czwartek, 24 października 2019

„Królowie Wyldu” Nicholas Eames - recenzja książki

Fantastyka z motywem najemniczym zawsze miała dla mnie pewien wyjątkowy, niepowtarzalny urok. Zazwyczaj wiązałam to wrażenie z dominującym w książkach poczuciem realnego zagrożenia, a także bezlitosnym karaniem bohaterów za błędne decyzje i nieprzemyślane zachowania. Tu nie ma litości, nie pojawi się cudowne rozwiązanie problemu, cud się nie wydarzy i nie uratuje bohaterów przed porażką… Tak przynajmniej być powinno, bo w rzeczywistości wiele karkołomnych zwrotów akcji i zakończeń to po prostu to niesławne deus ex machina. Mam w sobie jednak pewną dozę wyrozumiałości dla takich zabiegów, jeśli tylko powieść wynagradza to w jakiś inny sposób. Ciekawostką w tym względzie – i sporym zaskoczeniem, muszę przyznać – byli dla mnie „Królowie Wyldu”, których kontynuacja ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Rebis, skłaniając mnie do nadrobienia braków z tomu pierwszego.

Saga to grupa najemników, która lata świetności nie tylko ma już za sobą, ale nawet niezbyt chętnie je wspomina. Każdy z jej byłych już członków znalazł sobie swój ciepły (albo nie do końca) kąt, niektórzy mają rodziny, dzieci, plany życiowe mniej lub bardziej spełnione. Cóż powiedzieć… panowie są już w wieku, w którym powoli myśli się o zostaniu dziadkami, a nie o wojowaniu. No właśnie, dzieci… Błogi spokój Claya „Wolnorękiego” Coopera któregoś wieczoru po kolejnym dniu pracy przerywa wizyta Gabriela. Dawniej zwany Złotym Gabrielem przywódca grupy teraz bliższy jest z wyglądu do proszalnego dziada – ostatnie wydarzenia nie pozwoliły mu jednak na dalsze osuwanie się w marazm. Córka Gabriela, Rose, która poszła w ślady ojca i została najemniczką, znalazła się w samym centrum tragicznych wydarzeń, rozgrywających się w obleganej przez hordę potworów Castii. Wyruszenie jej na ratunek oznacza nie tylko udanie się na drugi koniec znanego świata, przedarcie się przez pełen paskudztw Wyld, stawienie czoła hordzie, której przewodzi nieśmiertelny, ale także przeszłości, własnym błędom i… samej Rose, która niekoniecznie cieszy się na spotkanie z ojcem.

Założenia fabularne wydają się proste, jednak autor niemal od razu dorzuca nam kolejne szczegóły na temat bieżącej i przeszłej sytuacji bohaterów. Jest to zrobione jednocześnie na tyle nienachalnie, by elegancko wtopić się w codzienność i monolog wewnętrzny Claya Coopera (z którego perspektywy poznawać będziemy wydarzenia), i wystarczająco informatywne, by czytelnik nie miał żadnego problemu z zaangażowaniem się w historię grupy. Podoba mi się, jak to przedstawienie wydarzeń z punktu widzenia Claya, jego przeszłości i drogi, którą musiał przejść, by znaleźć się w danym punkcie jako mąż i ojciec, gra na emocjach – Clay nie udaje bohatera. Posiada wady, do których się przyznaje i których konsekwencje odczuwa, parę mrocznych tajemnic z przeszłości, odczuwa poczucie winy i niechęć do tego, co może przynieść los. Ale pomimo tego, że sam siebie ocenia jako niezbyt dobrą osobę, kieruje się tym, co jest moralnie słuszne – nawet jeśli nie spodziewa się niczego dobrego w rezultacie.


Bohaterów mamy w teorii pięciu, a w praktyce wraz z nimi dostajemy kompletne historie i całą paczkę postaci towarzyszących. Skonstruowani są tak szczegółowo, że trudno o lepszy przykład dokładności w rozpisywaniu postaci. Poza Clayem jest Gabriel, niegdyś bohater, obecnie wrak człowieka porzucony przez żonę (długa historia), którego słynny miecz, Vellichor, kurzy się gdzieś w kolekcji antyków ich byłego mentora (jeszcze dłuższa historia); Korg, czarodziej, którego osobowość można by z grubsza określić jako „chaotyczny entuzjazm podszyty depresją”,  wynalazca złotego środka na potencję, wciąż poszukujący lekarstwa na nieuleczalną chorobę, która odebrała życie najbliższej mu osoby; Matrick, obecnie król nie tak małego państewka, ojciec piątki nieswoich dzieci (to dopiero długa historia…); a także Ganelon, który… właściwie jako jedyny się nie zmienił, odbywając wyrok jako kamienny posąg, pielęgnując w tym czasie rozmaite uczucia odnośnie byłych kompanów, którzy porzucili go w chwili, w której bardzo ich potrzebował. I jak taką grupkę zebrać ponownie w jedno? Cudem – a cudów, zarówno jak i twardych lądowań, jest w „Królach Wyldu” naprawdę sporo.

Z powyższego można by wnosić, że opowieść o piątce podstarzałych najemników jest z gruntu ponura – tak i nie. Język Nicholasa Eamesa jest bardzo specyficzny, podobnie jak jego poczucie humoru: miejscami czarne jak najgłębsza noc, czasem proste do bólu, w większości idealnie wyważone, by balansować na granicy dobrego smaku, ale jej nie przekroczyć. Widać tu też fantastyczną robotę tłumacza (w tej roli znany i lubiany Robert J. Szmidt), który miał dość karkołomne zadanie nie tylko oddania zmiennego nastroju powieści, ale świetnie poradził sobie ze słownictwem typowym dla tytułu. Bohaterowie przerzucający się złośliwościami, magiczna Mułorycha (skojarzenia prawidłowe) czy – moje ulubione – kociki, czyli małe koboldy… Długo by wymieniać. Wspomniałam, że powieść gra na emocjach – jest to jej bardzo istotna cecha. Eames w swojej historii zawarł wiele pomniejszych, niemal osobnych, radosnych bądź wręcz przeciwnie, a wszystkie są poruszające – w fantastyce aż tak duży ładunek emocjonalny to jednak rzadkość.


Mało tego – tło obyczajowo-historyczne, a nawet religijne powieści skonstruowane przez autora jest niesamowicie złożone. Ludowe podania mieszają się z legendami, które nieoczekiwanie mogą okazać się prawdą, a zapomniany nieco Wyld, siedlisko wszelkiego plugastwa, znów po latach staje się realną groźbą. No i tu mamy zbiorowisko wszelkiego rodzaju smoków, trolli, stworzeń, których nazwy początkowo niewiele czytelnikowi powiedzą… a także przewodzącego temu wszystkiemu nieśmiertelnego Ostatniego. To dla mnie wyjątkowo intrygujący motyw, głownie ze względu na opowieść rodem z upiornego dark fantasy, która się z Ostatnim wiąże, a którą autor dawkuje czytelnikowi po kawałku. Druin – czy faktycznie ostatni, to się dopiero okaże, ale zdecydowanie roszczący sobie prawa do władzy absolutnej – to istota opisywana jako człowiek z uszami przypominającymi królicze (wyobraźnia podsuwała mi tu raczej coś w stylu elfów z Warcrafta, jak się okazuje, podobnie do wielu osób tworzących fanarty do powieści Eamesa). To coś nowego, nietypowego, nieco absurdalnego – ale też wyjątkowo świeżego w literaturze fantasy. 

„Królów Wyldu” będę nieustająco wszystkim polecać. To po prostu świetna rzecz – pełna akcji, przejmująca, angażująca emocjonalnie i poruszająca wiele ludzkich, przyziemnych problemów, które przeciąga często do groteskowych rozmiarów, dzięki czemu pozwala spojrzeć na nie z innej, lepszej perspektywy. Jednocześnie to kawał świetnego najemniczego fantasy, w którym bohaterowie nie są idealni ani szlachetni, realia zastane nie głaszczą ich po głowach i nie podsuwają gotowych rozwiązań. Uważam jedynie, że ta książka powinna dostać lepszą oprawę, i nie mówię tu o twardej okładce (chociaż ta zawsze jest mile widziana), a o lepszym opracowaniu graficznym. Obecne, chociaż jest spójne z wydaniem angielskojęzycznym, raczej przywodzi na myśl powieść dla nieco młodszego odbiorcy, którą „Królowie Wyldu” zdecydowanie nie są. Bierzcie, czytajcie, nie będziecie żałować.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Kings of the Wyld
Autor: Nicholas Eames
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 528

2 komentarze:

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: