sobota, 21 listopada 2015

Od jutra nie piję. "Król Wron" Szymona Kruga

   W ponure, ciemne jesienne wieczory czasem ma się ochotę poczytać coś, co nie tylko współgrałoby z klimatem otoczenia, ale wręcz otworzy wyobraźnię na wszystko, co mogłoby się w tych mrokach czaić. Nie chce się jednak klasycznego horroru, zbyt trywialnego czasem; potrzeba książki, która w bardziej subtelny, bądź po prostu przewrotny sposób skłoni czytelnika do zastanawiania się, co może czaić się na zewnątrz. Widząc ilustrację okładkową „Króla Wron” Szymona Kruga pomyślałam, że może to być właśnie taka książka, jakiej akurat mi potrzeba. Nie pomyliłam się.

   Adam jest redaktorem – „poprawiaczem”. Jest też osobą zupełnie przeciętną, nie ma partnerki życiowej (a raczej ma, co imprezę – inną…), życie dzieli między pracę, zabawę i spotkania z jedyną osobą potrafiącą z nim wytrzymać dłuższy czas, czyli Eliaszem. Zaczyna się banalnie, wręcz zniechęcająco: pijany Adam wraca późną nocą z imprezy, rozmyślając o tym, jak by tu możliwie bezboleśnie dotrzeć do domu. Wybiera drogę przez park i, wiedziony pijacką kurtuazją, przemawia dwornie do siedzącej na bramie wrony. Ta spogląda na niego, raz, drugi, po czym… uśmiecha się i odpowiada. Prawdziwy problem zaczyna się jednak, gdy spośród wron wyłania się przygarbiona, ubrana w łachmany postać tytułowego króla i po prostu okłada bohatera laską. Adam budzi się w szpitalnym łóżku, z przyjacielem u boku, próbując sobie przypomnieć, kto właściwie go sprał i za co, a wszystko przedstawić tak, by ktoś mu uwierzył… to jednak nie koniec przygód, bo nocą przy jego łóżku pojawia się kolejne tajemnicze indywiduum, Wiąz, równie złachmianiony, cuchnący niemożliwie i tak samo lubujący się w przemocy, a nade wszystko ciekawy, czego też poprzedni tajemniczy gość od Adama chciał. A dalej są już tylko schody w coraz mniej realne rejony.

   Akcja szybko przechodzi z rzeczywistości w coś przypominającego trochę koszmarny sen po przeczytaniu horroru z psychiatrykiem w roli głównej. Motyw szpitala psychiatrycznego pokazuje się w książce już niemal na wstępie i trzyma się mocno, stanowiąc bramę do dalszych wydarzeń, zdecydowanie mniej realistycznych, choć mających miejsce w rzeczywistości. No bo czy istnieje lepsze do tego miejsce? Z jednej strony pacjenci, z których każdy reprezentuje sobą inny poziom życia w swoim świecie (chociaż chorób psychicznych z prawdziwego zdarzenia można się tu dopatrzeć niewiele, jeśli w ogóle), z drugiej administracja ośrodka, profesjonalna, biurokratyczna do bólu, współczująca i chętna do pomocy tak, że aż to przysłowiowo bokiem wychodzi, nie wspominając już o tym, że z miejsca czuje się w tym nieszczerość. Psychiatryk ma też, oczywiście, własną hierarchię ważności pośród pacjentów, a Adam, z racji tego, że zjawił się tam z własnej woli w chęci znalezienia racjonalnego rozwiązania nieracjonalnych problemów, pozostaje bardzo na uboczu i niemal od razu staje się obiektem zainteresowań co paskudniejszych jednostek. Tam też wychodzi na jaw, co właściwie wronia postać spotkana w parku mu zrobiła.

   Sam Adam nie jest też wcale tak nijaki, jak można by przypuszczać po scenie otwierającej książkę. Jest typem samotnika, a raczej kimś, kto po paru latach niezbyt udanego życia osobistego zwyczajnie zdziczał i przestał się wygłupiać z udawaniem lepszego niż jest. Obecnie zajmuje go praca, mały domek na wsi będący samotnią niezbędną do pracy umysłowej, pies i jedyny przyjaciel, Eliasz, nudne życie przerywane czasem imprezami, urządzanymi też przeważnie przez pracodawców. Swoje oberwał, zobaczył, uwierzył średnio i postanowił iść się leczyć - tak na wszelki wypadek, gdyby mu się to jednak wszystko wydawało. Zadziwiająco dobrze radzi sobie z zastaną sytuacją, nie przeżywając zbędnie tego, jak niemożliwe są rzeczy, które mu się przydarzają, pozostając przez większość czasu na pozycji człowieka totalnie zagubionego, którego prowadzą inni pojawiający się na jego drodze. Świetnie udało się autorowi pokazać stadia jego psychiki: od normalnego, przeciętnego redaktorzyny, przez wybrakowaną, niepewną swojej tożsamości i roli marionetkę w rękach losu, po kogoś świadomego faktu, że być może niewiele zostało mu czasu, w którym zachowa świadomość swoich czynów. Do tego dopasowuje się też akcja w książce: początkowo szybka z wieloma udziwnieniami, zwalnia w środkowej części, by przyspieszyć znowu pod koniec, kiedy już wiadomo, co robić i mniej więcej gdzie. A potem – niespodzianka! Bo to dopiero pierwszy tom. Na dalszą część przyjdzie nam troszkę poczekać.

   Troszkę gorzej ma się sprawa z pozostałymi bohaterami. Niezbyt przekonała mnie postać panny Bluszcz, będącej kimś w rodzaju przewodnika dla Adama. Ma ona jakieś swoje moce, których nie przyszło jej jeszcze do końca ujawnić, raczej zapowiedziane niż pokazane; wydaje się być tworem wyobraźni, by ukazać się zupełnie realnie w otoczeniu Eliasza i jego żony. Rzecz może oczywista – ot, po prostu mała, martwa dziewczynka, której duch nie spoczął z jakiegoś sobie tylko znanego powodu – oczywistość swoją traci z każdą przeczytaną stroną. Czekam niecierpliwie na drugi tom „Króla…” by dowiedzieć się całej prawdy o tej istotce o dziwnym imieniu. Podobał mi się za to Daniel, wariat z ośrodka, którego zaszufladkowano jako piromana, a który okazuje się mieć jeszcze kilka mrocznych sekretów; jego równie mroczne alter ego, będące z kolei psychopatycznym mordercą z własnym celem w całej tej historii, pasuje do kompanii zadziwiająco wręcz idealnie. Dołóżmy do tego postacie jeszcze bardziej nadnaturalne: Soportę, która jest… czym? Zmorą, demonem? Podążającą za Adamem na rozkaz pewniej Pani (czy też Pana?), będącą jednym z najstraszniejszych elementów powieści. Samą Panią na razie pozostawię w spokoju, chociaż wydaje się zupełnie nie pasować do całości, mimo wyraźnego udziału w całej aferze; pozostaje póki co incognito, więc poczekam, aż dowiem się czegoś więcej na jej temat.

   Wspominałam już, że jest strasznie? Mało powiedziane. Początek, potem sceny w psychiatryku to jeszcze nic… im dalej, tym klimat jest cięższy i mroczniejszy. Dochodzą do tego motywy cyrkowe (lubię, ale, cholera, jakie to potrafi być przerażające…), duchy, stare, zapomniane biblioteki, pozornie dziecinne, proste rymowanki, od których włos się jeży na głowie, rysunki małej Bluszcz, zwierzęta… To ostatnie najbardziej podziałało na moją wyobraźnię. Żeby nie zdradzić zbyt wiele… tajemnicza Bestia, trzymana w stalowym pudle jako najniebezpieczniejsze ze zwierząt, okaże się być czymś zupełnie innym, niż się wydaje i zagrozi też kompanii z zupełnie innej strony. Notka do czytelników wrażliwych: nie czytać przed zaśnięciem. To naprawdę mocna rzecz.

   Trzeba tu jeszcze zwrócić uwagę na kilka kwestii technicznych. Mam więc dwie wiadomości: dobrą i złą, obie z zupełnie przeciwnych krańców skali ocen. Zacznę od dobrej: oprawa graficzna książki jest po prostu genialna. Pierwsze, co się rzuca w oczy to ilustracja z okładki, wykonana przez Iwo Widulińskiego, przedstawiająca zapewne tytułową postać; grafika ta sprawia, że po książkę chce się sięgnąć i z tego, co widzę, nie jestem odosobniona w swoich wrażeniach. To nie koniec jednak: ilustracje znajdziemy też wewnątrz. Jest ich niewiele, utrzymane są w czerni i bieli, wstawione w odpowiednich momentach, dobrze współgrają z klimatem książki. Z drugiej strony, najsłabszym jej elementem jest sam tekst. Osoby wrażliwe na błędy będą po prostu co chwila zgrzytać zębami przy czytaniu, bo ilość uchybień wszelkiego typu jest po prostu ogromna. Korekty brakło, a szkoda; wyjątkowo gryzie się to w scenach, w których mowa o redaktorskim zajęciu Adama i o tym, jak poprawia błędy po innych, coś takiego opisane tak wadliwym ciągiem słów jest po prostu groteskowe. Czy autor wyłączył podkreślanie błędów przy pisaniu? Niemożliwe wydaje się być zignorowanie takiej ilości czerwieni na białej stronie. To niedociągnięcie uwidacznia się tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę fakt, jak dopracowana została książka w pozostałych kwestiach, jak wyżej wspomniana strona wizualna choćby, szkoda więc, że nie dołączono do grona osób odpowiedzialnych (a wydanie poszło z crowdfundingu, z tego co widzę…) korektora. Wyszłoby to wszystkim na dobre. Ale cóż, nie ma ideałów.

   Po prostu: podobało mi się i to bardzo. „Król Wron” jest straszny dokładnie w ten sposób, który lubię: zostawiając wyobraźni wiele pola do popisu; jest dziwny, ale nieprzesadnie, łączy w sobie kawałek dobrego urban fantasy z mroczną bajką dla dorosłych, jest pełen nieoczywistych, luźnych nawiązań do literatury i filmu, a klimatem idealnie wpasowuje się w jesienne nastroje czytelnicze. Można się bać, dziwić, zachwycać, a i tak zostanie niedosyt, bo to przecież jeszcze nie koniec, co więcej: akcję, standardowo „wrednym” sposobem przerwano w momencie, gdy zaczęło się już trochę robić jaśniej co do pewnych istotnych kwestii… Cóż, po prostu polecam, nie tylko miłośnikom fantastyki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu MadMoth Publishing.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Król Wron
Autor: Szymon Krug
Wydawnictwo: MadMoth Publishing
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 378


5 komentarzy:

  1. Widzę, że poza kilkoma szczegółami, mamy bardzo podobne opinie :) Ja również z niecierpliwością czekam na kontynuację - strasznie jestem ciekawa, co też autor dla nas przygotował :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie jestem w trakcie lektury, ale jakoś tak ciężko mi się przez nią brnie. Mam nadzieję, że ostatecznie moja opinia będzie równie pozytywna co Twoja :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem w trakcie lektury, za udostępnienie również dziękuję wydawnictwu. ^^ Jak na razie wrażenia mam całkiem podobne, ale rozpiszę się na ich temat w recenzji.

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: