sobota, 16 kwietnia 2016

Kawowy tag książkowy

Hej! Dawno nie było na blogu czegoś lżejszego. Tagi, zabawy, pytania z odpowiedziami, to się i czyta, i pisze przyjemnie, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Szkoda więc, że tak rzadko mam okazję w czymś takim uczestniczyć. Korzystając z chwili wytchnienia po długim tygodniu pracy a kolejnymi recenzjami do napisania (a uzbierało się ich już 3, znów ten sam błąd, nie lubię), podebrałam taga od Zapisków z przypomnianych krain, którego obiecywałam sobie zresztą już od jakiegoś czasu, ze względu na ciekawą tematykę. Ciekawą, a może raczej - aromatyczną? Smakowitą, odświeżającą, pobudzającą, ciepłą? No, to już brzmi dziwnie, a chodzi tylko o kawę. Oczywiście musiałam też zmarnować spędzić sporo czasu szukając odpowiednich ilustracji, bo przecież jak to tak bez obrazka... Popijając latte, zrobione przez Milczka - będącego ostatnimi czasy mistrzem w tym fachu, bo bez żadnych wygibasów robi w wysokiej szklance napój składający się z trzech warstw i jeszcze syropu (nie wiem jak, po prostu leje i samo się mu tak robi...) [Kwestia refleksu i odrobinki okultyzmu, który nagina siły adhezji do mojej woli - M.] - zamyślam sobie i zapisuję taką listę...


Espresso - niewielka, ale mocna książka
I tu mi przychodzą na myśl tylko te "wielkie". Do ilu stron to będzie "niewielka"?
Wymieniłabym "Pannę Nikt" Tomka Tryzny, bo to jest coś mocnego w kilku znaczeniach, ale tu jest prawie 500 stron. Może więc "Zemsta kobiet" Marcina Brzostowskiego? Ale to już też zupełnie inny typ "mocności".
"Ubik" Philipa Dicka jest króciutki, a szarpie mózg, że aż miło.

Americano - średnia w treści książka
"Lare i t'ae" Eleonory Ratkiewicz, czyli coś, do czego totalnie nie mogłam się przekonać podczas czytania, pomimo wielu zabawnych i ciekawych wątków. Całość taka sobie. Podobnie mam z trylogią "Kroniki Duszorośli" Anny Kendall - czytać się da, nawet miło i lekko, ale ostatecznie po skończeniu totalnie nie zapada w pamięć.
"Czerwone Oko", czyli zbiór opowiadań w świecie Neuroshimy, wydany nakładem wydawnictwa Portal. Z całego jest chyba tylko jedno, które naprawdę miło wspominam - reszta była, cóż, po prostu średnia. 


Cappuccino - lekka i przyjemna książka
"Jednym zaklęciem" L. Watt-Evans. Czyta się lekko, szybko i pozostawia po sobie przyjemnie wrażenie odprężenia. Podobnie jest z "Cudami i dziwami Mistrza Haxerlina" Jacka Wróbla. A także z wieloma częściami pratchettowskiego Świata Dysku, ale raczej tymi z początku niz z końca.
"Czarnoksiężnik z Archipelagu" Le Guin. Pyszności.

Frappe - książka, która mrozi krew w żyłach
Pierwsze, co przyszło mi na myśl to "Chór zapomnianych głosów" Mroza, bo własnie to jest ostatnia pozycja, której udało się mnie przestraszyć. A zrobiła to tak, że bałam się łazić po domu bez światła, bo jak mi coś szepnie w tej ciemności, to chyba wyjdę z siebie. Poza tym, "Król wron" Szymona Kruga, bo to też kawał stracha, w dodatku dziwnego.
Serce podchodzi mi do gardła ilekroć przypominam sobie "Metro 2033" Głuchowskiego. Szczególnie samo zakończenie jest ekstra lodowate.

Mocha - słodka historia książkowa
Tu mogłabym wymienić sporo, bo ogółem słodkości lubię, ale niech będzie, że pozostanę przy dwóch seriach: "Jeźdźcy Smoków" Anne McCaffrey, która, chociaż ma swoje wady, ma przyjemnie opisane wątki miłosne, oraz "Świat Czarownic" Andre Norton, z powodu jej ogólnie kobiecej świeżości. Chociaż może dorzucę coś z innej kategorii - "Księżniczka" Zofii Urbanowskiej, która, pomimo tego, że jej bohaterka jest stopiowo tylko pozbawiana złudzeń, wcale nie jest ponura, a wręcz przeciwnie. Polecam sprawdzić.
Uech. Takich zwykle nie piję. "Elantris", ale to od biedy, bo u dołu szklanki robi się piekielnie gorzki. Dokładnie taki, jaki lubię.

Kawa po irlandzku - wielowątkowa powieść
"Droga Królów" Sandersona, i jej kontynuacja, "Słowa Światłości", najbliższy mi twór, chociaż i "Pan Lodowego Ogrodu" Grzędowicza ładnie namieszał, prowadząc kilka wątków, które wydawały się niemożliwe do połączenia. Lubię takie coś.
"Wszyscy na Zanzibarze" Johna Brunnera są tutaj bezkonkurencyjni - nie da się wcisnąć w jedną książkę jeszcze więcej wątków.

Latte macchiato - ulubiona trylogia
Powiedziałabym, że "Naiestniczka" Wiery Szkolnikowej, ale tak byłoby, gdybym nie znała zakończenia, bo ono totalnie zawaliło sprawę. Ostatnio na miejsce mojego absolutnego faworyta wskoczyła Trylogia Waxa i Wayne'a Sandersona, na której zakończenie jeszcze czekam (27 kwietnia!), i podejrzewam, że długo nic jej z tego piedestału nie zrzuci. Ale chętnie dam się zaskoczyć.
Tutaj, obawiam się, będziemy musieli przeżyć bez większych niespodzianek: William Gibson i jego Ciąg. Trylogia, która rozwala w moim prywatnym rankingu wszystkie inne trylogie.

Narobiłam sobie smaka... i na kawę, i na niektóre z tych książek.
Zapraszam do zabawy - nie nominuję, ale zachęcam do podbierania, bo sama chętnie przeczytam, jak się na temat zapatrują inni (:


Obrazki pochodzą ze stron:
1. grabhouse.com/
2. dineanddish.net/
3. quotesideas.com/

3 komentarze:

  1. Hah, a już myślałam, że nie będę kojarzyć żadnego tytułu, nie jest tak źle :P
    Mówisz, że "Chór zapomnianych głosów" potrafi napędzić stracha? Chętnie skorzystam z polecanki, mnie ostatnio o ciarki przyprawiła "Pora chudych myszy" - byłam zachwycona pomysłem autora i samym faktem, że udało mu się mnie przerazić, teraz szukam czegoś, co wywrze na mnie podobne wrażenie ;)
    Tak a propos, nominowałam Cię do innego tagu, wiosennego, więc gdybyś miała ochotę, to zapraszam :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli jednak kofeina :) Ciekawe typy.

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: