czwartek, 25 czerwca 2015

Jessika po drugiej stronie tapety. Grahama Masterona "Anioł Jessiki"

   Czasy szkolne i dzieciństwo większość z nas wspomina z nostalgią, jako okres w życiu, kiedy nie miało się zmartwień bądź były one mało istotne i tymczasowe, a przynajmniej się takie wydawały. Jest to też wiek, w którym wiedzy mamy jeszcze niewiele, za to wyobraźnia pracuje na zwiększonych obrotach, często przyprawiając posiadacza o chwile skrajnych emocji, od rozbawienia do strachu. Niezaprzeczalną rolę w życiu młodego człowieka odgrywa otoczenie, koleżanki i koledzy. I chyba każdy z nas pamięta tą jedną osobę, która odstawała od reszty, mniej towarzyską bądź w jakimś sensie inną, nierzadko będącą ofiarą niewybrednych żartów reszty. Może ktoś w czytelników sam do tej grupy należał…

   Kimś takim jest czternastoletnia Jessika. Jej rodzice zginęli w wypadku, po którym jej została pamiątka w postaci uszkodzonej stopy. Dziewczynka kuleje, co zostaje natychmiast zauważone w nowej szkole i jest regularnie obśmiewane przez miejscową przywódczynię grupy. Nie pomaga fakt, że Jess jest osobą kochającą wróżki, z wielkim talentem do rysowania, na dodatek nieco nieśmiałą. Któregoś dnia jednak dochodzi do kolejnego wypadku, w którym dziewczynka, w pogodni za rozrzuconymi przez rówieśników rysunkami spada ze schodów. Budzi się kilka dni później w domu, otoczona troskliwą opieką dziadków i… słyszy ciche szepty, których pochodzenia nie umie ustalić, a które proszą ją o pomoc, ponieważ grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Podejrzewając, że być może staruszkowie urywają coś przed nią, postanawia na własną rękę odkryć, skąd przemawiają do niej przerażone dzieci.

   Masterton jest pisarzem znanym i lubianym, a przy jego dziełach zdarzało mi się już spędzać pełne napięcia chwile (i nieprzespane noce potem), ale „Anioł Jessiki” wydaje się trochę odstawać i klimatem, i zaangażowaniem w mroczne elementy treści. Wydarzenia opisanie w tej książce można określić w najlepszym wypadku jako „dziwne”, momentami zakrawające na urocze, jednak stanowczo nie ma w niej nic, co sprawiłoby, że ruszenie się gdzieś nocą stałoby się wyzwaniem z powodu zbyt silnie pracującej wyobraźni. Urocza jest za to sama główna bohaterka (i jej przyjaciele), którzy zupełnie nie zachowują się jak typowi przedstawiciele amerykańskich nastolatków, są za to kochanymi dziećmi przeżywającymi przygodę, co do której podejrzewa się od razu niemal, czym właściwie jest. Bezsens niektórych wydarzeń (na przykład chowanie potrąconego przez auto dziecka zamiast niezwłocznego powiadomienia jej rodziny i pilnego sprowadzenia pomocy. Tego nie tłumaczy totalnie nic, zwłaszcza że we wspomnianej scenie uczestniczyła osoba dorosła) tylko to potwierdza.

   Zastanawia także tytuł książki, jako że anioła nie da się wypatrzyć niemal do samego końca, a i tak gra rolę epizodyczną jedynie. Opis z okładki głosi: „Czy kamienny anioł strzegący grobu dawno zmarłych dzieci okaże się jej aniołem stróżem?”, ma się więc nadzieję, że faktycznie będzie miał jakieś znaczenie dla historii. Nie ma, a szkoda. Szkoda też niewykorzystanego potencjału innych wątków: zmarłej w domu piątki chorych dzieci, tajemniczej historii wiążącej się ze zniknięciem ich matki, sąsiadki-medium… To wszystko gubi się gdzieś w opisach wydarzeń, które autor uznał za istotniejsze, a które niestety zupełnie nie są zbyt poruszające. Zakończenie niestety również nie zachwyciło, głownie dlatego, że właśnie takiego zwrotu akcji obawiałam się od początku.

   Jedyne, co przemawiało do mnie w „Aniele…” to samo miasto. To mała miejscowość ze starymi, pamiętającymi czasy wojen domami, w których działy się często niesamowite i mrożące krew w żyłach historie, ponure z wyglądu, ze starymi strychami, zagraconymi rzeczami należącymi do poprzednich właścicieli. Zaraza, która przetoczyła się przez te okolice kilkadziesiąt lat temu sprawiła, że populacja w większości zmieniła się na „nietutejszych”, ale są tam jeszcze osoby, które pamiętają wiele i tyleż mogą opowiedzieć w ciepłym miejscu przy kominku. A gdy przychodzi większa śnieżyca, miasteczko po prostu zostaje odcięte od świata, nie działają telefony, a drogi stają się nieprzejezdne. Czyż nie jest to urocze miejsce do życia?

   Trudno mi polecić tę właśnie książkę Mastertona, bo w moich oczach nie stanowi dzieła, które można określić mianem „horror”. To po prostu dziwna historyjka, trochę naiwna, trochę ciekawa, ale ogółem taka sobie. Spędziłam przy niej dokładnie jeden wieczór (jest dość krótka i czyta się szybko), czasu nie żałuję, ale i nie sądzę, bym miała jeszcze do niej wracać. Pozostało jeszcze na dodatek trochę żalu po tych kilku interesujących wątkach, które można by rozwinąć, dodając opowieści charakteru. Fanom autora być może książka przypadnie do gustu, ale jeśli ktoś szuka wrażeń i strasznych opowieści, to nie znajdzie ich tutaj.

Za egzemparz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Albatros.

Dane ogólne:
Tytuł oryginału: Jessica’s Angel
Autor:  Graham Masterton
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015 (wydanie III)
Liczba stron: 208

6 komentarzy:

  1. Graham Masterton ma lepsze i gorsze książki, a tej jeszcze nie czytałam. Muszę więc jej poszukać, gdyż jestem nią zaintrygowana.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zainteresowałaś mnie, chętnie poszukam i przeczytam tę książkę.

    http://zakurzone-stronice.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Człowiek chce negatywnie, a tu ludzie zainteresowani ;D

      Usuń
  3. Nie czytałam jeszcze żadnej książki tego autora, nie przepadam za horrorami, po ten tytuł zdecydowanie nie sięgnę ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na półce czeka jedna książka Mastertona za którą zamierzam się zabrać lada dzień... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie się ta książka podobała, mimo pewnych niedociągnięć ;)

    OdpowiedzUsuń

Daj znać, że widzisz ten post - zostaw komentarz albo "lajka"! (: