłego i może zawierać sporo erotyki. Czy tak jest w rzeczywistości? Nie do końca. Postać Kapturka z okładki jest zdecydowanie mniej ubrana i bardziej umalowana od jej odpowiedniczki z właściwej opowieści (wyraźnie jest też rysowana przez inną osobę). Ucieszyła mnie ta zmiana, jako że wersja „wewnętrzna” zdecydowanie zyskuje na urodzie i jest ogółem milsza dla oka. Nie sposób jednak nie wspomnieć, że oczekiwałam po tej historii znacznie niższego poziomu, niż ten, który zastałam: do baśni wpleciono więcej erotyki, to fakt, ale nie jest ona też w żadnym razie nieuzasadniona czy też płytka, przedstawiono ją też w sposób sugestywny, ale nie wulgarny. Wszystko ma swoją przyczynę: Kapturek ma więcej wielbicieli niż tylko młodego Samuela (całym sercem jestem za Drwalem! …chociaż wilk też był niezły, do czasu), przeżywa typowe dla jej wieku rozterki, nade wszystko jednak: ma do siebie szacunek i tego szacunku próbuje nauczyć chłopaka wyraźnie nią zainteresowanego. I tylko babci szkoda.

W „Czerwonym Kapturku” zarejestrowałam kilka dziwnych momentów natury wizualnej. Rysunki wykonane są ogółem bardzo porządnie, szczegółowo,  z bardzo żywo oddaną mimiką postaci, niestety całe sylwetki miewają swoje gorsze momenty, gdy zaburzone zostają proporcje ciał. Salwę śmiechu wywołał u mnie „szpagat” Kapturka – rozumiem, że miał być to skok, jednak postać wyglądała wtedy jak uniesiona w górę w niewiadomy sposób, z szeroko rozłożonymi na boki nogami. Takie potknięcia to na szczęście pojedyncze przypadki, a odbiór całości pozostaje niezaburzony przez większość czasu. Tym bardziej, że otoczenie narysowane jest wręcz pięknie: mroczny las, noc przy pełni księżyca, światła i cienie z idealnie dobraną kolorystyką pozwalały czasem się pozachwycać.

Mogę spokojnie stwierdzić, że czasu spędzonego przy pierwszym zeszycie „Grimm Fairy Tales” nie żałuję, nawet jeśli wystarczyło go tylko na krótką chwilę. To lekka, nieangażująca historyjka, opatrzona ładnie wykonanymi rysunkami, do obejrzenia jednym tchem. Polecam ciekawym, bo nie wątpię, że wielu się znajdzie takich – nie ma się czego bać, wilk nie gryzie, tylko połyka w całości, ale Kapturek dostała od Drwala maczetę, więc się zła nie ulęknie. Tylko brać i czytać.

Dziękuję Wydawnictwu Okami za udostępnienie komiksu do recenzji.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Grimm Fairy Tales #01 Red Riding Hood
Autorzy: Joe Tyler, Ralph Tedesco (pomysł i scenariusz), Al Rio (okładka), Joe Dodd (rysunki)
Wydawnictwo: Okami
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 24

7 komentarzy:

  1. Chcę go mieć! Uwielbiam baśnie braci Grimm i ostatnio czytam wszystko co z tym związane. Żałuję, że dostęp do oryginalnej i pierwotnej wersji bajek, jest tak trudny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialnie by było, jakbyś pokazała Kapturka ze środka, żeby można było sobie porównać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie udało mi się nic znaleźć, wydawnictwo nie pokazuje wnętrza. Dość powiedzieć, że Kapturek ma zdecydowanie mniej makijażu i bardziej przyzwoite wdzianko na sobie.

      Usuń
    2. Hm, miałam na myśli własnoręcznie zrobioną fotkę fragmentu jakiejś planszy, a nie materiały od wydawnictwa. Coś jak cytowanie fragmentu książki.

      Usuń
    3. Nie wiedziałam, czy mi tak wolno (;

      Usuń
    4. Rozumiem, też nie wiedziałam, pytałam wydawcy :)

      Usuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: