niedziela, 22 października 2017

„Hel-3” Jarosław Grzędowicz

Hel-3. Od znanego ze szkolnych podręczników helu-4 różni go brak jednego neutronu w jądrze. Jeden nukleon odróżnia nudny, niereaktywny gaz szlachetny używany w większości do wypełniania baloników, od wysokowydajnego paliwa reakcji termojądrowej z deuterem. Dwadzieścia pięć ton helu-3 to objętość mniej więcej jednej-dwóch cystern. To również dokładnie tyle, ile potrzeba, by na cały rok zaspokoić potrzeby energetyczne kraju wielkości Stanów Zjednoczonych, a to wszystko bez potrzeby martwienia się promieniotwórczymi odpadami, zmorą teraźniejszej energetyki jądrowej. Niestety, na Ziemi prawie go nie ma – jego niewyobrażalne ilości tkwią jednak w glebie naszego Księżyca. Jeszcze nie wszyscy o tym wiemy, ale przyszło nam żyć u początków wielkiego kosmicznego wyścigu po energetyczną supremację. Temat jest gorący jak diabli – nic więc dziwnego, że bardzo szybko wzięli go na warsztat różni fantaści. Za granicą to Kevin Wilson (twórca uniwersum Androida), Ian MacDonald („Luna: New Moon”) czy Pierce Brown („Red Rising”). W Polsce zaś motyw superpaliwa podjął Jarosław Grzędowicz, autor świetnego „Pana Lodowego Ogrodu” – a jego nowa powieść, temat dzisiejszej recenzji, nazywa się po prostu „Hel-3”.

Norbert Roliński jest iwenciarzem – to powszechny zawód w dystopijnej rzeczywistości 2054 roku. Iwenciarz to ktoś, kto jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje, a dzięki nowinkom technicznym jest w stanie te wydarzenia uwiecznić i umieścić w trzewiach MegaNetu. To łowca przygód, detektyw i niezależny dziennikarz w jednym – w teorii. W praktyce jednak, aby przeżyć, trzeba imać się taniej sensacji – w końcu przychód generowany jest przez wyświetlenia, a te nabijane przez spragnionych dramy przeciętnych użyszkodników o niezbyt krytycznym podejściu i mało wysublimowanych gustach. Po tym, jak omal nie stracił życia podczas filmowania wystąpienia islamskich radykałów w Dubaju, Norbert wraca do Polski za ostatni grosz. W jego kraju przez trzydzieści siedem lat od teraz niewiele się zmieniło – biedni nadal biednieją, bogaci wciąż się bogacą, elita pozwala sobie na luksusy, podczas gdy przeciętnemu obywatelowi o ósmej wieczorem zakręcają wodę i wyłączają prąd – wszystko w imię oszczędności zasobów i polityki zrównoważonego rozwoju. Gdy po próbie ujawnienia dekadencji grup trzymających władzę ktoś postanawia sprzątnąć Rolińskiego, udaje mu się uciec tylko dzięki interwencji najemników wynajętych przez ekscentrycznego miliardera, Szamana. Ów miliarder, szef spółki Badland Solutions, wizjoner i ekspert od spraw niemożliwych, proponuje mu najbardziej pokręconą robotę w dziejach – ma bowiem stworzyć relację z wyprawy na Księżyc, której celem jest pozyskanie ilości cudownego paliwa, która na zawsze zażegna kryzys energetyczny na Ziemi.

Akcja „Helu-3” rozwija się bardzo powoli – choć treścią książki jest wyprawa na Księżyc celem założenia operacji wydobywczej, ten wątek zaczyna się właściwie dopiero w drugiej połowie powieści. Do tego momentu mamy raczej do czynienia z kreśleniem zarysu świata przedstawionego w utworze. A ten wpasowuje się trochę w nurt zwany cyberpunkiem – z jednej strony świat w 2054 roku zachłysnął się nowymi technologiami (MegaNet, omnifony będące jednocześnie urządzeniami dostępu do Sieci oraz dokumentami i środkiem płatniczym, a nawet drobne, kosmetyczne terapie genowe upodabniające ludzi do zwierząt), z drugiej zaś kompletnie stanął na głowie, jeśli chodzi o jakiekolwiek normy społeczne i etykę. Opuszczone budynki w centrum Warszawy zajmowane przez rolników z małych miejscowości, którzy z powodu przyjętych ustaw zostali wyparci z biznesu – albo dekadenckie imprezy za zamkniętymi drzwiami, gdzie społeczne elity bawią się przy zdalnie sterowanych striptizerkach, a w przerwach ucztują na wymierających gatunkach – to tylko dwa ze smaczków świadczących o tym, w jak paskudnym kierunku zmierza świat “Helu-3”. Nastrój budowany jest po kawałku, właśnie dzięki takim z pozoru pozbawionym znaczenia drobnostkom, detalom. Wszystkie te motywy gdzieś się już wcześniej pojawiły, jasne, ale akurat cyberpunk od samego początku żeruje na dorobku Gibsona (o Gibsonie wspominam tu nieprzypadkowo – tworzenie wystroju poprzez drobne, wspominane mimochodem szczegóły to przecież jedna z jego ulubionych technik). Grzędowicz także nie odkrywa niczego nowego, zamiast tego znane wątki ukazując przez swojską kliszę. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałem, jak się z tym czuć. Klimat jest niezły, ale towarzyszy mu jakieś wrażenie dysonansu – świat niby się zmienił, a jednak pozostał taki sam.

Skoro mowa o warstwie opisowej, zdecydowanie zasługuje na wzmiankę sposób przedstawienia misji kosmicznej, do której w końcu dochodzi pod koniec powieści. Zachowano tu sporą dozę wierności wobec aktualnego stanu astronautyki (efekt, jak przyznaje sam autor, uzyskany dzięki konsultacji z kadrą uniwersytecką – brawo za rzetelność!), sugerując cokolwiek pesymistycznie, że w ciągu najbliższego półwiecza za bardzo się ona nie zmieni – za wyjątkiem może czadowych skafandrów wyposażonych we wszelkie możliwe systemy, ale jednocześnie tak złożonych, że samego ich ubierania trzeba się uczyć długie tygodnie. Kapitalnie opisana zostaje rzeczywistość kosmicznego lotu – jako przepełnione nudą i niewygodą długie tygodnie siedzenia w klaustrofobicznie ciasnej puszce, której cieniutkie ścianki są jedynym, co odgradza człowieka od nieskończonej, morderczej próżni. Robi to piekielne wrażenie.

Pojawia się też odrobina humoru. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że „ironia jest najwyższą formą inteligencji, ale najniższą dowcipu”. Nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić: najniższą formą dowcipu znaną obecnie człowiekowi – polegającą przecież na powtarzaniu do znudzenia tego samego, do momentu w którym odbiorca śmieje się wyłącznie z grzeczności dla osoby czyniącej nawiązanie albo na znak, że rozpoznaje jego źródło – są memy internetowe. Ich obecność nie powinna dziwić, jako że głównym bohaterem powieści jest sieciowy dziennikarz, na szczęście też nie ma tego dużo, ale… „Poland can into space”, serio?!

Bohaterowie? O ile jednak drugoplanowi całkiem nieźle się bronią, a niektórzy z nich nawet dają się polubić, nie mogę powiedzieć tego o samym Norbercie. Ten, oprócz bycia niezależnym reporterem, wydaje się nie przejawiać żadnych cech osobowości, które odróżniałyby go od tłumu, jaki wypełnia ulice miast przyszłości. Jasne, może i przeżywa ciekawy kryzys, kiedy zostaje pozbawiony jednego urządzenia, które akurat zawsze powinien mieć przy sobie – i ma przez chwilę możliwość spojrzenia z zewnątrz na przechodniów pogrążonych w wirtualnym świecie – może i cechuje go ambicja nakazująca poszukiwania ciekawych i istotnych tematów, z których da się zrobić materiał, ale w tym wszystkim wydaje się dziwnie pozbawiony ikry. Nie polubiłem go i pod sam koniec doszedłem do wniosku, że jego losy nie obchodzą mnie aż tak bardzo jak to, co stanie się z towarzyszącą mu grupą najemników. Ci opisani zostali skąpo – niektórzy mają tylko ksywki i jeden akapit wzmianki – ale może właśnie dlatego ich najbardziej widoczne cechy nie dają się łatwo zagubić.

Powieść cechuje się wolno narastającym napięciem – na początku nie odczuwa się go za bardzo, chociaż w pierwszym rozdziale akcja toczy się bez przerwy. Staje się namacalne dopiero później, o dziwo nawet w momentach, gdzie zwalnia – astronautyczne szkolenie Norberta może i wydaje się beztroską sprawą w kontekście kogoś, kto musiał już wiać przed terrorystami, prywatną ochroną albo mafią, ale gdzieś na horyzoncie majaczy widmo zbliżającego się niebezpiecznego zadania. I to wychodzi zupełnie nieźle. Co natomiast nie jest fajne – to zakończenie.

Grzędowicz, zapowiadając swoją książkę, mówił o niej jako o “fantastyce naukowej bliskiego zasięgu”. I faktycznie, wysnuta przez niego wizja nie wybiega daleko w przyszłość, nosi też przyjemne znamiona prawdopodobieństwa, dodatkowo wzmacniane przez kapitalny opis lotu na Księżyc. W science fiction zdolność przekonania czytelnika, by uwierzył, że to wszystko możliwe, to akurat bardzo dobra cecha. Dobre wrażenie pryska jednak jak mydlana bańka na ostatnich dziesięciu stronach. Konwencja, której konsekwentnie trzymano się przez całą dotychczasową powieść, idzie w odstawkę. Nie zdradzę, co dokładnie się dzieje – kto będzie ciekaw, sam przeczyta i wyrobi sobie własne zdanie – mi jednak zazgrzytało. Zakończenie próbuje usprawiedliwić samo siebie za pomocą niezbyt przekonującego foreshadowingu, jednak przyjęte uzasadnienie wydaje się wydumane i wzięte, nomen omen, z kosmosu.

Z tego wszystkiego nie wiem nawet, jak mam podsumować ten tekst. „Hel-3” czaruje klimatem, może nie bardzo oryginalnym, może skądinąd znajomym, ale właśnie przez to łatwo jest dać mu się porwać. Z drugiej jednak strony nieźle zapowiadająca się historia mocno traci przez mało charakternego protagonistę, z którym ciężko się zżyć i którym trudno się przejąć, a kompletnie niekonwencjonalne zakończenie pozostawia przykry niesmak i wrażenie bycia oszukanym w mało finezyjny sposób. Jestem zły na tę książkę i zły na nadzieje, które z nią wiązałem – ale czy to znaczy, że nie warto jej przeczytać? Trudno mi powiedzieć. Dlatego zrobimy tak: weźcie „Hel-3” i przed przystąpieniem do lektury wyrwijcie rozdział czternasty, a potem czytajcie w spokoju i bawcie się zupełnie nieźle. Albo nie posłuchajcie mojej rady i przygotujcie się na lawinę mieszanych uczuć.

Dane ogólne:
Tytuł: Hel-3
Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 512

4 komentarze:

  1. Właśnie ja bym powiedziała, że bohaterów drugoplanowych w sumie w tej książce nie ma... Zlewają się w jedno, może poza tym jednym z samego początku.
    Ja "Hel-3" lubię, ale głównie dlatego, że przepadam za autorem; Grzędowicz ma swój specyficzny styl pisania. Aczkolwiek fabularnie to dość... średnia książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłaby niezła, gdyby nie kompletnie spaprane zakończenie. Co do bohaterów - może podziałał tak na mnie kontrast krótkiego, ale trafnego opisu z rozwlekłym, ale miałkim przedstawieniem głównego bohatera?

      Usuń
  2. Nie czytałam jeszcze nic Grzędowicza, ale na pewno kiedyś się zabiorę, bo przekonuje się do coraz większej liczby polskich autorów fantastycznych. Na pewno jednak nie zacznę od tej książki ;) Pewnie od Pana Lodowego Ogrodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie. Jego najważniejsze, najlepsze dzieło.

      Usuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: