poniedziałek, 18 stycznia 2016

Nie znasz dnia ani godziny... "Zemsta kobiet" Marcina Brzostowskiego

Czego można oczekiwać, sięgając po książkę o tytule „Zemsta kobiet”? Powiem, czego sama oczekiwałam: nowoczesnego, feministycznego manifestu, naszpikowanego odważnymi, skrajnymi teoriami o finale rodem z "Seksmisji". Potem uświadomiłam sobie, że rzecz pisana jest przez mężczyznę i przez chwilę zamigotała mi przed oczami wizja srogiej parodii, w której wygrywa wszystko, co męskie, a kobiety wracają do garów. Innymi słowy: odrobinę bałam się tego, co mogę znaleźć w trakcie czytania 66 stron czegoś opatrzonego tak kontrowersyjną nazwą, rzeczywistość jednak przerosła moje najśmielsze oczekiwania.

Detektyw Franco Fog otrzymał właśnie ciekawe zlecenie: na wyśledzić sprawcę zabójstwa pewnego transwestyty i porwania innych trzech panów. Jedynym śladem, znalezionym na miejscu zbrodni jest krótka notatka z podpisem „KMW”, którą zostawił morderca na szyi zmarłego. Tajemniczy skrót pojawił się też w nekrologach, opublikowanych po zaginięciu pozostałych, nie znaleziono jednak ich ciał. Sam Franco ma jednak spory problem: jego kot, Luigi, wdał się w konflikt z miejscową tajną, faszystowską organizacją, zjadając ich zapas uranu. Podczas konfrontacji wychodzą na jaw plany terrorystów, którzy zamierzają zdetonować własnoręcznie wykonaną bombę atomową w centrum Warszawy. Franco Fog ma więc aż dwie sprawy na głowie, a to jeszcze nie koniec kłopotów…

Ta książka nie jest tak absurdalna, jak się wydaje być – tak naprawdę, poziom udziwnienia jest w niej jeszcze większy. Trudno tu nadążać za fabułą, która jest tylko luźno zarysowana i prowadzona dość chaotycznie, a obok logiki to dzieło nawet nie stało. Jeśli jednak ktoś zadałby pytanie – a powinien – czy to źle, odpowiem: zdecydowanie nie. „Zemsta kobiet” to absurd, który jednych rozbawi, innych zniesmaczy, nie sądzę jednak, by można było się tym nudzić. Powód takiego stanu rzeczy jest prosty:
książka pana Brzostowskiego jest krótka, ale pełna akcji, pisana na wzór (bądź karykaturę) kryminału, gdzie każdy rozdział otwiera informacja o miejscu i czasie wydarzeń, a kończy jakiś mocny akcent, zachęcający do dalszego jej śledzenia. Specyficzna konstrukcja powieści nie sprawia jednak, że przestanie się zauważać braki, chociaż w tym przypadku kij ma dwa końce: albo się rzecz uzna za zbyt udziwnioną i rzuci w przysłowiowy kąt, albo wszelakie błędy i niedociągnięcia tylko dodadzą całości uroku, sprawiając, że książka pozostawi po sobie wrażenie czegoś, co można kolokwialnie nazwać mindfuckiem. W moim przypadku zadziałała ta druga opcja, przez co „Zemstę kobiet” mogę zaliczyć do kategorii książek, po których miałam po prostu kaca.

O głównym bohaterze można powiedzieć wiele, chociaż na pewno nie jest on wzorem dobrego człowieka czy też pogromcy przestępców. Przede wszystkim to kobieciarz, ma trochę problemów z alkoholem i trudno mu się odnaleźć w zastanej rzeczywistości, gdzie wiele wartości i zwyczajów uległo gruntownej przemianie, zastąpione przez nie do końca zrozumiałe substytuty; Fog wciąż wspomina „stare dobre czasy”, a z częścią nowych zasad po prostu nie chce mieć nic wspólnego. Z drugiej jednak strony, wciąż wspomina utraconą miłość i troskliwie opiekuje się przygarniętym zwierzakiem. Można by powiedzieć: nic ciekawego. Ot, kolejny samotny facet.

Tu jednak kończy się normalność. Dawna, wielka miłość, Weronika Blanka, jest bowiem koniem, natomiast kot Luigi ma dość niepewny status, oscylując między domowym pupilem a adoptowanym dzieckiem, choć zachowuje się raczej jak zbuntowany nastolatek, który wpadł w złe towarzystwo. Jedno z pytań, które towarzyszyły mi podczas lektury, brzmiało: po jakiego grzyba on zjadł ten uran? Sama banda Sturmbanfuhrera Kluge już wydaje się mniej dziwna, chociaż dobrze komponuje się z całością – kilku niezbyt inteligentnych Niemców, którzy próbują zrealizować swój plan i najwyraźniej nikt im w tym nie może przeszkodzić, pomimo faktu, że sami się do rzeczy przyznają. Wszystko to stanowi jednak jedynie początek. A gdzie w tym wszystkim są kobiety i ich zapowiedziana w tytule wendetta? O tym będzie… ale później.

W moim odczuciu „Zemstę kobiet” należy przeczytać dwa razy: raz powierzchownie, by pośmiać się z zawartego w niej absurdalnego poczucia humoru, a drugi, żeby poszukać drugiego dna. Nie twierdzę, że znajdzie się gdzieś tam głęboki przekaz (chociaż i to by mnie nie zdziwiło, doszukiwanie się tego jest jednak obecnie ponad moje siły), warto to zrobić ze względu na nagromadzenie wątków i szczegółów w niewielkiej objętości tekstu, przez co znaczna część po prostu przy czytaniu umyka. Mnie samej trudno określić jednoznacznie tekst pana Brzostowskiego, waham się pomiędzy „świetne” a „co ja właściwie przeczytałam…”, pozostawiam więc do własnej oceny i gorąco polecam spróbować.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi.
Recenzja napisana dla portalu Sztukater.

Dane ogólne:
Tytuł oryginały: Zemsta kobiet
Autor: Marcin Brzostowski
Wydawnictwo: e-bookowo.pl
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 66

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: