wtorek, 4 kwietnia 2017

„Legion” Brandona Sandersona

„Jestem taki szczęśliwy, bo dzisiaj znalazłem przyjaciół – są w mojej głowie”, śpiewał Kurt Cobain. I chociaż wydaje się to być radosne, gdy ująć rzecz w ten sposób, jest poważnym problemem, kiedy zaczynasz słyszeć głosy nakłaniające cię do robienia różnych rzeczy, często takich, o które sam byś się nie podejrzewał. Jeśli głosy dodatkowo wizualizują się w formie osób, które zauważasz tylko ty sam, jesteś na najlepszej drodze do zamieszkania w przytulnym pokoju wyłożonym białą gąbką, na tyle dużym, by pomieścił wszystkich twoich przyjaciół. To jest, chyba że jesteś bajecznie bogaty. Wtedy to i wiele innych drobnych dziwactw spokojnie ujdzie ci na sucho – jak bohaterowi „Legionu”, minipowieści Brandona Sandersona, pod której tytułem kryją się tak naprawdę dwa długie opowiadania (znamienne, prawda?).

Stephen Leeds jest prywatnym detektywem, w dodatku piekielnie dobrym – do tego stopnia, że może sam wybierać sobie zlecenia, których się podejmuje. Jego kluczem do sukcesu okazała się niewiarygodna zdolność błyskawicznego uczenia się nowych rzeczy. Jak każdy geniusz jednak, także Stephen ma swoje dziwactwa – największe z nich objawia się potrzebą racjonalizowania sobie swoich niezwykłych zdolności, a robi to poprzez... wyobrażanie sobie zespołu towarzyszących mu ludzi. Ci doradcy mają swoje własne osobowości, obszary wiedzy, w których najlepiej się odnajdują, rodziny, znajomych, a nawet... własne choroby psychiczne. Leeds jest przywiązany do swoich halucynacji tak mocno, że w ogromnej wilii utrzymuje nawet osobne pokoje dla każdej z nich. Jest to rozwiązanie mocno tymczasowe – aspektów cały czas przybywa, kończy się wolne miejsce tak w domu, jak i w głowie detektywa.

Niemała sława śledczego sprawia, że pewnego dnia kontaktuje się z nim przedstawicielka korporacji Azari Laboratories. Monica, bo tak przedstawia się kobieta, twierdzi, że udało im się stworzyć aparat fotograficzny, który potrafi robić zdjęcia scen z odległej przeszłości fotografowanego miejsca. Niestety, główny inżynier odpowiedzialny za projekt uciekł z prototypem. Zadaniem Leedsa ma być odbicie go – czy może raczej odzyskanie prototypu urządzenia, którego właściwości mogą wywołać na świecie nielichą burzę...

Opowiedziana w „Legionie” historia jest dosyć prosta – to klasyczna opowieść o prywatnym śledczym biorącym na siebie szemrane zlecenie, które bardzo szybko okazuje się być czymś zupełnie innym, niż się z początku wydaje – choć ma po drodze parę ciekawych, zaskakujących zwrotów. Jednak to nie dla fabuły powinno się „Legion” czytać – ten jest bowiem istnym popisem, jeśli chodzi o kreację interesujących postaci. To określenie mocno umowne, skoro wszystkie są tak naprawdę częściami jednej osoby, jednak tym, co naprawdę czyni lekturę świetną zabawą są właśnie ich wzajemne spory o rację i uwagę Leedsa. Mamy więc Ivy, neurotyczną (i trypofobiczną, ale twierdzi, że nad tym panuje. Brr...) panią psychiatrę o bardzo analitycznym podejściu do ludzi i ich motywacji. Na drugim biegunie jest J.C., z którym łączy ją bardzo burzliwy związek – na przemian pałają do siebie nienawiścią i pożądaniem. J.C. jest żołnierzem, byłym członkiem SEAL-sów, maniakiem wszelkiej broni, impulsywnym twardzielem o specyficznym poczuciu humoru, któremu bardzo trudno przychodzi pogodzenie się z myślą, że jest tylko halucynacją. Tobias to z kolei stary czarnoskóry profesor historii o statecznym usposobieniu i uspokajająco brzmiącym głosie – zaś jego najbardziej charakterystyczną cechą jest przekonanie, że komunikuje się z nim Stan, uwięziony na orbicie astronauta... Audrey, specjalistka od kryptografii, cierpi na dziwną odmianę nerwicy, która nakazuje jej sądzić, że nie istnieje – a to, że to prawda, jest tylko i wyłącznie zbiegiem okoliczności. Aspektów jest, rzecz jasna, więcej, a każdy z nich bardziej niezwykły od poprzedniego. Każdy z nich daje się polubić niemal natychmiast, a czytając ich przekomarzanki, po prostu trudno się nie uśmiechnąć. Co ciekawe, na tle wszystkich swoich aspektów sam Leeds wypada dosyć blado – przynajmniej do momentu, kiedy poznamy trochę więcej szczegółów z jego przeszłości.

Drugie opowiadanie, „Legion: Pod skórą”, opiera się na podobnym założeniu – ma jednak tę przewagę, że serwowane jest czytelnikowi, który już zna założenia pierwowzoru, dzięki czemu może w interesujący sposób rozwinąć temat niezwykłych zdolności Leedsa. Również fabuła jest odrobinkę mniej banalna, nawet jeśli pozostaje prosta – tym razem tematem jest niewielka firma biotechnologiczna, której członkowie być może odkryli sposób, jak użyć komórek jako nośnika danych. Ciało jednego z jej założycieli zostało skradzione z lokalnej kostnicy po przykrym wypadku, jaki mu się przydarzył – zadaniem Leedsa ma być jego odzyskanie. Sprawa się komplikuje, kiedy okazuje się, że martwy naukowiec sam zakodował w sobie pewne ważne informacje – informacje, które w niewłaściwych rękach mogą okazać się diabelnie niebezpieczne. Niebezpieczeństwo to staje się ciut bardziej namacalne, kiedy w ślad za Stephenem rusza najemna zabójczyni...

Czytając „Legion” bawiłem się świetnie. To przyjemna, odprężająca lektura, zmuszająca zarówno do uśmiechu, jak i do chwili zastanowienia, stanowiąca miłą odmianę od poważniejszych tekstów tego autora. Oprócz świetnego pomysłu i kreacji bohaterów, jest tu też nieco tego, co Sanderson robi najlepiej – czyli fabularnych zakrętów, które nie pozwalają się nudzić, a wręcz nakazują czytelnikowi siedzieć jak na szpilkach i wyczekiwać, co jeszcze stanie się dalej. Szczerze polecam - każdemu, kto ceni sobie odrobinę ciut lżejszej tematycznie fantastyki.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Legion, Legion: Skin Deep
Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2017

Liczba stron: 208

1 komentarz:

  1. "Jednak to nie dla fabuły powinno się „Legion” czytać – ten jest bowiem istnym popisem, jeśli chodzi o kreację interesujących postaci." O, właśnie! Podpisuje się pod tym rękami i nogami :) Postacie są tutaj fantastyczne, szczególnie J.C. był świetny :D

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: