czwartek, 28 maja 2015

Król Artur i panowie z Triady, czyli "Malajski Excalibur" Daniela Nogala

   Różnice kulturowe fascynują nie od dziś, a szczególnie w tego rodzaju zainteresowaniach wybijają się kraje Dalekiego Wschodu. Co zresztą nie jest niczym dziwnym, zważywszy na to, od bardzo odmienni są tamtejsi ludzie, nie tylko z wyglądu, ale przede wszystkim obyczajowo, językowo i… światopoglądowo. Na bazie chińskich podań powstają bajki, a z opowieści i miejskich legend o chińskiej Triadzie bądź japońskiej Yakuzie mamy emocjonujące filmy o mafijnych porachunkach. Nieobce kulturze są też połączenia tych wątków, a jeśli dorzucić do tego motywy rodem z science fiction, dostaniemy mieszankę bardzo specyficzną.

   Owain Llewelyn, Walijczyk z pochodzenia, mieszkaniec Kuala Lumpur, para się niebezpiecznym zajęciem: jest trackerem, czyli osobą, która na zlecenie zdobywa informacje. Jak niebezpieczna jest to praca można się przekonać, gdy dostaje z pozoru zwyczajne zlecenie – ma wyszukać przysłowiowego „haka” na jednego z głównych przedstawicieli malezyjskiej sceny politycznej. Owain zabiera się do rzeczy jak najbardziej profesjonalnie, jak do rutynowej robótki, nie jest jednak przygotowany na szybki jej koniec, gdy pomagierzy słynnego działacza ściągają go na poważną rozmowę z szefem. Dowiaduje się wtedy, że jak głęboko by nie szukał, tak niczego nie znajdzie, ale jego zleceniodawca może być zainteresowany pewnym układem… Otóż Llewelyn ma odnaleźć pewien starożytny artefakt, orientalną wersję arturiańskiego Excalibura, zwanego tu Taming Sari, w zamian za co on i jego partia będą głosować tak, jak ten sobie zażyczy…  Rzecz wydaje się zdecydowanie warta rozważenia.

   „Malajski Excalibur” już od początku trudno było mi zaszufladkować jako konkretny gatunek literacki. Akcja toczy się w niedalekiej przyszłości, jeśli nawet nie współcześnie, bo postępu technicznego nie sposób się tam dopatrzeć; nie widać za bardzo oznak wskazujących na fantasy czy powieść z gatunku magii i miecza, chyba że podepniemy pod to poszukiwany Taming Sari, a za magię uznamy noszony przez głównego bohatera amulet… Co prawda, im dalej z lekturą, tym robi się przyjemniej pod względem elementów fantastycznych, jednak książka pozostaje wyraźnie sensacyjnym kryminałem z mafijnymi porachunkami jako wątkiem głównym. Może to stanowić spore rozczarowanie dla czytelnika, który spodziewał się fantastyki patrząc już choćby na okładkę i tytuł, nie należy więc nastawiać się z góry na powieść pełną czarodziejów czy rycerzy, nawet w wersji przyszłościowej.

   Przyznać trzeba, że autor włożył sporo w pracy w ogarnięcie i przedstawienie malezyjskiego społeczeństwa, będącego wybuchową mieszanką kultur. Owain spotyka w mieście przedstawicieli niemal każdej z nich: francuzkę, chińczyków, Nigeryjczyków, arabów, Europejczyków; zajmujących różne pozycje w hierarchii społecznej i trudniących się różnymi zawodami, niekoniecznie legalnymi. Najciekawszym z nich był dla mnie Ideye Mba Okolo, szaman voodoo, zajmujący się sprzedażą swoich magicznych tworów, jednocześnie będąc silnym ogniwem przepływu informacji; jest to też postać tak charakterystyczna i pozytywna, że nie da się go nie lubić. Poza tym babcia Wong i jej „chłopaki”, chińska mafia, z siedzibą w prowadzonej przez staruszkę restauracji, tworzy bardzo swojski, przyjemny klimat, podszyty lekkim dreszczykiem niepokoju. Autor do każdej z rozmów wplata kilka zdań w języku danej nacji, więc spotkamy w książce słowa nie tylko angielskie, ale i szkockie, chińskie, francuskie… takie rzeczy niesamowicie robią klimat. Przy czytaniu rzucił mi się jednak w oczy zabawny fakt: większość wymienionych w tekście chińczyków ma koreańskie nazwiska, na co zapewne niewiele osób zwróciłoby uwagę, i tłumaczone będzie też wymieszaniem narodowości azjatyckich w Malezji.

   Kolejną cechą powieści, za którą należą się brawa autorowi, to niesamowicie wręcz dokładne przedstawienie sytuacji politycznej kraju. Jako mieszanka wielu nacji z napiętą sytuacją polityczną, kraj nie jest wolny od konfliktów, wręcz przeciwnie: porachunki gangów i uliczne utarczki to początek, potem pojawiają się przejawy nietolerancji na tle rasowym i celowo prowokowane starcia. Czuje się wręcz pogłębiający się kryzys i nadchodzącą wojnę. Cała polityczna otoczka, która w książce stanowi sporą część jej treści, jest nie tylko cechą dobrą – w moim przypadku przedłużające się opisy sytuacji politycznej, z odniesieniami do historii, okraszone datami i nazwiskami, które przez większość czasu nic mi nie mówiły, były po prostu męczące i zbędne  spowalniające akcję, zwłaszcza, gdy podczas rozruchów w mieście autor pozwalał sobie na dygresję w postaci przedstawienia sytuacji politycznej sprzed paru lat.

   Co do samej akcji jeszcze: wydarzenia w takich okolicznościach powinny następować po sobie w sposób, wydawałoby się, dynamiczny i nie pozwalający na wytchnienie; nie jest tak. Nie jest to może zasługa samej pierwszoosobowej narracji, ale tu niestety mamy do czynienia z Owainem-marudą, lubiącym rozważać wszystko w kontekście historyczno-politycznym, co jedynie od czasu do czasu przerywają mu sprawy „ważniejsze”, jak na przykład morderstwo lub porwanie. Całość wydaje się rozwleczona, przegadania, rozwodniona częstymi dygresjami, które niewiele wnoszą do właściwej fabuły. Miałam ochotę po prostu pomijać niektóre fragmenty tekstu i przechodzić od razu do konkretów.


  Ogółem, „Malajski Excalibur” jest tworem specyficznym, który może się podobać, ale nie musi. Ciekawie było wejść, nawet w wyobraźni, w tak zróżnicowany pod względem kulturowym tłum, poznać poglądy na sytuację państwa z różnych punktów widzenia, a do tego wszystkiego – wysłuchać chińskich legend i pogłówkować nad tajemnicą zaginionego miecza, ścigając ludzi zamieszanych w jego zniknięcie, z wiedzą, że pakujemy się w coraz bardziej skomplikowane sprawy. Nie jest to jednak książka, do której chciałabym jeszcze wrócić, a o polityce i historii Malezji jak nie wiedziałam nic, tak nic nie wiem nadal, i po takim przedstawieniu jej przed pana Nogala nie wydaje mi się ona specjalnie atrakcyjna.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Genius Creations.
A książkę można zakupić TU (;

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Malajski Excalibur
Autor: Daniel Nogal
Wydawnictwo: Genius Creations
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 250

2 komentarze:

  1. Taki wielokulturowy tygiel to na pewno coś interesującego. Książka mnie zaintrygowała.

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: