środa, 17 czerwca 2015

Parą i zaklęciem. "Wolsung: Antologia", tom 1

   "Wolsung: Magia Wieku Pary" to tytuł, który nawet czytelnikom fantasy może niewiele powiedzieć. Inaczej ma się rzecz z osobami grającymi w gry fabularne RPG, którzy system ten znają lub co najmniej o nim słyszeli. A jest on zdecydowanie warty uwagi jako rdzennie polski, choć wydawany i za granicą (w tym w USA), chociaż już sam klimat – steampunk z klasycznie fantastyczną mieszanką ras i profesji już przyciąga spojrzenia. Świat, w którym magia miesza się z technologią (tworząc wybuchową mieszankę – technomagię!), smoki są już parosmokami, na niebie królują mechaniczne wiwerny i sterowce, a ludzie żyją na równi z elfami, krasnoludami, orkami i innymi rasami, spędzając czas na rozwiązywaniu zagadek kryminalnych aż się prosił o coś więcej… tysiące scenariuszy gier i pomysłów na przygodę nie poszłoby przecież na marne, więc dzięki wydawnictwu Van Der Book ukazał się niedawno pierwszy tom opowiadań osadzonych właśnie w uniwersum Wolsunga. Na książkę składa się trzynaście opowiadań, pisanych zarówno przez autorów już znanych, jak choćby Paweł Majka („Pokój światów”) czy Krzysztof Piskorski („Cienioryt”), ale i debiutantów, uczestników konkursu, a tekst drugiego z wymienionych panów otwiera zbiór.

   „Archibald Compton i zaginione miasto Enli-La” to krótka historia badacza, będącego synem słynnego ojca, który co prawda sam z siebie wiele nie osiągnął, ale za to ma spore ambicje i dysponuje jeszcze większymi pokładami kreatywności. Tekst jest niesamowicie zabawny, akcja dynamiczna i pozbawiona przestojów, już sama scena początkowa – doktorek jadący bicyklem po dachu płonącego pociągu – zapowiada, że na nudę nie ma szans. Kilkakrotnie powtarzające się zdanie „Przyszedł mu do głowy bardzo zły pomysł” wywoływało uśmiech za każdym razem, mówi bowiem wiele o głównym bohaterze. Jedyną rzeczą, do której mogłabym się w przypadku pana Piskorskiego przyczepić to to, że opowiadanie jest… za krótkie. Zostawiło mnie z poczuciem bolesnego niedosytu, spowodowanego faktem skrócenia do maksimum bądź pozostawienia niewyjaśnionych wielu wątków.

   Drugi z tekstów, „Królowa Atlantydy” Igora Myszkiewicza, to już historia wyprawy badawczej, która poszła bardzo nie tak: jej uczestniczka została porwana przez nekromantę, zwanego po prostu Dokrotem, i przemieniona magią dzikich plemion w… coś. Wyruszający na jej ratunek towarzysze zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, jaki koszmar czeka ich po odnalezieniu porywaczy. Opowiadanie Myszkiewicza jest najmroczniejsze w tym tomie, choć klimatem przywodzi na myśl też trochę „Piratów z Karaibów” w ich bardziej ponurych momentach. I jest to bardzo pozytywna cecha.

   Paweł Majka natomiast wystąpił z utworem, traktującym również o wyprawie poszukiwaczy skarbów, dorzucając jednak do tego naukowca-nieudacznika i zagadkę kryminalną. Gnom Herstings i troll Perfokles Durront niejako przypadkowo dołączają do drużyny pana Grepersbortha, choć zostają przyjęci dość ciepło. Byłoby to miłym zbiegiem okoliczności, że z katastrofy balonu udaje im się wyjść cało, i na dodatek znaleźć towarzystwo cywilizowanych ludzi w dzikiej puszczy, gdyby nie fakt, że niedługo potem atakują ich tubylcy, a w tajemniczych okolicznościach ginie sam pomysłodawca i szef wyprawy. Durront bierze na siebie odpowiedzialność za znalezienie mordercy. Pan Majka w tym wydaniu zyskał sobie moją sympatię, choć może w dziwny sposób: miło spotkać kogoś, kto stawia przecinki w równie niemożliwych miejscach, jak ja. I „Ostatnia praca Perfoklesa Durronta” to jedyne opowiadanie, gdzie podobne zjawisko zauważyłam. Korekto, czuwaj.

   Mateusz Bielski przyznaje się do bycia graczem i ilustratorem samego podręcznika do gry „Wolsung”, więc ciekawa byłam jego wizji. I okazała się być rzeczywiście jedną z tych, które tematycznie wyróżniają się w całości: historia niziołka Giana, podróżującego w kompanii krasnoludzkiego inżyniera nowoczesnym pociągiem „Colossus” schodzi z klimatu leniwie zblazowanego w upiorny w szybkim tempie. A wszystko zaczyna się, gdy niziołek spotyka pewną tajemniczą damę w ubrudzonej winem sukni, która na przyjęciu podsyła mu liścik, każąc zejść do maszynowni, gdzie obaj znajdują coś, co w żadnym wypadku nie powinno się tam znajdować… Technomagia w pełnej krasie. Czytałam z zapartym tchem.

   „Jeździec wiwern” Michała Studniarka został z miejsca moim ulubionym opowiadaniem, i nie spadł z tej pozycji do samego końca. Jest to historia pilota ze Slawii, który „przypadkiem” zostaje zaangażowany do próbnego przelotu i walki pokazowej prototypu nowej mechanicznej wiwerny. Możemy poznać tu trochę lepiej wolsungowy odpowiednik Polski i charakter jej obywateli, a ponadto pobawić się troszkę w poznawanie specyfiki podniebnego rzemiosła. To ostatnie decyduje o wyjątkowości „Jeźdźca wiwern”: opis walki w powietrzu, uczuć i reakcji pilota, oraz zgrabnie wpleciony motyw kontaktu myślowego z „pojazdem”, czy zaklętą w nim duszę umarłego lotnika. Panie Studniarek, dobra robota. Ja chciałabym więcej w tym stylu.

   Z kolei „Przebudzenie” Karola Woźniczaka jest w mojej opinii, jakby dla kontrastu, najsłabszym opowiadaniem tego tomu. Przedstawia budzącego się po latach snu Wolfganga Hirscha, wiernego oficera Nieumarłej Rzeszy, który przed laty został wybrany do roli Feniksa – jeśli Rzesza upadnie, on ma powstać i za pomocą klucza aktywować tajemną broń, która zamieni świat w piekło. Niestety pan Hirsch, zamiast zrobić, co do niego należy, zaczyna się zastanawiać…  Tekst opowiadania jest krótki, i o ile motyw z Nieumarłą Rzeszą i nawiązanie do jej  historii są bardzo intrygujące, o tyle postać głównego bohatera, sens jego istnienia i działań już są mocno wątpliwe… We mnie, jako w czytelniku, całość wywołała tylko jedno pytanie: po co? I odrobinę żalu, że wionie z niej takim bezsensem.

   „Krąg de Berville’a” Marcina Rusnaka to kolejna opowieść detektywistyczna. Akcja dzieje się w Lyonesse, gdzie zamordowany został właściciel domu aukcyjnego, gnom Spencer Hebb. Skradzione przy tej okazji zostało pozornie niezbyt atrakcyjne i niedrogie dziełko, „Spisek siarkowy”. Parę dni później w lokalnej gazecie ukazuje się anonimowy list, obwieszczający, że kolejną ofiarą ma być sama królowa… Intryga skonstruowana przez Rusnaka jest skomplikowana, wielopoziomowa, i tym lepsza, że jej rozwiązanie jest diablo nieoczywiste… bo wymaga wyjścia poza świat dostępny zmysłom. U mnie – miejsce pierwsze pod względem motywu kryminalnego.

   Pierwsze opowiadanie pisane przez kobietę w tym tomiku (choć nie ostatnie) to „Dziennik Doktora Augusty”. Jest to historia morderstwa podczas wyprawy badawczej. Jednak w odróżnieniu od innych, tu akcja widziana jest z perspektywy dwóch postaci: jako zapisy z dziennika orka-medyka oraz z punktu widzenia uczestnika, który nie ujawnia się, ale zdecydowanie jest psychicznie niestabilny. Niemniej jednak żaden z tych panów nie wydaje się być mordercą… obu jednak chce dojść prawdy, choć na zupełnie inne sposoby. Autorce, Annie Wołosiak-Tomaszewskiej gratuluję stworzenia najbardziej irytującej postaci kobiecej tego tomu antologii. Histerycznej elfce Madlyn ma się ochotę po prostu solidnie przyłożyć.

   Pierwszą nagrodę w kategorii „najzabawniejsze opowiadanie” zdobył za to Simon Zack z tekstem „Barona Nuchternkopfa tryumf potrójny”, opowiadającym o starym arystokracie z upodobaniem do pojedynków… a może raczej, nałogiem. Gdy już wszyscy odmówili nawet bitwy na picie, szlachetka niemal się załamał. Na szczęście, w ramach rozrywki fundowanej przez znajomego naukowca, udał się raz w portal do innego czasu (polowanko, a jakże) i zdarzyło mu się przywieźć stamtąd nowego przyjaciela. Przyjaciela, który opowiedział mu o pustoszącej jego krainę bestii… takiego wyzwania jaśnie baron nie mógł przeoczyć.  Zwichrowany główny bohater, jego lokaj – oaza spokoju, mechaniczni służący, szybkie pojazdy (kierowane w szaleńczy sposób)… czego chcieć więcej?

   „Tajemnica Kwadratu Hamiltońskiego” Sylwii Finklińskiej reprezentuje za to już zupełnie inny typ humoru, który mogłabym określić najbliżej chyba jako sympatyczny bądź też figlarny. To kolejna naukowa ekspedycja, ale tym razem – morska. Statek, który ma płynąć przez tytułowy Kwadrat Hamiltoński (ładne przełożenie trójkąta bermudzkiego, swoją drogą) otrzymuje niespodziewanie dodatkowego towarzysza – żonę badacza Desmonda Temple, Lady Gaynor. Jaśnie pani niewiele sobie robi z zagrożenia, jakie może nieść ta podróż, za to stanowczo zamierza skorzystać z okazji popływania za statkiem w dmuchanej oponie, czego nigdy dotąd jej nie było wolno robić. I kto wie, jak dobre skutki w skrajnych sytuacjach może przynieść odrzucenie konwenansów… „Tajemnica…” jest opowiadaniem lekkim i przyjemnym, dobrym na odetchnięcie od poważnej tematyki morderstw i dochodzeń.

   Kolejna historia jest już powrotem do mrocznych klimatów. Głównym bohaterem „Głodu” Huberta Sosnowskiego jest Prowler Thompson, dziennikarz wysłany w celu napisania artykułu o dziwnym morderstwie, popełnionym w mrocznych zaułkach Lyonesse. Cała sprawa jest jednak dziwna, od śladów, przez ofiary, po samego śledczego, który zachowuje się cokolwiek dziwnie… ale, gdy się przyjrzeć pismakowi, to z nim też jest chyba coś nie tak. Czytanie „Głodu” to jak wędrówka w ciemnościach, z których dobiegają dziwne szepty, co, jak i cała historia, niesamowicie mi się podoba.

   Panu Zbigniewowi Szatkowskiemu muszę chyba podziękować – jego „Dobre Zakończenie” uświadomiło mi, jak niebezpiecznym zajęciem może być recenzowanie książek. Pękna wręcz jest scena, w której do redakcji wkracza w toporem w rękach, rozwścieczona odrzuceniem jej tekstu autorka, madame Promowa, która ma zwyczaj traktować tak każdą osobę, która napisze coś niepochlebnego o jej dziele. Do tego opowiadania zdarzyło mi się wrócić, by znowu nacieszyć oczy tak cudownie absurdalną, wydawałoby się, sytuacją.

   Antologię kończą „Czarne Jaskółki”, najdłuższe opowiadanie tego tomu, autorstwa Macieja Guzka. To również wyjątkowy obrazek: w kopalniach Dymnika zalęgło się… coś. To „coś” zabija górników, którzy boją się już schodzić w czeluści szybów. Zarząd zatrudnia więc najlepszych z najlepszych, czyli Profesjonałów – ekipę Rocha „Wilczarza” Augustyniaka, aby odnaleźli i zlikwidowali źródło zagrożenia. Na miejscu okazuje się, że atmosfera w kopalniach jest odrobinę napięta, i nie wszystkim zależy na ubiciu potwora… który zresztą nie jest jedyną plagą trapiącą okolicę. W tym opowiadaniu główny plus przyznam postaci głównego bohatera – Wilczarz, obdarzony specyficznymi zdolnościami i niesamowicie charakterny, dosłownie robi klimat całości. Klimat, dodajmy, niepokojący.

   Trzynaście opowiadań, a każde opatrzone jest rysunkiem. Ciekawym faktem jest, że część z nich to dzieła autorów opowiadań, które prezentują różne style i kreski, jednak wszystkie pasują wyśmienicie do całości, a ukoronowaniem całości jest kilka dokładnych i przejrzyście narysowanych map. Moją ulubioną ilustracją jest – znowu – ta przedstawiająca podniebną walkę w „Jeźdźcu wiwern”, za szczegółowe oddanie wyposażenia pilota. Zastrzeżenie co do całości tomu mogę mieć tylko jedno: okładka, chociaż równie przyjemnie zaprojektowana, jest już stanowczo uciążliwa. Całość robi wrażenie zbyt ciasno sklejonej, utrzymanie otwartej książki wymaga użycia nieco większej siły niż zazwyczaj, a wszystko to byłoby jeszcze do przyjęcia, gdyby nie fakt, że efektem jest paskudna rysa powstająca niemal od razu na grzbiecie. Panowie, krzywda! Boli samo patrzenie na taką rankę.

   Na Antologię „Wolsung” postanowiłam zapolować , odkąd tylko dowiedziałam się, że coś takiego się ukaże, i jaka była moja radość, gdy mogłam „podkraść” egzemplarz recenzencki… Klimaty steampunku i fantasy są mi szczególnie bliskie, a do samego Wolsunga przymierzałam się ostatnimi czasy, lecz już jako gracz, który to plan, mam nadzieję, uda mi się niedługo zrealizować, bo też i opowiadania pomogły mi niesamowicie w stworzeniu koncepcji postaci, którą mogłabym zagrać. Co do książki, żałuję, że nie jest kilkukrotnie obszerniejsza… ale zawsze pozostaje czekać cierpliwie na kolejny tom! Przy czytaniu opowiadań czas płynął w sposób niezauważalny, lecz stanowczo zbyt szybko. W moim odczuciu nie było wśród nich tekstu, który byłby słaby bądź nudny, i choć prezentowały różny poziom i tematykę, jednakowo przykuwały uwagę, zawierając szczegóły nowe i ciekawe. Jako człowiek szczęśliwszy po odrobinie dobrze zmarnowanego czasu, polecam całość do wciągnięcia się – i kto wie, może jako zachętę do grania.

Za egzemparz recenzencki dziękuję serdecznie wydawnictwu Van Der Book (;

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Wolsung. Antologia, tom 1
Autor:  Maciej Guzek, Krzysztof Piskorski, Michał Studniarek, Paweł Majka, Hubert Sosnowski, Marcin Rusnak, Sylwia Finklińska, Mateusz Bielski, Karol Woźniczak, Simon Zack, Zbigniew Szatkowski, Anna Wołosiak-Tomaszewska, Igor Myszkiewicz
Wydawnictwo: Van Der Book
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 336

***

Czytanie umilał mi między innymi ten utworek:


2 komentarze:

  1. Aż czuć z każdego słowa Twój entuzjazm :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jescze większy mam do samej gry Wolsung (;

      Usuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: