czwartek, 14 maja 2015

Elektryczne owce moralnie naganne. "Blade Runner" Philipa K. Dicka

   Wyobraźmy sobie świat, w którym obok ludzi, żyją androidy: humanoidalne istoty niemal nie do odróżnienia od normalnego człowieka, które myślą, czują, wpasowują się w społeczeństwo. Zwykle są ściśle kontrolowane, ale czasem, pojedyncze osobniki wyrywają się i ukrywają wśród ludzi. Wyobraźmy sobie świat, w którym powietrze i ziemia skażone są tak bardzo, że wyginęła niemal cała flora i fauna, a zwierzęta można spotkać już tylko w formie udomowionej, a i te są na wagę złota, tymczasem moralnie pożądane jest, by każdy posiadał jakieś zwierzę, a wobec trudnej sytuacji na rynku, tworzone są ich elektryczne zamienniki… Kosmos, można by powiedzieć, taką wizję przedstawia czytelnikowi Philip K. Dick w książce „Blade Runner”. I jest to wizja zaiste niepokojąca.

   Rick Deckard jest porządnym obywatelem San Francisco, ma dobry, jeszcze nie zmieniony radioaktywnym opadem genotyp, żonę i owcę na dachu. Ma też nieźle płatną, ale niezbyt bezpieczną pracę: jest łowcą androidów. Tych zbuntowanych, które uciekają z kolonii na Marsie, zazwyczaj zabiwszy wcześniej swoich właścicieli. Czytelnik poznaje Ricka w momencie, gdy jego życie przestaje go satysfakcjonować: posiada co prawda zwierzę, ale elektryczne, co trzyma w ścisłej tajemnicy przed sąsiadami, ponieważ na żywe go nie stać, a jego żona wpada w depresję - z własnej woli. Sytuację może uratować nowe zlecenie: człowiek zajmujący się eliminacją nowego typu androidów, Nexusa-6, uległ wypadkowi, rażony laserem przez wroga, i to właśnie Rick ma go zastąpić, odnajdując pozostałą przy życiu szóstkę najnowocześniejszych i najgroźniejszych humanoidalnych maszyn…

   Wizja przyszłości, wykreowana przez Dicka w „Łowcy Androidów” jest niepokojąca, a jednocześnie fascynująca, z kilku względów. Pierwszym, co uderza czytelnika, jest sposób, w jaki  ludzie wpływają na własne nastroje: programują je za pomocą urządzenia. Każda jedna emocja ma swój kod, na każdą można „się ustawić”. Iran, żona Deckarda, świadomie wybiera te negatywne: rozpacz, depresję, użalanie się nad sobą, i z tego zdaje się czerpać przyjemność. Druga rzecz, to to, co właściwie odróżnia androidy od ludzi, czyli empatia. Sposób na ich wykrycie to prosty test, polegający na zadawaniu pytań i badaniu odpowiedzi, ze szczególnym uwzględnieniem odruchowych reakcji emocjonalnych. Androidy są inteligentniejsze od ludzi, ale cechuje je chłód emocjonalny, choć i to nie we wszystkich przypadkach, zapewne dlatego pytania dotyczą zwierząt i dzieci. I jeszcze trzecia rzecz, choć nie najmniej ważna: degeneracja, zachodząca w ciałach ludzi pod wpływem promieniowania. Skażenie jest powodem, dla którego wielu ludzi emigruje do kolonii na Marsie, ale nie wszyscy mogą to zrobić: ci, w których organizmie zaszły zbyt duże zmiany, są sterylizowani i „uziemiani”. Nazywa się ich „specialami”, w odróżnieniu od „normali”, i występują oni w rozmaitych formach. W książce poznajemy jednego z nich – Johna Isidore, „kurzego móżdżka”, człowieka o obniżonym ilorazie inteligencji, jednak nie na tyle, by nie mógł wykonywać najprostszych prac. „Specjale” są izolowani od społeczeństwa, które do takich prostych prac ich wykorzystuje, dopóki są do nich zdolni, traktując ich jednak jak osoby drugiej kategorii. Jak bardzo ironiczny wydźwięk ma w tym kontekście słowo „specjalny”, prawda?...

   Specyficznie ujęta została kwestia wierzeń. Rodzajem boga jest Mercer, właściwie człowiek, który jest podobny do archetypicznego Syzyfa: wspina się pod górę, z której strącane są kamienie, trafiające i raniące go. Ludzie „jednoczą się” z nim, i z innymi, za pomocą urządzenia, które przenosi ich do pewnego rodzaju wirtualnej rzeczywistości, gdzie przechodzą własną drogę. Urządzenie umożliwia dzielenie się uczuciami, i jest ważnym elementem w empatycznej układance, stworzonej przez autora. Ale czy Mercer istnieje naprawdę, czy też jest tylko wymysłem ludzi?

   Nie można narzekać na brak akcji z książce, Dick nie bawi się w opisy przyrody, woląc rzeczowo przedstawić wydarzenia, które zmieniają się w szybkim tempie. Nie ma szans, by czytelnik znudził się podczas czytania. Jedyne, co mi przeszkadzało, to właśnie ta, pobieżnie potraktowana wydawałoby się, akcja. Rick Deckhard radzi sobie świetnie z przeciwnikami, którzy mieli być niewyobrażalnie wręcz sprytni i groźni, tymczasem nie ma z nimi żadnych problemów – wchodzi, przedstawia się, przeprowadza test, zabija androida. Android się poddaje. Czasem kombinuje, ale nie ukrywa tego, kim jest. Nie ma woli życia. Jak im się udało uciec z Marsa, skąd taka inicjatywa? Ta ich pozorna motywacja gdzieś się gubi po drodze.

   W sprzedaży pojawiło się już wiele wydań tego dzieła Dicka, i było, z tego co widzę, trochę zamieszania z tytułem. Czasem brzmi on „Łowca Androidów”, czasem z angielska „Blade Runner”, tymczasem w oryginale jest to „Do Androids Dream of Electric Sheep?”. Najbliższe temu było chyba wydawnictwo Rebis, którego wersja dotarła do mnie, a które do angielskiego tytułu dołączyło podtytuł „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”. Zadziwia mnie, i odrobinę bawi ta gra autora, bo „andki” żadnych uczuć specjalnych co do zwierząt nie mały… do innych swego rodzaju również, więc i do elektrycznych substytutów domowych pupili się raczej nie przekonają.


   Na podstawie „Łowcy Androidów” nakręcono film, którego, przyznam się bez bicia, nie oglądałam. Nie wiem też, czy chcę to zrobić, świat wykreowany w książce zafascynował mnie do tego stopnia, że nie bardzo mam ochotę zapoznawać się z czyjąś jego interpretacją. Wizja takiej przyszłości jest dobra przez pewną realność, postęp technologii jest obecnie bardzo dynamiczny, i kto wie, kiedy i nam zaczną towarzyszyć humanoidalne roboty. Choć sam fakt ich występowania nie jest tak ważki w tej książce jak specyficzna, bardzo dokładnie przedstawiona moralność, która wydaje się być miejscami zupełnie nie do przyjęcia, a miejscami bardzo odpowiednia, i ludzka natura niejednokrotnie się przeciwko niej buntuje, szukając innych ścieżek. „Specjale”, elektryczne zwierzęta, merceryzm, empatia, o którą tak bardzo się dba, a która jest jedynym, co odróżnia ludzi od robotów, to wszystko tworzy z „Blade Runnera” wybuchową mieszankę, od której nie sposób się oderwać, a więc książkę czyta się niemal „jednym tchem”. Polecam więc nie tylko fanom fantastyki.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Do Andoids Dream of Electric Sheep?
Autor: Philip K. Dick
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2011 (Wydanie III)
Liczba stron: 272

6 komentarzy:

  1. Wow! Intrygujące! Pierwszy raz słyszę o tej książkę, ale ogromnie mnie zaciekawiłaś :D Będę musiała za polowa na ten tytuł.

    OdpowiedzUsuń
  2. O, akurat wczoraj oglądałam "Blade Runnera". ^^ Za książkę też planuję się zabrać, bo ekranizacja wypadła całkiem ciekawie, chociaż czuję pełen niedosyt. Recenzja tylko mnie utwierdziła w tym, że warto to zrobić, na dniach odwiedzę bibliotekę.

    "Rodzajem boja jest Mercer", literka się chyba pomyliła.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ta książka jest świetna, czytałam ją już kiedyś i byłam pod wielkim wrażeniem. :) Jeśli chodzi o inne powieści Dicka (jakiego trzeba mieć pecha, żeby mieć takie nazwisko... :D), to czytałam jeszcze "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha", którą też Ci bardzo polecam. Jest trochę trudniejsza niż "Blade runner" (jak zwał tak zwał) i nie taka jednoznaczna, ale równie ciekawa. ;)

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: