piątek, 4 września 2015

Póki torped, póty nadziei - "Kraniec nadziei" Rafała Dębskiego

Polska fantastyka od pewnego czasu z paroma chlubnymi wyjątkami (które już tu kiedyś recenzowałem) stoi niemalże wyłącznie fantasy. Trudno, wyjąwszy twórczość Jacka Dukaja, znaleźć w ojczyźnie Lema kogoś, kto parałby się współcześnie tworzeniem fantastyki naukowej. Jeszcze trudniej, jak się okazuje, o tradycyjną, uczciwą space operę. Dlatego też z pewnym zaciekawieniem sięgnąłem po nową powieść Rafała Dębskiego – mając cichą, nieśmiałą nadzieję, że być może chociaż jedna jaskółka wiosny nie czyni, pozwoli chociaż za wiosną zatęsknić. Czy tak się stało? Przekonajmy się.

"Kraniec nadziei", pierwsza część zapowiadanego cyklu "Rubieże Imperium", zakłada optymistyczną wizję przyszłości, w której ludzkość zdołała sięgnąć gwiazd i skolonizować kawał znanego Kosmosu. Na tym kończą się dobre wiadomości – jak się bowiem okazuje, nawet taki szmat przestrzeni jest dla nas za ciasny. Nasza cywilizacja szybko przełamała się na dwie składowe, Cesarstwo i Republikę, które to dwa supermocarstwa od dziesiątek lat toczą ze sobą wojnę totalną. Głównym bohaterem powieści jest Aidan Samuels, kapitan cesarskiego krążownika o dumnym kryptonimie Sirene, twardy, uzdolniony i, co najważniejsze, niepokorny, pozbawiony jakiegokolwiek poszanowania dla procedur i biurokratycznych idiotyzmów, niedarzący też szczególną sympatią wszelkiego rodzaju zwierzchnictwa. Mimo kłopotów z podporządkowaniem się, pozostaje jednym z najlepszych żołnierzy w służbie Cesarstwa. Co ważne, bo to właśnie on, wraz z grupą swoich zaufanych towarzyszy broni, zostaje wybrany przez zwierzchnictwo do czegoś, co na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajnymi manewrami w odległym sektorze – okazuje się jednak ściśle tajną wyprawą wojenną do jeszcze dalszego sektora. Tam, nieoczekiwanie, prócz starych wrogów i nowych sojuszników odnajdą coś, co może odmienić losy całej wojny...

Powieść pod wieloma względami jest bardzo nierówna. Weźmy na przykład tempo. Są tu fajne, dynamiczne sceny kosmicznych bitew (te opisane są z resztą plastycznie i z pewnym odpowiednim dla gatunku zacięciem), bywają sceny ciut wolniejsze, ale wciąż trzymające w napięciu (miłośnicy intrygi w kosmosie znajdą tu coś dla siebie, bo oficerowie marynarki Cesarstwa, chociaż po tej samej stronie, knują przeciwko sobie na potęgę), a bywa i całkowite rozprężenie, kiedy narrator wspomina jakieś wydarzenie z przeszłości któregoś z bohaterów mające wpływ na jego zachowanie w obecnej sytuacji – normalna rzecz, zrobiona z resztą całkiem solidnie. To, czego przełknąć nie mogłem, to "informacyjne piguły" serwowane w formie dialogów między lepiej doedukowanymi oficerami floty. I chociaż rozumiem, że w powieści tego typu pewne informacje po prostu trzeba jakoś przekazać, żeby świat przedstawiony w utworze po prostu trzymał się przysłowiowej kupy, tak w "Krańcu Nadziei" wydały się one cokolwiek wymuszone i wplecione w całość nieco na siłę. Co więcej, zagłębiając się w zawiłościach działania napędu FTL czy innych cudów techniki przyszłości, bardzo łatwo jest zgubić wątek i zapomnieć, przy jakiej to właściwie okazji ten wykład. To minus, który strasznie utrudnia odbiór całkiem niezłej przecież historii.

Po wtóre – bohaterowie. Niby każdy z nich wykreowany jest poprawnie, ma jakieś swoje charakterystyczne zachowania, niektórzy nawet wypowiadają się w sposób, który łatwo kojarzy się z danym protagonistą, ale... Czegoś tutaj brak. Wszyscy pierwszoplanowi mają chyba nieco za dużo cech wspólnych, co sprawia, że tracą dość dużo ze swojej wyjątkowości. Prócz samego Aidana, trudno mi było po przeczytaniu książki przypomnieć sobie... kto jeszcze tam był. Swoją drogą, właśnie Aidan także miewa swoje wzloty i upadki: bywają sceny, w których jego zachowanie przyprawia czytelnika o szczery uśmiech sympatii, a bywa i wręcz przeciwnie – zwłaszcza kiedy czyni reprymendy swoim podkomendnym, ma się ochotę zakneblować go nogą od stołu albo nawet i całym stołem, żeby nie psuł dalej pierwszego, dobrego wrażenia. Zdarzyło mi się nawet przyłapać na tym, że dużo większą sympatię czułem do postaci, które pojawiały się na chwilę i wygłaszały dwie, trzy kwestie, by potem nie pojawić się już ani razu – jak choćby Moreno, dowódca krążownika Santorino. Powiedział dwa, góra trzy zdania, a już wiadomo, że swój chłop.

Podsumowując: czytało się przyjemnie, lekko i niezobowiązująco, bez szczególnych zgrzytów oprócz tych, o których wspomniałem wcześniej. Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że losy bohaterów śledziłem z niesłabnącym zaangażowaniem, nie mogę powiedzieć, że bawiłem się przy tym przednio, ale z drugiej strony nie mogę nie skłamać mówiąc, że nie czytało się miło. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne części cyklu, bo już teraz, w kilka godzin po lekturze, niewiele pamiętam z pierwszej – ale nie żałuję czasu, jaki poświęciłem na zapoznanie się z "Krańcem Nadziei". Sądzę, że miłośnicy tego konkretnie podgatunku fantastyki naukowej mogą znaleźć w tym coś więcej niż ja – i im w szczególności polecam, bo na pokładzie Sirene czuć się będą jak w domu.

Ja tymczasem odmeldowuję się:



Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękujemy wydawnictwu Drageus.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Rubieże Imperium cz. 1.: Kraniec Nadziei
Autor: Rafał Dębski
Wydawnictwo: Drageus Publishing House
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 399

1 komentarz:

  1. Idealnie, właśnie szukałem czegoś w klimacie sci-fi...

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: