niedziela, 29 października 2017

„Głód” Graham Masterton

Kinematografia i literatura przełomu XX i XXI wieku wydają się być zgodne co do jednej rzeczy: jeśli świat ma się skończyć, to na pewno nastąpi to przy udziale bomby atomowej. Wystarczy spojrzeć na wątki, jakie non stop przewijają się w scenariuszach postapokaliptycznych powieści i filmów. Trudno znaleźć choćby jedną osobę, która na dźwięk słowa „postapo” w pierwszej kolejności pomyśli o czymkolwiek innym niż pokłosiu wojny atomowej. A przecież wcale nie musimy sięgać po broń masowego rażenia, by zobaczyć koniec naszej cywilizacji. Wystarczy przecież, że... nie będziemy mieli co jeść. Panie i panowie, oto „Głód” Grahama Mastertona.

Edmund Hardesty miał wszystko: piękną żonę, dobrze prosperującą firmę i ułożony plan na resztę życia, gdy okazało się, że może mieć jeszcze więcej. Jego ojciec i starszy brat umarli niedługo po sobie, pozostawiając Edowi w spadku imponujących rozmiarów farmę w okolicy Kansas. Hardesty porzucił więc swoje dotychczasowe życie, by od tej pory całym sercem i duszą oddać się zadaniu wykarmienia wspaniałego narodu Stanów Zjednoczonych Ameryki pszenicą pochodzącą z niezmierzonych pól, które odziedziczył w spadku. Wszystko idzie nieźle do pewnego ponurego popołudnia, gdy okazuje się, że zdrowe dotąd rośliny czernieją i gniją w zastraszającym tempie. Tajemnicza zaraza szybko staje się obiektem zainteresowania mediów – i nie mniej medialnego senatora, który upatruje w niej okazji, by wzbogacić się na funduszu wsparcia dla farmerów z Kansas. Plan wydaje się dobry do momentu, w którym w całych Stanach wybuchają kolejne ogniska choroby. Wkrótce w całym kraju zaczyna brakować jedzenia...

Akcję „Głodu” śledzimy naprzemiennie oczami kilkorga bohaterów. Najważniejsze są tutaj wątki Hardesty'ego, który z pomocą ponętnej sekretarki senatora, Delli, dociera do straszliwej prawdy – oraz jego żony, Season Hardesty, która dosłownie w przeddzień kryzysu wyjeżdża na wypoczynek do swojej siostry. Para małżonków pozwala nam obserwować rozwój tej ponurej sytuacji z różnych perspektyw. Ed, obracając się w towarzystwie możnych i bogatych, ukazuje zakulisowe machinacje elit, które do samego końca nie dostrzegają powagi sytuacji, a nawet próbują ugrać na klęsce głodu jak najwięcej politycznego kapitału. Oczami Season zobaczymy tę samą sytuację, ale z punktu widzenia prostych obywateli. Ci także nie dostrzegają kłopotów, dopóki nie powiedzą o nich mass media – a kiedy do tego dojdzie, wybucha panika, w czasie której ludzie plądrują sklepy, uciekają się do kradzieży, bestialskich aktów przemocy, jednoczą w gangi, a nawet sekty...

Fabuła w utworze jest prosta i raczej przewidywalna – za wyjątkiem kilku zwrotów akcji tak wydumanych, że niemożliwych do przewidzenia – stanowi jednak tylko pretekst dla sportretowania cywilizacji opartej na konsumpcji w dobie, w której brakuje dla niej pożywki. Ten portret wypada całkiem nieźle: wyparcie, panika, stopniowe pogarszanie się nastrojów społecznych, obraz zwykłych ludzi zmuszonych do robienia rzeczy podłych, by wreszcie w ogóle oszaleć i zacząć się zachowywać jak zwierzęta. Wszystko to sprawia, że w taki rozwój wypadków łatwo uwierzyć, jeśli nie myśli się zbyt długo o przyczynach, jakie go wywołały.

Tu tkwi największa słabość powieści – wszystko, co się dzieje, dzieje się z pewnego powodu, jednak powód ten nie jest dostatecznie prawdopodobny, by usprawiedliwić akcję, uczynić ją bardziej rzeczywistą. Prym wiedzie tu jednak wątek sensacyjny – ten nie przekonał mnie do siebie jakoś szczególnie, co być może było winą bohaterów. Żaden z nich nie wydał mi się na tyle ciekawy, by z nim sympatyzować. Ba! Jestem skłonny powiedzieć, że nie lubiłem żadnego z nich, bo nie było tutaj niczego do lubienia. Są typowymi dziećmi swoich czasów i kultury, a ponieważ powieść miała krytykować owczy pęd konsumentów, stąd trudno, by było inaczej – dla ogólnej spójności to dobrze, ale znacznie gorzej, jeśli chce się zainteresować czytelnika losami płaskich, jednowymiarowych protagonistów.

„Głód” cechuje styl charakterystyczny dla twórcy. Długoletni czytelnicy twórczości Mastertona dobrze go znają: trafne, plastyczne opisy, owszem, ale również epatowanie brutalnością, obrzydliwością i okrucieństwem. Co do tego ostatniego miałem szczególnie mieszane uczucia: w tej konkretnej powieści owe szokujące sceny przyczyniły się do budowania gęstego, ponurego, przesyconego obłędem klimatu całości, nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że część z nich (szczególnie scena gwałtu na głównej bohaterce – wrażliwe jednostki ostrzegam już teraz) wydawała się dodana na siłę, tylko po to, by czytelnik poczuł się zgorszony. Myślę, że istnieją bardziej finezyjne sposoby na wzbudzenie gwałtownych emocji niż rozwlekłe opisy stosunku.

„Głód” jest dziwną książką. Z jednej strony depresyjny klimat nieuchronnej zagłady wręcz przygniata do ziemi, z drugiej ciężko się nie zżymać na mocno naciągany tok przyczyny i skutku. Do tego dochodzi jeszcze charakterystyczny styl autora – i mamy pewny przepis na książkę, którą jedni polubią, inni znienawidzą, ale dla znakomitej większości pozostanie całkowicie obojętna. Fanom Mastertona nie potrzeba dodatkowej zachęty, by po „Głód” sięgnęli, stąd polecić go chciałbym osobom, które mają ochotę na postapo, ale inne niż zwykle, nie-wojenne, z odrobiną polityki i posmakiem sensacji, ale tylko tym, które nie będą narzekać na dosadność niektórych „mocnych” scen. Cała reszta sięgnąć może, ale nie straci czegoś niepowtarzalnego, jeśli postanowi go ominąć.

Za książkę dziękujemy księgarni Czytam.pl i wydawnictwu Replika.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Famine
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 416

0 komentarze:

Publikowanie komentarza

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: